Kościół Ducha – cz. 1 [wprowadzenie, cechy odnowy charyzmatycznej]

KOŚCIÓŁ DUCHA – cz. 1

1. WPROWADZENIE

Historia est magistra vitae – czy historia prawdziwie jest nauczycielką dla współczesności? Siadając do poniższego tekstu, nie byłem świadomy, jak wielowątkowe zagadnienia historyczne, filozoficzne, teologiczne, antropologiczne trzeba będzie podjąć, by choć w ogólnym zarysie przedstawić ideę Kościoła Ducha ponad wyznaniami i denominacjami. Mamy taką skłonność, by zagadnienia historyczne albo ignorować (odmawiając im wpływu na teraźniejszość), albo też traktować współczesność jakby była repetytorium z przeszłości (na zasadzie: wszystko już było – i nic nowego pod słońcem). Takie traktowanie zwłaszcza historii chrześcijaństwa, dziejów Kościoła może ograniczyć nasze pojmowanie do doszukiwania się np. w średniowiecznych czy reformacyjnych przebudzeniach jedynie wzorców dla współczesnych nurtów charyzmatycznych. W historii Kościoła dotykamy bowiem tajemnicy – misterium wkraczania Boga w dzieje ludzkości. Dlatego raczej trzeba się kierować wskazówką soborową: Duch Boży, kierujący z przedziwną opatrznością nurtem czasów i odnawiający oblicze ziemi, współdziała w tym procesie. (II Sobór Watykański, Konstytucja o Kościele w świecie współczesnym, 26.)

Procesy – zarówno te historyczne, jak i współczesne – przedstawione poniżej mają charakter dynamiczny. Pokazując pewne problemy, napięcia, nawet upadki, trzeba pamiętać, że we wszystkich tych sytuacjach i relacjach dokonuje się ekonomia zbawienia, Bóg przychodzi zarówno do błądzących czy wątpiących, jak i tych, którzy trwając przy ortodoksji, zmagali się, spierali na słowa i idee, grzeszyli i dokonywali czynów heroicznych, z męczeństwem włącznie.

Praca Kościół Ducha ponad wyznaniami i denominacjami w zasadzie zrodziła się z potrzeby bardziej obiektywnej refleksji po powstaniu tekstu Ekumenizm mniej skuteczny – historia i analiza Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz. W tamtej pracy znalazł się aneks poświęcony cytatom zwolenników współczesnego Kościoła Ducha. Stał się osnową pod poniższe rozważania, które są zaledwie nieśmiałym przyczynkiem pod głębsze badanie fenomenów charyzmatycznych i pentekostalnych na początku trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa. Próba sięgnięcia do korzeni historycznych Kościoła Ducha wynika z założenia, że obok zdrowego nurtu chrześcijaństwa opartego na słowach Pana naszego, Jezusa Chrystusa: „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18) – jest też nurt budujący na innym fundamencie – na osobistym doświadczeniu duchowym. Wierność Piotrowej opoce i konsekwencjom z niej wynikającym najlepiej poprzeć innym stwierdzeniem Pana Jezusa: „Każdego więc, kto tych moich słów słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój budował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).

Zatem przy oparciu się na takim fundamencie Kościoła bezpośrednim powodem poniższych rozważań nie jest negacja daru odnowy charyzmatycznej. Chodzi raczej o ową ewangeliczną roztropność, która unika budowania na lotnych piaskach niepewnych idei opartych na subiektywnych doświadczeniach duchowych. Istotną motywację do podjęcia tej pracy odnalazłem w następujących uwagach Edwarda D. O’Connora CSC (jednego z bardziej znanych teologów i liderów charyzmatycznych zajmujących się problematyką odnowy charyzmatycznej): […] podkreślałem fakt, iż jednym ze skutków ruchu odnowy jest pogłębienie życia ludzi w Kościele, prawdą jest również, że niektórzy katolicy i protestanci opuszczają Kościoły, do których dotychczas należeli, albo dołączają się do Kościoła zielonoświątkowców lub pozostają kimś w rodzaju wolnych zielonoświątkowców, nie związanych z żadną denominacją. Inni nie opuszczają swojego Kościoła, lecz przyjmują wierzenia i praktyki niezgodne z jego tradycjami. Taki stan rzeczy rodzi bardzo poważne problemy i stanowi jedno z głównych źródeł oporów wobec szerzenia się ruchu odnowy w historycznych Kościołach. Niełatwo jest poruszać tak delikatną materię bez zranienia kogokolwiek. Niemniej nie można tego unikać; i z pewnością bardziej w duchu Chrystusowej miłości trzeba będzie rozważyć to zagadnienie otwarcie i uczciwie, niż udawać, że ono nie istnieje. Przede wszystkim konieczne jest ustawienie problemu na płaszczyźnie religijnej. Jeśli będzie się go traktować jako zwykłą rywalizację między denominacjami, wówczas rozwiązanie stanie się niemożliwe, gdyż punkt wyjścia będzie fałszywy. Musimy więc ująć całą kwestię z pozycji ludzi usiłujących żyć wedle doktryny i woli Chrystusowej, lecz różniących się w ich interpretowaniu. (E.D. O’Connor, Ruch charyzmatyczny w Kościele katolickim, Instytut PAX, Warszawa 1984, s. 239.)

Odnowa charyzmatyczna rozprzestrzeniająca się w Kościele katolickim w zasadzie od momentu zakończenia II Soboru Watykańskiego przyniosła ze sobą szereg kwestii do ponownego rozważenia (np. rzeczywistość posługiwania charyzmatami) w praktyce duszpasterskiej. Pojawiły się też kontrowersje związane z pytaniami o teologiczny wymiar duchowych doświadczeń, takich jak np. chrzest w Duchu czy charyzmaty nadzwyczajne – dar języków (glosolalia), proroctwo, dar uzdrowienia, dar wiedzy czy dar poznania. We współczesnym nurcie charyzmatycznym (zwanym też pentekostalizmem – od odwoływania się do Święta Pięćdziesiątnicy – Zesłania Ducha Świętego) istnieje cały szereg specyficznych doświadczeń duchowych, które stanowią jedyną w swoim rodzaju osnowę duchową charyzmatycznego sposobu przeżywania osobistej relacji z Bogiem. W katolickich nurtach charyzmatycznych przyjmuje się zarówno część dziedzictwa klasycznego pentekostalizmu z nurtu historycznego, zielonoświątkowego, jak i takie przeżywanie mistycznych poruszeń duchowych, które zdają się być bliższe doświadczeniom mnichów Kościoła wschodniego.
Używam terminu „nurty Odnowy”, a nie „ruch Odnowy” dla podkreślenia, że trudno jest mówić o jednorodnym ruchu posiadającym określoną duchowość czy praktykę duszpasterską. W ramach ruchu Odnowy Charyzmatycznej (Odnowy w Duchu Świętym) trzeba mówić o różnych nurtach, wątkach, asymilacji różnych duchowości. Równocześnie np. w opisywanej przeze mnie rzeczywistości Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz kilkakrotnie pojawia się konstatacja dotycząca promowania w nurcie charyzmatycznym idei Kościoła Ducha rodem z herezji Joachima de Fiore traktowanej jako przejaw ekumenizmu duchowego. Pragnę w tym momencie przywołać ważny cytat z książki Charyzmatycy:
Nie ma odpowiednich warunków do złagodzenia nieufności Watykanu wobec obszernych planów ewangelizacji ekumenicznej ostatniej dekady wieku! W październiku 1989 roku biskup Cordes, wykorzystując tytuł doradcy biskupiego wobec ICCRO ((International Catholic Charismatic Renewal Office) to Międzynarodowe Biuro Ruchu Odnowy w Duchu Świętym (rodzaj ogólnokatolickiej koordynacji nurtu charyzmatycznego) z siedzibą w Rzymie), skorzystał ze spotkania ze światowym kierownictwem, ażeby rzucić wyraźne ostrzeżenie. Przypomniał, że Katolicka Odnowa Charyzmatyczna zakorzeniona jest w tradycji przebudzeń amerykańskiego ruchu zielonoświątkowców i że ich „treści, formy i style mają wpływ na nią […]”. A wiadomo, że zaszczepione drzewo może czasami wracać do wstępnej fazy odnowy, ażeby zyskać nową energię. Otóż – mówi dalej biskup – zbliżenie do zielonoświątkowców doprowadza do koncepcji działania Ducha typu poziomego, to znaczy że przekracza granice różnych wyznań, aby doprowadzić do chrześcijaństwa, które w praktyce byłoby międzywyznaniowe […].
Przecież spotkania w Singapurze na temat: „Charyzmatycy zjednoczeni dla ewangelizacji świata” wciągnęły charyzmatyków katolickich do nierozróżniania odmienności wyznaniowych celem szukania jedności w Kościele Ducha, a nie w Kościele widzialnym Chrystusa. Wobec tego bp Cordes zażądał od uczestników kongresu, by nie narażali na niebezpieczeństwo katolickiej identyczności Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej i zastanowili się poważnie nad dużymi niebezpieczeństwami nierozważnego popierania tego rodzaju inicjatyw!
Wymienił środki zaradcze (prawdziwa doktryna, sprawowanie Eucharystii, adoracja, różaniec, pielgrzymki, badanie życia świętych i znaczenie kapłaństwa konsekrowanego) oraz prosił, by nie opuszczali swoich pozycji! Jan Paweł II zapewne popiera Odnowę Charyzmatyczną i ekumenizm, ale z pewnością nie wprowadzanie w życie planów i struktur ekumenicznych innych niż Papieska Rada dla popierania jedności chrześcijańskiej. Nie zaproponował także organizowania wydarzeń dowartościowujących jedność emocjonalną, która nie zajmuje się pytaniami i prawdami natury teologicznej.
A więc nic nowego: już kardynał Suenens otrzymał zadanie czuwania nad tym, by charyzmatycy katoliccy nie ulegali pokusie jakiegoś „ponad-Kościoła Ducha Świętego” w stylu Joachima de Fiore, oraz nad tym, by wyraźnie odróżniali „ekumenizm”, który szanuje identyczność od „międzywyznaniowości”, która poszukuje wspólnego mianownika. (M. Hébrard, Charyzmatycy – zarys historii Odnowy w Duchu Świętym, fakty, postacie, wydarzenia, wspólnoty, Wydawnictwo „M”, Kraków 1994, s. 109-110.)

2. ZASADNICZE CECHY ODNOWY DUCHOWEJ I PRZEBUDZENIA CHARYZMATYCZNEGO

Warto zatem pokrótce przyjrzeć się, na czym polega owa pokusa idei „ponad-Kościoła Ducha Świętego”? Obecny rozwój różnorodnych grup charyzmatycznych – od stricte katolickich (np. kultywujących pobożność maryjną albo formujących się według Ćwiczeń Ignacjańskich) poprzez grupy modlitewne skupione na charyzmatach (posługiwaniu ewangelizacyjnym, głoszeniu kerygmatu, rozwijaniu diakonii służących darami, zwłaszcza modlitwą o uzdrowienia, itd.) do wspólnot ukształtowanych na wzór zboru protestanckiego (z silną autonomią wyrażającą się na pierwszym miejscu w autorytecie pasterskim świeckich liderów oraz w solidnym zabezpieczeniu finansowym działalności w postaci dziesięciny członków), do ugrupowań o charakterze międzywyznaniowym (błędnie traktowanych jako formacje ekumeniczne) – ten często żywiołowy rozwój zdaje się odwoływać do form modlitewnych i ewangelizacyjnych Kościoła pierwotnego z czasów Dziejów Apostolskich.

Kiedy jednak zadamy sobie trochę trudu, to zobaczymy, że idee odnowy Kościoła charakterystyczne są zarówno dla starożytności, jak i średniowiecza, a także dla czasów nowożytnych (również na gruncie protestanckim w postaci tzw. przebudzeń). Jeżeli próbować szukać jakiegoś wspólnego pozytywnego mianownika dla charakterystyki tych duchowych poruszeń, to powinny one posiadać następujące cechy (występujące równocześnie):
 przebudzenie charyzmatyczne powinno być nagłe, entuzjastyczne
 powinno posiadać charakter wspólnotowy, społeczny
 powinno rozbudzać jego uczestników wewnętrznie, duchowo
 powinno być traktowane jako dar duchowy, czyli na pierwszym miejscu znajduje się Osoba Ducha Świętego, który obdarza łaską (mocą, darami, charyzmatami itp.)
 wreszcie, powinno kierować zarówno całe społeczności, jak i indywidualne osoby do przemiany życia w kontekście zbawczego działania Boga.

Tak rozumiana odnowa charyzmatyczna (w znaczeniu podstawowym charyzmatu jako daru darmo danego od Boga dla zbudowania wierzących) czy jakiekolwiek przebudzenie duchowe w łonie Kościoła jest ze swej natury potężną siłą sprawczą odnawiającą wewnętrzne siły chrześcijaństwa, mobilizującą do dzieł misyjnych i ewangelizacji świata. Zatem jest to z gruntu rzecz dobra, której trzeba oczekiwać z utęsknieniem, a kiedy nadchodzi – należy składać Bogu dzięki za te dary łaski. W istocie tak rozumiane przebudzenia duchowe są naszą ludzką pozytywną reakcją na Bożą obecność w tym świecie. Kiedy odpowiadamy Bogu na Jego wezwania, to w zakresie naszej odpowiedzialności realizuje się Boży plan dla naszego życia – przychodzi Jego królestwo i święci się Jego imię, a Jego wola dokonuje się zarówno w niebie, jak i na ziemi.

W momencie kiedy angażujemy się po Bożej stronie, idąc na całość, kiedy doświadczamy tych duchowych poruszeń, nieraz radykalnie (często dramatycznie) wzrasta nasza motywacja duchowa, religijna, ewangelizacyjna – najczęściej bowiem traktujemy nasze zaangażowanie w kategorii posłannictwa, Bożego powołania. To często prowadzi uczestników przebudzenia charyzmatycznego do przemodelowania życia w kierunku realizacji tego powołania. Odpowiadamy pozytywnie na Boże wezwanie i ta motywacja animuje nas do uświęcającej przemiany życia, a czasem nawet do czynów heroicznych i męczeńskich.
Uwagi te są istotne dla zrozumienia, że osoby angażujące się w odnowę charyzmatyczną (czy szerzej: w nurt przebudzeń pentekostalnych) zasadniczo czynią to dla istotnie dobrych pobudek. Odpowiadają one bowiem na wezwanie Jezusa do pójścia za Nim i naśladowania Go. Oczekują zatem i spodziewają się, że zasadniczą inspirację na tej drodze uczniostwa będą otrzymywać od Ducha Bożego. Szukają istoty chrześcijaństwa i sens swego życia upatrują w relacji z Bogiem jedynym, dążąc do zjednoczenia z Nim. Tęsknią za jednością Kościoła, spodziewają się obecności Bożej mocy. Wierzą w Boże słowo i jego moc sprawczą. To wszystko powoduje, że angażują się duchowo i moralnie w dążeniu do osobistej świętości i rozwijają gorliwość misyjną i ewangelizacyjną. Prowadzą przy tym szeroko rozbudowane życie duchowe (w porównaniu np. ze swoim otoczeniem, na ogół poddanym procesom sekularyzacji). Życie charyzmatyka na ogół jest skoncentrowane na doświadczaniu duchowych poruszeń, na ich oczekiwaniu i asymilacji w różnych kontekstach życia (również niereligijnych).

Te zasadniczo pozytywne przesłanki dla wzrostu duchowego Kościoła mogą jednak w określonych warunkach stać się rzeczywistością groźną, a nawet niszczącą, dzielącą, powodującą rozłamy. W rezultacie zamiast odnowionej wspólnoty chrześcijan na nowo rozpalonych duchem jedności, miłości i wiary powstaje nowe ugrupowanie chrześcijańskie, gdzie obok wspólnej doktryny rozwijają się poglądy heretyckie, schizmatyckie czy wręcz gnostyczne lub ezoteryczne, dalekie od zdrowego nurtu chrześcijaństwa. Znakomity opis tego nurtu pentekostalnego w XX wiecznym chrześcijaństwie w postaci „trzech fal” pentekostalizmu (pierwszej fali historycznej – zielonoświątkowej, drugiej fali nurtów charyzmatycznych w Kościołach historycznych i trzeciej fali ponaddenominacyjnej) dał w swych wykładach ks. Andrzej Siemieniewski w ramach I Sesji Apologetycznej w Ziębicach w sierpniu 2001. W kontekście tych współczesnych fal pentekostalizmu warto przyjrzeć się historycznym korzeniom „ponad-Kościoła Ducha Świętego” – co zostanie ukazane w kolejnych częściach tej pracy.

Historia Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz

Zamieszczam historię spotkań muzyków – chrześcijan w wersji z roku 2001, bez przypisów (co może być pewną trudnością w zrozumieniu opisywanego fenomenu charyzmatycznego, którego byłem liderem). Przyszedł czas, by reaktywować moje teksty apologetyczne… Jacek Schmidt

1. WPROWADZENIE

1.1. TYTUŁEM WSTĘPU
Inicjatywa Muzyczna Ludźmierz to miejsce specyficznych spotkań w nurcie ekumenicznym w Kościele Katolickim. Łączy ono bowiem muzyków – chrześcijan, którzy na bazie tych spotkań podejmują działania ewangelizacyjne i kulturotwórcze w dziedzinie określanej czasem mianem muzyka chrześcijańska. W Polsce mniej więcej od połowy lat 90-tych widoczny jest fenomen rozkwitu tej muzyki – powstają nowe zespoły , tworzone są nowe nagrania, ukazuje się dziesiątki płyt i kaset, odbywa się szereg koncertów, festiwali ewangelizacyjnych. Niewątpliwie Inicjatywa Muzyczna Ludźmierz przyczyniła się do rozwoju tego fenomenu. Została bowiem zainicjowana przez grupę osób w 1992 roku – pierwsze spotkanie odbyło się w Dursztynie, niewielkiej wiosce na Spiszu (i drugie w 1993). Wtedy były to jakby rekolekcje dla muzyków, jednak już wtedy widoczne były owe wątki kulturotwórcze i ewangelizacyjne. Następne spotkania – w latach 1994-1999 odbyły się w Ludźmierzu na Podhalu, by w roku 2000 ponownie powrócić do Dursztyna. W roku 2001 spotkanie zostało przeniesione do Rzepedzi w Bieszczadach – również w roku 2002 jest planowane w tym miejscu. Byłem liderem tych spotkań w latach 1992-97 i w zasadzie ich pomysłodawcą i głównym organizatorem (oczywiście wespół z całym szeregiem osób). Między innymi z tej racji podjąłem się pracy nad analizą fenomenu tych spotkań od strony zarówno ich historii (dynamiki, przebiegu, kolejnych faktów), jak i próby oceny ich wartości w charyzmatycznym nurcie szeroko rozumianej odnowy Kościoła Katolickiego.
W mojej ostatniej rozmowie z aktualnym liderem spotkań muzyków chrześcijan pod znakiem Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz (w czerwcu 2001 roku) zadano mi pytanie o moje intencje. Od 1997 roku jestem bowiem coraz bardziej zdecydowanym krytykiem tego nurtu odnowy Kościoła, w którym zdają się sytuować działania Inicjatywy. Pytanie całkowicie zasadne – co bowiem spowodowało zanegowanie przeze mnie tego kierunku związanego z nową ewangelizacją? Czy rzecz dotyczy płaszczyzny osobistej, czy też posiada bardziej obiektywne uzasadnienie? Analiza, której się podejmuję, ma w miarę moich możliwości odpowiedzieć i na to pytanie.
Zostałem do niej zachęcony zwłaszcza przez Redakcję internetowego Katolickiego Serwisu Apologetycznego Na skale czy na piasku? Istotne jest też to, że powstanie tego tekstu wiąże się z I Sesją Apologetyczną z sierpnia br. w ramach tematu: Tęsknota za jednym i widzialnym Kościołem Bożym – ekumenizm bardziej i mniej skuteczny. Tak się bowiem stało, że w ramach tej Sesji prowadzonej przez ks. Andrzeja Siemieniewskiego dane mi było podzielić się z jej uczestnikami świadectwem na temat Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz jako przykładu ekumenizmu mniej skutecznego…
Tytułem wstępu jeszcze jedna myśl – jestem w pełni świadomy, że moje spojrzenie z natury rzeczy jest cząstkowe. Spotkania ludźmierskie za czasów mego liderowania (zapewne jest tak i teraz) były specyficznym tyglem; poza tym animowało te wydarzenia wiele osób. Istnieje szereg wątków i zapewne szereg alternatywnych punktów widzenia. Zdając sobie z tego sprawę, postanowiłem skupić się bezpośrednio na tych wydarzeniach, których byłem świadkiem lub bezpośrednim sprawcą – za które czuję się współodpowiedzialny. Z tego powodu analiza poniższa z pewnością nie wyczerpuje fenomenu, jakim były te spotkania w nurcie nowej ewangelizacji. Zastrzeżenie to jest niezbędne zaraz na samym początku, aby uniknąć fałszywej perspektywy, jakoby prezentowane spojrzenie było jedynym wiarygodnym świadectwem. Jednak – każdy ma swoją opowieść…
Jacek Schmidt,
24 czerwca 2001 (Nowy Targ, niedziela św. Jana Chrzciciela)
1.2. OPPORTUNE – IMPORTUNE (W PORĘ, NIE W PORĘ) …
Okoliczności naszego życia podlegają ciągłej przemianie – na lepsze lub na gorsze. Podlegamy cierpieniom, doświadczają nas pokusy i trudy życia w świecie, gdzie grzech i ciemność zdają się coraz bardziej intensyfikować. Sami upadamy i powstajemy na nowo. Natomiast misja głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie – jedynym Panu i Zbawicielu jest niezależna od okoliczności. Są takie sytuacje, kiedy głoszenie to może nie być przyjmowane, z różnych powodów może być negowane, a także może nas narazić na różne negatywne konsekwencje. Jednak nawet prześladowanie czy utrata dobrego imienia nie powinny nas zwalniać z obowiązku głoszenia Ewangelii, który jest obligatoryjny dla każdego chrześcijanina chcącego naśladować Jezusa Chrystusa. To przesłanie winno być fundamentem apostolskiego czy ewangelizacyjnego działania każdego z nas – bez względu na funkcję w Kościele i zakres naszej odpowiedzialności. Jestem przekonany, że wszystkim współtworzącym rzeczywistość spotkań muzyków chrześcijan na przestrzeni ostatnich 10 lat świadomość takiego fundamentu towarzyszy głęboko.
Jak to się zatem stało, że drogi nasze w zasadzie definitywnie się rozeszły? Odpowiedź na to pytanie nie może być jednoznaczna, co więcej – szereg odpowiedzi na tę kwestię stanowi wątek przeplatający się w kolejnych zdarzeniach, które mam zamiar opisać.
Fundamentalną dla tego opisu rzeczywistością jest konstatacja, która dokonała się gdzieś na przestrzeni lata i jesieni 1997 roku. Zdarzyło się wtedy, że dane mi było najpierw wysłuchać rekolekcji pod tytułem Misterium Kościoła wobec fałszywej mistyki. Poprzedzone one były szeregiem wydarzeń w moim życiu, które nazwałbym Bożymi znakami ostrzegawczymi, a które nosiły znamiona osobistego kryzysu (zarówno na polu duchowym, jak i w realiach życiowych), ale także elementami składowymi było wiele nasilających się konfliktów personalnych z moim udziałem. Pod wpływem całości tych zdarzeń i przemyśleń nastąpiło u mnie jakby przemodelowanie teorii. Efektem było to, że z lidera rzeczywistości “namaszczonej ewangelizacji z mocą”, stałem się jej krytykiem, gdyż – jako żywo – raczej odnajdywałem w niej elementy gnozy charyzmatycznej .
Efektem istotnym (choć pośrednim) było zdanie sobie sprawy, jak bardzo na kształt naszego życia (zwłaszcza na praktyczne działania) wpływają przyjęte założenia teoretyczne – niejako teoria modeluje praktykę. Wątek ten jest ciekawy, jednak z uwagi na jego oboczność tutaj jedynie zwracam na to uwagę…

1.3. POCZUCIE CZASU KAIROS
Teoretyczne założenia w wypadku działalności ewangelizacyjnej, misyjnej – jak Inicjatywa Muzyczna Ludźmierz – dotyczą zwłaszcza poglądów teologicznych w wymiarze takich pojęć, jak: ekumenizm (i jego uściślenie w postaci teologii ekumenicznej), eklezjologia (w znaczeniu wizji Kościoła), sposób rozumienia charyzmatów (zwłaszcza ich stosowania w praktyce) oraz podejście do autorytetu w Kościele (czyli cała sfera związana z posłuszeństwem, rolą pasterza, kierownictwem duchowym, rozeznaniem woli Boga i sposobem podejmowania decyzji). W zasadzie wszystkie te kierunki są istotne w tym opracowaniu, przy czym zdecydowałem się (podkreślam to jeszcze raz) na ich opis w postaci osobistego świadectwa – nie czuję się uprawniony do wychodzenia poza obszar, w którym nie uczestniczyłem bezpośrednio.
Odkąd zdecydowałem się na podjęcie tego opracowania, towarzyszy mi poczucie szczególnego czasu kairos – nadszedł dla mnie czas na dokonanie tej analizy.
W historii mego życia oznacza to wymóg historyczny, który doprowadził mnie do tego, że działanie apologetyczne jest bardziej pilne niż kiedykolwiek do tej pory. Istnieje potrzeba zdefiniowania tych zagadnień – zarówno przez aprobatę, jak i negację. Tego typu interwencja wiąże się dla mnie z pojęciem czasu kairos. Zetknąłem się z bardzo trafną definicją tego pojęcia w znaczeniu teologicznym: “Wymóg chwili może oznaczać czujność wobec pozytywnych okoliczności, z którymi – być może – wiążą się szczególnie korzystne okazje dla pasterskiego i misyjnego apostolatu Kościoła. Do tego właśnie odnosi się, w sensie właściwym, słowo kairos” .
Owe pozytywne okoliczności to nade wszystko powstanie Katolickiego Serwisu Apologetycznego w Internecie (w lutym 2001 roku – jestem jego współinicjatorem). Wiąże się z tym ściśle szczególny wymóg chwili – rzeczywistość tzw. wolnych Kościołów, związanych z ruchem ponaddenominacyjnym, zdaje się systematycznie narastać również w Polsce.

1.4. POCZUCIE OBOWIĄZKU OSTRZEGANIA
Od mniej więcej trzech – czterech lat coraz bardziej jestem świadomy, że moje doświadczenie lidera w rzeczywistości ponaddenominacyjnego nurtu charyzmatycznego, wnioski, jakie z tego doświadczenia wyciągnąłem, sam opis tej rzeczywistości stanowi – nie waham się tego stwierdzić – misyjny obowiązek ostrzegania. Począwszy od lat sześćdziesiątych, poprzez ostatnie dwie dekady wieku XX pojawiły się na mapie chrześcijaństwa nowe Kościoły charyzmatyczne, często określane mianem wolnych Kościołów ponaddenominacyjnych. Na ogół wyrastają one z korzenia zielonoświątkowych XX-wiecznych przebudzeń, Kościoła zielonoświątkowego w jego licznych odłamach, wspólnot charyzmatycznych z Kościołów historycznych. W Polsce ruch ten zaistniał najpierw za przyczyną ponaddenominacyjnych ruchów para eklezjalnych, z których zwłaszcza dwa: Młodzież z Misją (Youth with a Mission) oraz Ruch Agape (aktualnie znany pod nazwą Ruchu Nowego Życia, a w świecie jako Campus Crusade for Christ – Akademicka Krucjata dla Chrystusa) odegrały znaczącą rolę. W początkach (lata 70. – 80.) przez ówczesną współpracę z Ruchem Światło-Życie . O ile owe ruchy para eklezjalne liczą w skali światowej kilkanaście tysięcy pracowników misyjnych, o tyle są w stanie zmobilizować do swoich akcji (w Polsce najbardziej znany jest Marsz dla Jezusa organizowany zwłaszcza w takich środowiskach, które są otwarte na tę współpracę – mnie znane są te akcje z Wrocławia i Torunia) – nawet kilkaset tysięcy osób w skali globu. Mało uświadamianym w Polsce faktem jest skala zjawiska – może dlatego, że problem ujawnił się w postaci fali odejść szeregu grup charyzmatycznych z Kościoła katolickiego w połowie lat dziewięćdziesiątych i objął, w moim przekonaniu, kilka – kilkanaście tysięcy ludzi. W świecie rzecz dotyczy jednak około 100 do 200 milionów osób i ma charakter dynamicznego prozelityzmu.

1.5. PRAGNIENIE UNIKNIĘCIA STEREOTYPU
Skoro już podejmuję ten wątek – chciałbym uniknąć podwójnego stereotypu (choć nie wiem, czy wystarczy mi dystansu i wiedzy) w analizie zjawiska Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz, gdzie jak w niezwykłej soczewce skupiały się te wszystkie kwestie.
Chcę uniknąć, z jednej strony, patrzenia przez pryzmat podejrzliwości, co przejawia się w kojarzeniu tej rzeczywistości z sekciarstwem. Zdałem sobie w ciągu ostatniego roku sprawę, że nie do końca byłem wolny od tej optyki w ostatnich kilku latach. Natomiast kiedy dane mi było zyskać nieco więcej informacji – rzeczywistość nowych Kościołów charyzmatycznych okazuje się nie być tak jednoznaczna w Polsce . Działania podejmowane przez nas w Ludźmierzu nigdy nie osiągnęły pewnej granicy, poza którą trzeba mówić o herezji, schizmie czy postawach niekatolickich lub antykatolickich, dlatego między innymi nie można ich traktować w kategoriach sekciarskich.
Co więcej, nigdy nie straciłem przekonania, że Inicjatywa Muzyczna Ludźmierz była i jest Bożym dziełem, promieniującym owocami, zwłaszcza fenomenem polskiej sceny muzyki chrześcijańskiej – dziesiątkami profesjonalnych zespołów, szeregiem pięknych nagrań muzycznych, nowymi pieśniami uwielbienia, koncertami i festiwalami. Inicjatywa ludźmierska w trudny do przecenienia sposób przyczyniła się bez wątpienia do rozwoju nowej ewangelizacji i z całą pewnością jest to zasługa całego szeregu ludzi (zwłaszcza muzyków), którzy swymi talentami i zaangażowaniem tworzą alternatywny nurt cywilizacji miłości – zgodnie z papieskim orędziem – nowej kultury wobec propozycji pogańskiej kultury masowej.
Drugi stereotyp to myślenie kategoriami stricte katolickimi przy opisie rzeczywistości niekatolickich fenomenów eklezjalnych, jakimi są nowe grupy należące do nurtu New Charismatic Churches. Mamy do czynienia z nową rzeczywistością. I być może, problemu z Inicjatywą Muzyczną Ludźmierz w ogóle by nie było, gdyby od samego początku nazywać rzecz po imieniu… Podstawowy problem przy opisie tego fenomenu to kwestia wyznania i problem tożsamości. Tożsamość katolicka jest określana przez wyznanie wiary i przez eklezjologię, czyli konkretną wizję Kościoła powszechnego, łączonego z Tradycją, Urzędem Nauczycielskim Kościoła, także z wizją sakramentalną. Jeżeli rzeczywistość Kościoła katolickiego można porównać do bochenka chleba wypieczonego z ziaren wielu zbóż, to każda jego kromka zawiera w sobie smak całości. Jedząc nawet okruszek można nabrać smaku całości. Tymczasem w nowej charyzmatycznej rzeczywistości – zwłaszcza gdy asymilują ją katoliccy charyzmatycy – dochodzi do specyficznego nałożenia się zupełnie innej wizji eklezjalnej, gdzie np. Kościół jest rozumiany w kategorii wspólnoty wyłącznie lokalnej, a wspólne wymagania doktrynalne są redukowane do minimum. W istocie zawiera się w tym inne rozumienie Kościoła, jakby to był wypiek innego rodzaju…
Zasadniczą rolę w promowaniu tej rzeczywistości – również w kontekście spotkań ludźmierskich – odegrała w Polsce działalność Johna Wimbera (jego dwie konferencje w początkach lat dziewięćdziesiątych razem z Ralphem Martinem: Uzdrowienie w mocy i Ewangelizacja w mocy). Myślę, że idee promowane przez Winnicę (czyli strukturę wolnych wspólnot charyzmatycznych o charakterze ponaddenominacyjnym) odcisnęły największe piętno na mojej posłudze charyzmatycznego lidera – zwłaszcza w postaci idei działania pod namaszczeniem duchowym , któremu towarzyszą fenomenologiczne objawy duchowe – takie, jak tzw. odpoczynek w Duchu, dar śmiechu , namaszczony dar poznania oraz silne elementy walki duchowej i egzorcyzmowania. Tutaj jedynie czynię wprowadzenie do opisu konkretnych wydarzeń…

1.6. PIERWOTNA IDEA SPOTKAŃ LUDŹMIERSKICH
Trzeba nadmienić, że na ogół w tym nurcie „namaszczonych wstawienników” nie występują elementy jawnie antykatolickie. Co więcej, zachęca się do współdziałania ekumenicznego. Nie mamy zatem do czynienia z przeciwstawieniem w znaczeniu albo – albo. Raczej jest to specyficzne doświadczenie chodzenia po granicy. W pewnym eseju teologicznym zetknąłem się z określeniem, że cały protestantyzm jest doświadczeniem granicznym. Nie mam wątpliwości, że w tym nurcie charyzmatycznym łaska jest obecna, jednak ze względu na owo poruszanie się po linii demarkacyjnej istnieje realne niebezpieczeństwo poszukania jakiejś drogi na skróty (np. “położymy na ciebie ręce, wezwiemy imienia Jezusa, Duch Święty zstąpi z mocą i Jego moc cię uwolni od demonów, uzdrowi, namaści do posługi pasterskiej” …) Realne jest też zejście na manowce… (będzie jeszcze o tym mowa). Ta konstatacja jest ważna w uświadomieniu sobie, że pierwotna wizja spotkań ludźmierskich była zupełnie inna – kompletnie niezwiązana z tak pojmowanym ekumenizmem, który jest promowany przez obecnych liderów – kontynuatorów tych spotkań.
Wprawdzie w Ludźmierzu pojawiały się ukryte wątki antykatolickie, choć nie nabierały zasadniczego znaczenia (raczej miały znaczenie marginalnego niepokoju). Istota problemu w moim przekonaniu wygląda następująco: od roku 1999 spotkanie muzyków chrześcijan w deklaracji jego liderów ma charakter ekumeniczny. Wcześniej – zwłaszcza w okresie mego jednoznacznego liderowania spotkaniom – takiego charakteru spotkania nie posiadały. Były to spotkania muzyków z Kościoła katolickiego, na które byli zapraszani różni inni muzycy. Założenie było następujące: zapraszamy wszystkich – muzyków profesjonalnych i amatorów (jazzmanów, rockmanów i muzyków klasycznych) ze wszystkich ruchów Kościoła, ale i niewierzących czy pozostających poza Kościołem (również chrześcijan innych wyznań). Takie założenie wynikało z celu spotkania: miało ono być właśnie spotkaniem muzyków z różnych nurtów, a to w celu zainspirowania ich do podejmowania osobistych inicjatyw już po spotkaniu – tworzenia nowych zespołów, komponowania nowych pieśni, organizowania nowych rzeczywistości artystycznych. Istotą spotkania miało być danie muzykom impulsu dla rozwoju ich własnej twórczości w takiej rzeczywistości, która by była zgodna z ich osobistym powołaniem. Początkiem tej rzeczywistości było powstanie zespołu New Life Music na pierwszym spotkaniu w 1992 i pierwszy ich koncert 24 kwietnia tego roku w kościele św. Katarzyny w Nowym Targu. Mogę stwierdzić z perspektywy czasu, że wykrystalizowanie takiej koncepcji dokonało się w czasie pierwszych trzech spotkań (lata 1992-94), by nabrać bardziej wyraźnych cech w latach 1995-96. Apogeum takiej wizji był rok 1997 i pierwszy koncert rockowego zespołu 2 Tm 2,3 na zakończenie spotkania ludźmierskiego (i mego liderowania tym spotkaniom).
Natomiast z biegiem czasu – począwszy od 1994 roku – zaczął narastać w Ludźmierzu problem, który nazwałbym “zamieszaniem ekumenicznym”. Zamieszaniem – gdyż “ekumenizm bardziej skuteczny” wynika, w moim przekonaniu, ze zgody na istniejący pluralizm religijny, gdzie na zasadzie dialogu, szukania wspólnych elementów jednoczących budujemy przez działania praktyczne fundamenty pod jedność Kościoła. “Ekumenizm mniej skuteczny”, czyli po prostu pozorny, z którym mamy tutaj do czynienia, wynika z synkretyzmu religijnego, kiedy to charyzmatyczny katolik stwierdza np.: “nie neguję Kościoła, jego hierarchii i teologii, ale chcę być radykalny – interesuje mnie tylko Jezus”. I na takiej podstawie przyjmuje doktryny niepewne (np. całą rzeczywistość duchowego namaszczenia, ewangelizacji z mocą, poruszania się w Duchu) lub wręcz praktyki sprzeczne z nauką katolicką (np. drugi raz się chrzci w wolnym Kościele po porzuceniu katolicyzmu w imię tak pojętej „radykalności ewangelicznej”). Oczywiście, nie ma wtedy mowy o dialogu, gdyż następuje subtelny podział np. na “stary Kościół” (hierarchiczny, parafialny, maryjny, nieodrodzony duchowo, martwy religijnie i legalistyczny) i “nowy Kościół” (niejako ponad podziałami, Kościół narodzonych na nowo z Ducha, namaszczonych mocą proroczą i charyzmatyczną). Właśnie z taką rzeczywistością mamy do czynienia – i to jest główna teza mojej analizy.

1.7. WYJĄTKOWOŚĆ CZASU KAIROS DLA ANALIZY SPOTKAŃ LUDŹMIERSKICH
Od kilku lat próbuję ostrzegać, mówić, prosić o weryfikację różnych faktów (również zarzutów). Czyniłem to raczej sporadycznie i w mocno ograniczonym kręgu osób, które miały jakiś wpływ na przebieg spotkań ludźmierskich. Wraz z tymi ograniczonymi działaniami narastała we mnie świadomość i potrzeba apologetyki, która nie tyle szuka przeciwnika i tropi nieprawidłowości, co raczej spokojnie, zapraszając do dialogu, analizuje, bada i zachowuje to, co szlachetne. Od grudnia 2000 roku, kiedy to w gronie kilku osób został zainicjowany Katolicki Serwis Apologetyczny, coraz bardziej jasne jest, że wiąże się z tym dla mnie historyczna sposobność.
Określiłbym ją następująco: aktualni liderzy spotkań muzyków nadali im charakter ekumeniczny. Jednak, z powodów zarysowanych dotychczas, ekumenizm ten jest inspirowany w stopniu decydującym (jeżeli nie wyłącznym) przez poglądy, które uważam za błędne. Istnieje sprzeczność (dość subtelna, specyficznie zwodnicza), która sprawia, że w tym dobrym cieście pojawia się odrobina kwasu. Szkodliwość kwasu w ujęciu ewangelicznym posiada moc paraliżującą w pewnej przestrzeni Bożego królestwa. W wypadku spotkań muzyków istnieje cały szereg obszarów, jak to ktoś określił: “spalonej ziemi, na której raczej nic nie wyrośnie między nami”. Istnieje wymóg chwili dla tej analizy, pewna szczególna sposobność związana z powstaniem środowiska apologetycznego (nie boję się tego określenia). O tym, że apologetyka w dobie ekumenicznego otwarcia jest znakiem czasu, przekonała mnie np. deklaracja Dominus Iesus, a także instrukcja Kongregacji Nauki Wiary w sprawie modlitwy o uzdrowienia (w jej świetle było cały szereg nadużyć w tym wymiarze, zwłaszcza podczas spotkań charyzmatycznych, gdzie łączono modlitwę o uzdrowienia z liturgią)…
Tak jak w 1992 roku zaistniał cały szereg przesłanek o charakterze duchowym dla zaiskrzenia pierwszego spotkania w Dursztynie na Spiszu – tak w 2001 roku doświadczam podobnego iskrzenia w wymiarze apologetycznym. Pojawiły się warunki intelektualne dla głosu ostrzegawczego, choć doświadczam też sporego oporu materii w środowisku Odnowy Charyzmatycznej. Opór ten wynika z obawy, jakoby tekst tej analizy miał wyłącznie kontekst osobisty, dotyczący relacji ludzkich.
Aby się nie rozpisywać szerzej w ramach wątku ubocznego, może taki obraz. Kilka lat temu w rozmowie z jednym z liderów spotkań ludźmierskich na moje zastrzeżenia i wątpliwości usłyszałem: “Jak to dobrze, że jest Duch Święty – lubię Go słuchać”… Zapytałem: “Skąd masz pewność, że tym, co słyszysz, jest Duch Święty?”… i zobaczyłem zdumiony wyraz twarzy, jakbym powiedział coś nadzwyczaj niestosownego. “Jak to, przecież jest namaszczenie, są charyzmaty, jest słowo Boże”… – usłyszałem uzasadnienie. Ale drążyłem: “Skoro bezpośrednio słyszysz głos i uważasz, że słyszysz Ducha Świętego, to czy istnieją jakiekolwiek obiektywne środki weryfikacji prawdziwości tego, co usłyszałeś?” Trudno przytaczać tu całą argumentację, zresztą jest sporo autorów z nurtu ponaddenominacyjnego propagujących te doświadczenia duchowe . Jednak istota tkwi w bezpośredniości natchnienia charyzmatycznego, w takim aspekcie łaski, który objawia się w Bożych interwencjach tu i teraz (najlepiej z powalającą mocą). Cały problem polega na tym, że nie ma powodu, by negować tego typu dotknięcia – czasem się zdarzają (choć o wiele rzadziej, niżby to wynikało z charyzmatycznych rozeznań w tym nurcie).
Jednak skąd pewność, że mają one zawsze Boży charakter? Pewności tej nabieramy przez mediację Kościoła (nazywaną czasem rozeznawaniem albo – w innym kontekście – pasterskim autorytetem decyzji). Jednak co zrobić, kiedy pasterzami są osoby bez święceń sakramentalnych, ale uzurpujące sobie pasterski autorytet lub posiadające go jedynie na podstawie proroczego namaszczenia w charyzmatycznych rytach wstawienniczych dokonywanych we wspólnotach? To jest bardzo niebezpieczna krawędź i poruszanie się po terenie niezwykle trudnym. A właśnie to ma miejsce we wspólnotach katolickich znajdujących się pod wpływem namaszczenia charyzmatycznego, ponaddenominacyjnego.

1.8. ZWALCZAĆ BŁĄD – KOCHAĆ BŁĄDZĄCEGO
Zdanie to pochodzi z pism św. Augustyna, a dokładnie rozwinięcie tej myśli w kontekście brzmi tak: “Wypada, aby człowiek żyjący według zasad Bożych, nie zaś podług zasad ludzkich, był miłośnikiem dobra, a w następstwie tego będzie nienawidził zła. Ponieważ zaś nikt nie jest zły z natury, lecz z przywary, przeto żyjący podług Boga człowiek winien żywić w stosunku do złych doskonałą nienawiść (porównaj Psalm 119,22): ani nie mieć w nienawiści człowieka ze względu na jego wadę, ani nie miłować wady ze względu na człowieka, natomiast nienawidzić samej wady, a miłować człowieka. Albowiem po uleczeniu przywary zostanie tylko to, co winien miłować, nie zachowa zaś się nic z tego, czego powinien nienawidzić” .
Analiza w części historycznej weryfikacji faktów pokazuje wydarzenia, których byłem współuczestnikiem. Demaskowanie tych zdarzeń w ramach wspomnianej już świeckiej ortodoksji jest pojmowane dość powszechnie jako coś niezgodnego z chrześcijańską miłością. Jednakże powyższy cytat temu przeczy. Co więcej, miłość chrześcijańska domaga się takich napomnień, łącznie z pokazywaniem błędów. Dlatego nie waham się w głównej mierze w historii Ludźmierza skoncentrować na błędach własnych, a jeżeli czasem mówię o błędach cudzych – to motywem zawsze jest prawda, której poznanie w Jezusie Chrystusie daje wolność.
Tak jak istnieje fałszywe przeciwstawienie: apologetyka albo ekumenizm – tak samo fałszywe jest mniemanie, jakoby potępianie błędu (herezji, gnozy, schizmy itd.) było przeciwne miłości. Zdaję sobie sprawę jednak, że kiedy ktoś jest w ponaddenominacyjnym i charyzmatycznym lesie – nie jest w stanie dostrzec drzew-zawalidróg. Ja też ich nie widziałem, póki byłem liderem w tej rzeczywistości… Jak stwierdza Dietriech von Hildebrand: “Mówienie prawdy w tym oto momencie, chronienie ludzi przed zaraźliwym i niszczącym błędem i niesienie poprzez to świadectwa Chrystusowego światła wielu osobom […] – oto dramatyczna właściwość kairos” .
Przechodząc do części drugiej – czyli opisu wydarzeń, zjawisk, osób – chcę jeszcze raz zaznaczyć, że pomimo znaczącej roli (w wielu sytuacjach pierwszoplanowej), jaką odgrywałem na przestrzeni tych lat, opis ten nie jest w stanie oddać w obiektywny sposób całości zjawiska Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz. Z uwagi na jednostkową pamięć (z marginesem na jej zawodność), wielowymiarowość i szereg wątków – obiektywizm byłby możliwy, jedynie gdyby na te kwestie wypowiadało się chociaż kilka osób, czasem kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt… A i wtedy zapewne w wielu sytuacjach oceny byłyby diametralnie różne, czasem przeciwstawne, również w ocenie tych samych faktów – proszę nieustannie o tym pamiętać podczas lektury następnych stron…

2. HISTORIA INICJATYWY MUZYCZNEJ LUDŹMIERZ

Aby zbalansować nieco poprzednią myśl o naturalnym ograniczeniu subiektywnym przy odtwarzaniu historii spotkań muzyków chrześcijan, pragnę zapewnić, że w decydujący sposób przy weryfikacji faktów i zdarzeń pomaga mi różnorodna i obfita dokumentacja będącą w moim posiadaniu. Przede wszystkim, odkąd pamiętam, zapisywałem fakty, pisałem listy, konspekty katechez, notatki z wypowiedzi, które zapadały mi w pamięć. Notowałem – choć nieregularnie – słowa proroctw, rozeznania na modlitwie. Dysponuję szeregiem kaset magnetofonowych z nagranymi konferencjami, świadectwami i fragmentami spotkań modlitewnych i koncertów z Ludźmierza z lat 1994-98. Posiadam obfite archiwum fotograficzne z tych spotkań, także kasety video. Zachowuję korespondencję również z okresu, gdy toczył się ostry spór. Materiały te nie są usystematyzowane, gdyż po prostu są w moim archiwum. Zamierzam w części drugiej oprzeć się na tych źródłach.
Oprócz tego trzeba było zdecydować się na sposób opisu. Wybrałem skoncentrowanie się na zdarzeniach – symbolicznych obrazach, które najbardziej utkwiły w mojej pamięci i które mają znaczenie apologetyczne. Staram się natomiast unikać przedstawiania tych zdarzeń, które miały charakter np. konfliktów w relacjach, problemów technicznych związanych z posługą. Trzeba bowiem podkreślić, że organizacja tych spotkań była zupełnie niezwykłym wysiłkiem i poświęceniem – wyjątkową szkołą, gdzie często się docieraliśmy. Mam świadomość, że osoby angażujące się w posługę diakonijną zawsze wkładały w to swoje serce. Dlatego jestem im niezmiernie wdzięczny za ogromne zaangażowanie i pracę w recepcji, kuchni, służbach porządkowych, rozkładaniu i składaniu sprzętu, łóżek, materacy itd., w diakoniach modlitewnych i muzycznych. W sumie te słowa podziękowania dotyczą kilkudziesięciu osób, głównie z Nowego Targu, choć też z Nowego Sącza, Torunia, Wrocławia, Wodzisławia Śląskiego, Szczecina, Warszawy…

2.1. WEZWANIE DO AGGIORNAMENTO
Moje świadome bycie chrześcijaninem ściśle wiąże się – od 1984 roku – z osobistymi odpowiedziami i zaangażowaniem w nową ewangelizację – nową w formie, nową w treści i nową w środkach wyrazu. Zainteresowanie tematyką sztuki chrześcijańskiej datuje się u mnie z czasów studiów w Krakowie (patrz moje świadectwo w Aneksie 1). Wtedy to w ramach historii sztuki (w zakresie plastyki i malarstwa) uczestniczyłem w pierwszych dyskusjach. Równolegle do studiów uczestniczyłem w akademickiej wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym, jednak o formacji oazowej. Przyznaję, że męczył mnie pewien styl oazowy – wyrażający się również w niektórych infantylnych pieśniach (przy szeregu pięknych). Jako plastyk – miałem wiele trudności, obserwując dominującą “estetykę Veritasu”.
Piszę o tym, ponieważ jest to ważna przesłanka do zrozumienia, że Bóg powołuje nas do czegoś na zasadzie kolejnych etapów wzrostu. W latach osiemdziesiątych następowała u mnie krystalizacja, którą określiłbym jako tęsknotę za profesjonalną, popularną sztuką nowoczesną o jasnym chrześcijańskim przesłaniu. Dobrą ilustrację tej tęsknoty może stanowić następujący obraz:
Na przełomie lat 80. i 90. byliśmy razem z grupą nowotarską na Czuwaniu Odnowy w Częstochowie (był to zapewne rok 1990 lub 91). Razem z animatorem muzycznym z naszej grupy modlitewnej, której byłem liderem, staliśmy na placu pod murami Jasnej Góry tuż obok głośnika. Schola prowadziła właśnie uwielbienie… Do naszych uszu dobiegał jednak charkot – głośnik należał do typu “kołchoźników”. Poza tym – schola miała jeden mikrofon i słychać było przede wszystkim osobę będącą najbliżej membrany. Problem w tym, że ta osoba śpiewała drugim głosem (co czyniło wrażenie, jakby fałszowała). Animator prowadzący był słyszany słabiej (dalej stał), a grupa szemrała w oddali. Całość czyniła niemiłe wrażenie kakofonii (z czego zapewne zupełnie nie zdawano sobie sprawy). Staliśmy pod tym głośnikiem i zadałem pytanie: “czy ty to słyszysz?” Odpowiedział mi: “wiesz – zdążyłem się już przyzwyczaić…” Odpowiedziałem wtedy, że do takich rzeczy nie wolno się przyzwyczajać…
Zapewne tęsknoty o podobnym charakterze (choć innych akcentach: dotyczące twórczości, kultury, ewangelizacji) były w sercach innych osób, które w bezpośredni sposób przyczyniły się do pierwszego spotkania muzyków w Dursztynie – mam tu na myśli zwłaszcza małżeństwo Beatę i Joachima Menclów oraz Andrzeja Bujnowskiego, wówczas kleryka dominikańskiego. Myślę, że na różne sposoby Bóg rodził w nas pragnienie twórczości. Taki był wymóg chwili. Do pewnego stopnia to zetknięcie się nieznanych sobie wcześniej osób można określić jako dynamikę gwiazdy betlejemskiej, gdyż tak jak Kacpra, Melchiora i Baltazara prowadziła nas z różnych realiów do jednego punktu spotkania w Dursztynie w kwietniu 1992. W tym znaczeniu trzeba łączyć pojęcie aggiornamento w dziedzinie muzyki chrześcijańskiej z czasem kairos dla zaistnienia spotkań muzyków. Warunki wzywające środowiska muzyków i osób świeckich oddanych sprawie ewangelizacji w nurcie Odnowy dotyczą też talentów danych od Boga – w zasadzie wszyscy inicjujący spotkania byli już na tej drodze, rozwijali swoje dary.
W pierwszej kolejności pragnę powołać się na wywiad, jaki został opublikowany w miesięczniku “List” w maju 1992. Jest to pierwsza publiczna wypowiedź na te tematy, dlatego tak jest istotna. Redaktorka Iwona Sobas swoją rozmowę z Beatą i Joachimami Menclami rozpoczęła od takiego wstępu: “Członkowie grupy New Life Music są katolikami, zawodowo zajmują się jazzem i muzyką rozrywkową. Poprzez muzykę chcą mówić o swojej wierze w Chrystusa. W czerwcu udadzą się na trasę koncertową wiodącą przez większe miasta Polski” . Z artykułu dowiadujemy się, że idea powstania zespołu narodziła się, z jednej strony, dzięki pragnieniu Beaty i Joachima – Beata pisała teksty do kompozycji Joachima, znanego pianisty jazzowego. Z drugiej strony, impuls do powołania zespołu, który w czasie koncertów ewangelizuje, przyszedł ze strony Piotra Jankowskiego, perkusisty mieszkającego wówczas w Hamburgu. Spotkanie tych trzech osób z końcem 1991 roku zaowocowało powołaniem New Life Music, a do współpracy zostali zaproszeni wokaliści: Ewa Uryga i Mietek Szcześniak – oraz gitarzysta basowy Marcin Pospieszalski.
Pomysł zorganizowania spotkania rekolekcyjnego dla muzyków narodził się natomiast podczas spotkania animatorów Odnowy w Duchu Świętym rejonu krakowskiego w Staniątkach koło Niepołomic w zimie 1992 roku. Byłem na nim obecny jako ówczesny lider grupy modlitewnej z parafii św. Katarzyny w Nowym Targu – był to bodaj ostatni mój regularny kontakt z Zespołem Koordynatorów Odnowy, gdyż w tamtym czasie odeszliśmy od koordynacji katolickiej Odnowy Charyzmatycznej…
Beata Mencel była w owym czasie animatorem wspólnoty w jednej z parafii Podgórza w Krakowie. Tak się złożyło, że zaczęliśmy rozmawiać i Beata podzieliła się pragnieniem ewangelizacji przez muzykę. Zaproponowałem zorganizowanie spotkania w Dursztynie w drewnianym klasztorze o.o. Franciszkanów. W krótkim czasie Wielkiego Postu ustaliliśmy, że zaprosimy znajomych muzyków. Moim zadaniem była organizacja prowadzenia spotkania, którego termin został ustalony na 21-24 kwietnia 1992 roku. Działanie było spontaniczne do tego stopnia, że do końca nie było wiadomo, ile osób przyjedzie. Zjawiło się w sumie 50 osób…

2.2. REKOLEKCJE EWANGELIZACYJNE DLA MUZYKÓW – DURSZTYN 1992-1993

2.2.1. Pierwsze spotkanie w Dursztynie
Pierwsze spotkanie odbyło się w dniach 21-24 kwietnia 1992 roku w formie “Rekolekcji ewangelizacyjnych dla muzyków”. Miejscem był drewniany klasztor – ośrodek rekolekcyjny ojców franciszkanów w Dursztynie (w kaplicy odbywały się też Eucharystie). Prowadzenie spotkania to wspólne dzieło kilku animatorów – przede wszystkim Eli Maier z Lublina (Ruch Światło-Życie, aktualnie w Carlsbergu), Jagi Marchaj z Krakowa (aktualnie Szkoła Nowej Ewangelizacji w parafii św. Jadwigi) i mnie. Oprócz tego do animowania spotkania włączali się: ks. Janusz Rzepa z Nowego Targu i ks. Roman Pindel z Krakowa (ówczesny koordynator Odnowy w rejonie) w zakresie liturgii oraz Robert Cudzich, który ówcześnie był animatorem muzycznym w modlitewnej grupie Odnowy w Nowym Targu, razem z Alą Gąsior, animatorką muzyczną. W zasadzie nie pamiętam treści katechez i homilii, gdyż nie zachował się ślad nagrań. Pamiętam jedynie, że jednego popołudnia prosiliśmy o świadectwa muzyków zawodowych znanych ze swej chrześcijańskiej tożsamości – głos zabierali wtedy: małżeństwo Lori i Steve Wallet (z Młodzieży z Misją z Krakowa) oraz perkusista Skaldów Jan Budziaszek, znany z felietonów w “Liście”. To był wątek rekolekcyjny.
Obok niego zasadniczym wątkiem były próby pierwszego programu zespołu New Life Music, które odbywały się w jednej z klas szkoły podstawowej w Dursztynie. Muzycy: Joachim Mencel (piano), Marcin Pospieszalski (bass), Piotr Jankowski (drums) oraz wokaliści Ewa Uryga i Mietek Szcześniak – w zasadzie odrębnie ćwiczyli po kilka godzin piosenki, które potem nagrali na pierwszej kasecie New Life Music. Joachimowi, Marcinowi i Piotrowi towarzyszyły ich żony: Beata, Lidka i Marysia (dwie ostatnie ze swymi pociechami). Właściwie kontakt mieliśmy podczas Eucharystii, posiłków i wieczornych spotkań modlitewnych, które trzykrotnie się odbyły i miały charakter swobodnych improwizacji muzycznych. Spotkania te zafascynowały nas. Oprócz wyżej wymienionych osób, z których większość odegrała znaczącą rolę w kolejnych spotkaniach, trzeba jeszcze wymienić wtedy diakona dominikańskiego (tuż przed święceniami) Andrzeja Bujnowskiego z Krakowa. Uczestnicy spotkania wpisywali się do Kroniki grupy nowotarskiej i może najbardziej znamienny jest wpis Piotra i Marysi Jankowskich: “Pierwsza misja muzyczna dla Chrystusa – Chwała Panu”.
Oprócz tych osób w spotkaniu uczestniczyło wielu innych muzyków, którzy jednak nie pojawiali się później na kolejnych spotkaniach i nie włączali się, jak wiem, w działania na scenie ekumenicznej muzyki chrześcijańskiej. Trzeba wymienić np. Stefana Błaszczyńskiego z Krakowa (flet), Marka Janickiego z Krakowa (kontrabas) czy Marię “Promyka” i Andrzeja Lamersów z Krakowa oraz ks. Wojciecha Drozdowicza, ówcześnie animującego telewizyjny program “Ziarno” z Warszawy. Jan Budziaszek nie pokazywał się w Ludźmierzu w latach następnych, a Ewa Uryga po nagraniu pierwszej kasety już nie występowała z New Life Music.

2.2.2. Pierwsze koncerty New Life Music
Dnia 24 kwietnia 1992 roku, w piątek, o godz. 19, w kościele parafialnym św. Katarzyny w Nowym Targu odbył się pierwszy koncert zespołu New Life Music. Koncert ten jest zarejestrowany metodą nieprofesjonalną, ale jest. Przyszło na niego około 200 osób, wokaliści śpiewali na ogół teksty z kartek, Mietek Szcześniak wygłosił pierwsze swoje przesłanie ewangelizacyjne… Ciekawe jest tło tego koncertu (jak i całych rekolekcji) od strony nowotarskiej grupy modlitewnej. Otóż doświadczyłem niewiele zrozumienia dla idei ewangelizacji muzyków i przez muzykę ze strony większości ówczesnych animatorów nowotarskich. Taka postawa jest obecna w wielu miejscach katolickiego ruchu charyzmatycznego. Przejawia się ona pewną statycznością – skoncentrowaniem tylko na działaniach pobożnościowych albo też na przywiązaniu do specyficznej formy charyzmatycznego zachowania. Na przykład w pierwszej wspólnocie typu oazowego (lata 1982-85) zetknąłem się ze specyficznym podejściem do ubioru kobiet. Kobieta inaczej ubrana (nie chodzi tu o skromność, ale o pewien typ ubioru: wyciągnięty do granic możliwości szarobury sweter i takaż spódnica do ziemi) traktowana była jak osoba nienawrócona. Inny przejaw to podejście do katechez we Wrocławiu, gdzie używanie intelektu, książek teologicznych, przykładów z Tradycji było traktowane jako “działania duszewne” . Inny przykład “charyzmatycznego getta” to specyficzny ekskluzywizm czy wyalienowanie, kiedy to grupa charyzmatyków zaczyna tworzyć specyficzną grupę modlitewną na marginesie danej parafii. Postrzegani są w środowisku lokalnym dziwnie z racji np. skoncentrowania na modlitwie językami i bardzo głośnych modlitwach spontanicznych. Równocześnie grupa ta tworzy jakby superpobożne towarzystwo jeżdżące na różne rekolekcje i sesje, czytające dużo literatury charyzmatycznej (w tym sporo zielonoświątkowej), ale w zasadzie nic z tego nie wynika dla społeczności lokalnej. Właśnie z taką rzeczywistością, bardzo dla mnie męczącą, miałem do czynienia w Nowym Targu, ale zdaje się, że tak jest najczęściej z charyzmatycznymi grupami modlitewnymi w Polsce.
W pierwsze rekolekcje dla muzyków, oprócz wymienionych już osób (poza mną, Robert i Ala oraz ks. Janusz), z grupy nowotarskiej włączył się jedynie Adam Banaś. Reszta animatorów i stałych członków grupy raczej zachowała dystans do tego przedsięwzięcia, postrzeganego jako moje prywatne działanie. Pierwszy koncert New Life Music był nawet naznaczony konfliktem, ponieważ jego termin pokrywał się ze spotkaniem modlitewnym i to spowodowało odwołanie spotkania…
Aby dokończyć ten wątek – jestem głęboko przekonany, że Odnowa w Duchu Świętym jest istotnym znakiem posoborowej odnowy (obok innych ruchów, np. takich, jak: neokatechumenat, Focolari, Taizé itp.) Jednakże kluczowe dla tych grup jest znalezienie i zrealizowanie celu, który znajduje się poza nimi samymi. Celem Odnowy jest odnowienie Kościoła – czyli (co podkreśla kard. Suenens w wielu miejscach) – Odnowa ma zniknąć w Kościele, przez asymilację np. charyzmatów nadzwyczajnych w normalnej praktyce duszpasterskiej parafii. Tymczasem zbyt często Odnowa przybiera postać wyodrębnionych grup modlitewnych kręcących się wokół samych siebie albo też sytuuje się na marginesie Kościoła w ramach wolnego, ponaddenominacyjnego chrześcijaństwa, bardziej przypominającego heretyckie poglądy Joachima de Fiore z okresu średniowiecza w postaci idei tzw. Kościoła Ducha. W opisywanej rzeczywistości nowotarska grupa modlitewna przejawiała tę pierwszą tendencję: zamykania się, podczas gdy animatorzy spotkania muzyków (jednak dopiero od 1994 roku) parli ku tej drugiej rzeczywistości: charyzmatycznej gnozy. O ile owe pobożnościowe grupy modlitewne Odnowy (co tu ukrywać…) mają tendencję do wzrostu średniej wieku ich członków, mizernej jakości formacyjnej i ewangelizacyjnej, także kierowania się w stronę problematycznych objawień, zwłaszcza Medjugorje (mowa o tendencji, nie o stałej rzeczywistości, gdyż są silne, dynamiczne, zdrowe i ewangelizujące wspólnoty, ale jest ich niewiele) – o tyle grupy ponaddenominacyjne mają inną charakterystykę. Najpierw widoczny jest dynamiczny wzrost, sporo młodych ludzi (i tu uwaga: bardzo ważna rola muzyki jako środka ewangelizacji). Potem jednak następują dramatyczne czasem kryzysy, rozłamy, kolejne podziały – i tu też mówię o zauważalnej tendencji, gdyż być może, funkcjonują silne wspólnoty ponaddenominacyjne. Termin “charyzmatyczne getto” jest adekwatny dla obu tych biegunów…
Wróćmy do pierwszego koncertu New Life Music. Wiele wysiłku włożyłem, by w nadchodzącym czasie kilku lat przekonać animatorów nowotarskich do idei spotkań muzyków. Dziś jestem pewien, że był to błąd wynikający z mego ówczesnego stanowiska, że prawdziwy żywy Kościół dzisiaj możliwy jest tylko w kontekście wspólnoty ewangelizującej . Po tym kwietniowym koncercie rozjechaliśmy się, ale zobowiązałem się do zorganizowania trasy koncertowej zespołu New Life Music przy pomocy wspólnot ewangelizujących w południowej Polsce. Trasa taka odbyła się w czerwcu 1992 i byłem jej organizatorem w 7 miastach.

2.2.3. Zwrot od jesieni 1992
W zasadzie po czerwcowej trasie koncertowej od Stalowej Woli przez Nowy Sącz, Zakopane, Nowy Targ, Limanową, Wadowice i Kraków zapadła cisza. Wydarzeniem wartym podkreślenia była prymicyjna Msza o. Andrzeja Bujnowskiego w ramach IX Pielgrzymki do Ducha Świętego – ciekawej wewnętrznej tradycji nowotarskiej, kiedy to jest organizowana wędrówka równiną Podhala i przełomem rzeki Białki z Nowego Targu do kaplicy Ducha Świętego w Dursztynie. Było to w dniach 27-28 czerwca 1992. Mocne było też doświadczenie proroctw o. Farisiego SJ podczas czuwania na Jasnej Górze, gdyż zorganizowaliśmy nawet nocne czuwanie w kaplicy Ducha Świętego w Dursztynie mające na celu szukanie dla nas światła w związku z tymi proroctwami. Na tym czuwaniu, 25 lipca 1992 roku, było 50 osób, również spoza Nowego Targu (Limanowa, Łódź, Kraków) i może niewielu pamięta, że nadało ono kierunek kontaktom i działaniom ewangelizacyjnym na najbliższy czas.
Wracając do New Life Music – trzeba było coś zrobić, dać im jakiś impuls. Pierwszym powodem było to, że właśnie wydali pierwszą kasetę, ale nie było propozycji koncertów i poza Krakowem raczej nie byli znani. Drugi powód – podczas pierwszej trasy koncertowej obecne było cały czas napięcie, gdyż muzycy nie do końca byli przekonani do ewangelizacyjnego charakteru zespołu. Poza tym chcieliśmy pokazać muzykom żywe doświadczenie wspólnoty (głównie kontaktowałem się wtedy z Andrzejem Dziewitem i Stevem Walletem w tym wymiarze), chcieliśmy skontaktować ich ze środowiskiem ewangelizacyjnym. We współpracy z Andrzejem Dziewitem, ówczesnym animatorem we wspólnocie Hallelu Jah we Wrocławiu, zostały zorganizowane bodaj trzy koncerty we Wrocławiu, w różnych wspólnotach charyzmatycznych. Na dwa koncerty zabrałem Roberta Cudzicha. Przebywaliśmy we Wrocławiu w dniach 4-5 listopada 1992 roku na zaproszenie wspólnot Hallelu Jah i Agape. Koncerty te miały kolosalne znaczenie dla New Life Music z dwóch powodów. Najpierw, niezwykła atmosfera i przyjęcie muzyków i znakomitej, profesjonalnej muzyki. Aplauz i entuzjazm – to najlepsze określenia. Myślę, że dla czterech muzyków: Mietka, Joachima, Marcina i Piotra był to decydujący czas integracji. Drugi powód wynikał ze szczególnego spotkania, o którym niewielu wie. Otóż zorganizowano wtedy we Wrocławiu spotkanie członków New Life Music z Józefem Wiciakiem . Robert i ja nie byliśmy na nim obecni, gdyż wyjechaliśmy wcześniej z Wrocławia, niemniej jednak dostałem potem kasety z rozmową, która robiła duże wrażenie.
Istotny dla zrozumienia mej postawy był też mój udział w sesji Chrześcijanin liderem, w której uczestniczyłem w dniach 8-11 listopada 1992 w Gdyni. Sesja ta została zorganizowana przez Ignacjańskie Centrum Formacji Duchowej, czyli przez oo. jezuitów w duchu Ćwiczeń Ignacjańskich, połączonych ze współczesną myślą psychologiczną, np. na temat rozwiązywania konfliktów i stylów liderowania oraz mitów wspólnotowych. Piszę o tym w ramach analizy, gdyż zasób nabytych tam poglądów stał się dla mnie (zwłaszcza w momencie kryzysu tożsamości) fundamentem pod pozytywne przejście tej rzeczywistości, zwłaszcza w latach 1997-98.
Ważnym momentem był też mój pobyt w Szczecinie 21 listopada na koncercie New Life Music zorganizowanym przez o. Andrzeja Bujnowskiego OP, który po święceniach został tam skierowany do pracy duszpasterskiej. Ojciec Andrzej na pierwszych spotkaniach w Dursztynie był jednym z uczestników, by od wspomnianego koncertu w Szczecinie podjąć funkcję jednego z animatorów Inicjatywy Muzycznej (od 1994) Ludźmierz.
O tym, że my, jako animatorzy charyzmatyczni w Nowym Targu, sterujemy w kierunku namaszczenia i ponaddenominacyjności, niech świadczy fakt, że w grudniu 1992 miało miejsce Seminarium Odnowy, w czasie którego modliliśmy się (20 grudnia) “o chrzest w Duchu Świętym, o dary Ducha Świętego, o uwolnienia, uzdrowienia i namaszczenie” . Do wspólnej modlitwy zaprosiliśmy 11 animatorów wspólnoty z Nowego Sącza – grupy, która pod kierownictwem Krzysztofa Szczypuły opuściła Kościół katolicki w ciągu najbliższych dwóch lat… Modlitwa ta to były pierwsze przejawy mocy namaszczenia pośród nas. Modlono się w sumie nad 36 osobami, pośród których były następujące (ważne w kontekście szerszego zaangażowania również w Ludźmierzu i w działaniach ewangelizacyjnych o charakterze ekumenicznym):
• Marysia Gaweł – z którą już wkrótce zacząłem ściśle współpracować w posłudze namaszczonej modlitwy wstawienniczej. Marysia przyłączyła się do grupy nowotarskiej kilka miesięcy później. Nasza wspólna posługa datuje się od wakacji 1993, kiedy to modliłem się nad Marysią o przyjęcie namaszczenia. Istotne jest to, że w opisywanej rzeczywistości Spotkania Muzyków były tylko raz w roku, natomiast modlitwa wstawiennicza (również w kontekście posługi uwalniania) to była codzienna praktyka, gdzie najwięcej współpracowałem z Marysią. Oboje mieliśmy specyficzne dary, charakterystyczne dla tzw. wstawienników. Intensywność naszych modlitw, ich spektakularne skutki, zakres doświadczeń sprawiły, że uchodziliśmy za otoczone aurą charyzmatyczności autorytety w tej dziedzinie. Wyraźna jest przy tym dynamika w rozwoju wspomnianych darów wstawienniczych. Po początkowej (krótkiej zresztą) fascynacji doświadczeniem mocy wiele wysiłku wkładaliśmy w zrozumienie i pogłębienie tych darów. Marysia od połowy lat 90., najpierw jako uczestnik, a potem członek zespołu animującego, weszła w skład moderacji Szkoły Ewangelizacji w Lanckoronie i Stowarzyszenia “En Christo”, a po rozłamie animatorów z Andrzejem Sionkiem (bodaj w latach 1998-99) jest zaangażowana w działania grupy Missio Christi, posiadającej dom rekolekcyjny w Rzepedzi w Bieszczadach (miejsce ostatniego spotkania ludźmierskiego w 2001 roku). Równocześnie – po mojej rezygnacji z liderowania nowotarskiej Koinonii i odejściu z grupy na przełomie 1997/98 – to właśnie Marysia Gaweł została liderem grupy, formalnie odpowiadając za dwa kolejne spotkania w Ludźmierzu 1998 i 1999 . Odeszła z liderowania w pozostałości Koinonii, by w roku 2000 wraz z czterema innymi osobami powołać do istnienia modlitewną grupę ewangelizacyjną ukierunkowaną na ewangelizację młodzieży. Tym sposobem w macierzystej parafii św. Katarzyny istnieją dwie kilkunastoosobowe grupy charyzmatyczne.
• Joanna Sordyl – która mocno włączyła się w działania ewangelizacyjne. W lecie 1993 roku uczestniczyła w pierwszej Szkole Ewangelizacji Andrzeja Sionka w Dursztynie, by następnie zaangażować się całościowo. Kiedy szkoła znalazła miejsce w Lanckoronie, Joasia zrezygnowała z pracy zawodowej w Nowym Targu i przyłączyła się do kilkuosobowej grupy, która stanowiła zalążek wspólnoty życia w Lanckoronie. Przez cały okres – do rozpadu szkoły w Lanckoronie – Joasia współtworzyła zespół moderacji En Christo. Po rozłamie wróciła do Nowego Targu. Aktualnie znajduje się w grupie współtworzącej Rzepedź i Missio Christi.
• Władysława Miśkowiec – przyszła do naszej grupy charyzmatycznej z ruchu trzeźwościowego, jednak w przeciwieństwie do większości tych kilkunastu osób – mocno zaangażowała się w działalność ewangelizacyjną. Najpierw było to w kontekście posługi modlitwy wstawienniczej, potem zawsze można było na nią liczyć podczas spotkań ludźmierskich (zwykle odpowiadała za kuchnię). W połowie lat 90. do wspólnoty nowotarskiej trafiły po maturze dwie jej córki – Magda i Agnieszka, które przyszły do nas wraz z falą młodzieży na bazie spotkań ludźmierskich (muzyka jeszcze raz objawiła swą siłę ewangelizacyjną). Córki Władzi stały się głównymi animatorkami w powołaniu w Nowym Targu we wrześniu 1997 roku oazy Koinonii Jan Chrzciciel, gdzie Władzia od pewnego czasu jest “pasterzem” oazy.
• Marcin Stawicki we wspólnocie nowotarskiej pojawił się w 1985 roku, kiedy to miał pierwszą modlitwę wstawienniczą. W zasadzie przez cały czas swojej epopei walki z kryzysami Marcin bardziej był poza wspólnotą. Niemniej jednak jego świadectwo zawiera tyle Bożych ingerencji, że Marcin zasługuje na określenie “polski Nicky Cruz” (jeżeli ktoś zna książkę Krzyż i sztylet Dawida Wilkersona). Przełom u Marcina nastąpił od lata 1995 roku, kiedy to poddał się modlitwom wstawienniczym o uwolnienie od wpływów demonicznych. Pod wpływem tych modlitw Marcin – przez kontakty z liderami Domu Zwycięstwa, proroctwami Erica Sancheza (namaszczonego proroka z kręgów ponaddenominacyjnych) – w latach 1996-1997 zaczął funkcjonować jako namaszczony lider. Marcin w zasadzie był współliderem spotkań ludźmierskich w latach 1998-99, razem z Robertem animując wydawanie kaset i płyt CD.
Oprócz tych osób w trakcie tego seminarium odbyły się modlitwy o chrzest w Duchu Świętym nad takimi osobami, jak:
• Magda Szubska – angażująca się mocno w ewangelizację, między innymi kilka razy uczestniczyła w ewangelizacjach Przystanku Jezus, zawsze posługująca w Ludźmierzu.
• Jan Hajnos – aktualnie jeden z członków 4-osobowej rady kilkunastoosobowej grupy modlitewnej, pozostałości po dawnej Koinonii.
• Jarek Gładysz – mocno się angażujący w działania ewangelizacyjne, od kilku lat jest klerykiem w seminarium salezjańskim w Łodzi.
• Staszek Kasowski – wywodzący się z ruchu trzeźwości, potem odszedł ze wspólnoty, by wrócić po moim odejściu. Aktualnie członek 4-osobowej rady.
• Poza tym animatorami w tym seminarium byli: moja żona Beata, Robert Cudzich, Danuta Łaciak, Halina Bańka, Lucyna Kos, Ela Tomczyk, Adam Banaś i szereg innych. Danuta wkrótce odeszła z grupy, nie zgadzając się na jej kierunek, by aktualnie współtworzyć 4-osobową radę (w 2002 roku została liderem grupy modlitewnej Odnowy w parafii św. Katarzyny), natomiast Halina i Ela współtworzą mało mi znaną grupę maryjną zorientowaną na Medjugorje i… objawienia Vassuli Ryden. Oczywiście było jeszcze wiele innych osób, jednak praktycznie wszystkie te relacje zostały zerwane od 1998 roku.
Wracając jednak do wątku muzycznego i ewangelizacyjnego: poprzez moje kontakty z Andrzejem Dziewitem i Stevem Walletem nastąpiły ważne wydarzenia, z których pierwszym był udział w seminarium Młodzieży z Misją w dniach 25-27 stycznia 1993 pod hasłem Zdobywajmy miasta dla Boga. Nauczycielem był John MacFarlane, a tematem – walka duchowa (tzw. teologia „wojny terytorialnej”) przeciwko mocom demonicznym w naszych miejscowościach. Jest to cała teologia nurtu wstawienników o demonach terytorialnych, którą wtedy asymilowaliśmy w ramach wchodzenia w namaszczoną doktrynę ponaddenominacyjną.

2.2.4. Drugie spotkanie na Wichrówce 1993
Bezpośrednim przygotowaniem kolejnych rekolekcji muzyków było spotkanie z ojcem Bujnowskim, Joachimem i Beatą Menclami na Wichrówce (13-14 lutego 1993 roku), kiedy to postanowiliśmy zorganizować kolejne spotkanie dla muzyków w Dursztynie. Obecny był też Robert Cudzich i Mietek Szcześniak. Zapisałem w Kronice wtedy następujące słowa: “Nowotarżanie pojechali około godziny 16, odbyło się wtedy kolejne spotkanie New Life Music. Muzycy omawiali sprawy wewnętrzne w zespole, najbliższe koncerty w Krakowie oraz termin rekolekcji dla muzyków”… W ustalaniu rekolekcji brali udział, obok mnie i ojca Andrzeja, Mietek Szcześniak, Joachim i Beata Menclowie.
Termin został ustalony na 7-10 czerwca 1993 roku, miejscem miał być ponownie klasztor Ojców Franciszkanów. Mam przed sobą w tym momencie ulotkę zgłoszeniową na te rekolekcje… które się nie odbyły. Mniej więcej na trzy tygodnie przed rekolekcjami w dramatycznych okolicznościach spalił się drewniany klasztor (znajdował się w samym środku wsi). Rekolekcje stanęły pod znakiem zapytania, zresztą nie tylko z tego powodu. W ramach wspólnoty nowotarskiej pojawiała się bowiem opinia – zwłaszcza po pożarze – by nie robić tego spotkania. Generalnie znaczna część wspólnoty nowotarskiej nie widziała potrzeby tych rekolekcji. W jakiś sposób znajduje to uzasadnienie w opinii Andrzeja Dziewita, że ówczesna wspólnota nowotarska nie była przygotowana na podjęcie tego dzieła, ale nikt inny nie miał takiego pomysłu. Być może tak było naprawdę, choć ja raczej uważam, że błędem było podejmowanie tych działań, opierając się na Koinonii z Nowego Targu (czy jakiejkolwiek innej wspólnocie charyzmatycznej…), ponieważ powodowało to dewaluację idei spotkania muzyków dla muzyków. Zapewne jednak nie da się tego rozstrzygnąć jednoznacznie, gdyż nie da się wrócić czasu…
Zamęt w zgłoszeniach spowodowany pożarem oraz niepewność do ostatniej chwili, czy spotkanie się odbędzie, sprawiły, że w wyniku determinacji dwóch osób spotkaliśmy się na Wichrówce (jakieś 20 minut piechotą za wsią Dursztyn, na niemal zupełnym odludziu, w domu Ruchu Światło-Życie, bez prądu, za to z cudowną kaplicą, ciszą, widokiem Tatr i atmosferą skrzypiących podłóg, lamp naftowych o zmroku, zawsze zimnej wody…) Jedną z tych osób był ojciec Andrzej (który stwierdził, że przyjeżdża), a ja byłem drugi, gdyż uparłem się, że spotkanie robimy. Z muzyków był jeszcze Joachim Mencel oraz Mietek Szcześniak, a także kilka osób: Adam, Wojtek, Marzena, Beata… i tyle. Pojawiali się też niektórzy ludzie z nowotarskiej wspólnoty, również Robert Cudzich ze swoim bratem Andrzejem wpadali od czasu do czasu. Generalnie nie były to rekolekcje, ale wspólny czas bycia razem w cudownej atmosferze rodzącego się lata na Spiszu w Pieninach… Wdzięczny jestem z perspektywy czasu Panu Bogu za to, gdyż tamta Wichrówka w dniach 7-10 czerwca 1993 roku to najprzyjemniejsze dla mnie wspomnienie z całej Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz…
Niemniej jednak – ciekawa rzecz – właśnie to spotkanie, którego de facto nie było, zaowocowało nieoczekiwanie (może na zasadzie “obumarcia ziarna”?) Na koniec bowiem ojciec Andrzej zrobił wywiad z Mietkiem i Joachimem (uczestniczyłem w tej rozmowie). Wywiad ukazał się bodaj w trzy miesiące później w “Liście” (nie mam tego numeru), ale zaczynał się od słów: “właśnie jesteśmy na rekolekcjach dla muzyków w Dursztynie”… Wywiad ten spowodował zainteresowanie naszą inicjatywą – w rezultacie nawiązywała się korespondencja, z której wynikało, że szereg osób jest zainteresowanych spotkaniem – ale to okazało się na przełomie lat 1993/94.
Na koniec tego czasu zorganizowaliśmy improwizowany koncert pod szyldem New Life Music, który 10 czerwca odbył się w Osiedlowym Domu Kultury w Nowym Targu. Było na nim jakieś 50 osób (a na spotkania modlitewne chodziło wtedy 80 osób), a oprócz Joachima Mencla (piano) i śpiewającego Mietka Szcześniaka grali: Jan Budziaszek na perkusji, Andrzej Cudzich na kontrabasie i Robert Cudzich na gitarze.
Dla rzeczywistości otwierania się na wymiar ponaddenominacyjnego namaszczenia rok 1993 był przełomowy dla nas. Przede wszystkim przez udział mój i mojej żony Beaty w Szkole Liderów w Paczkowie w dniach 5-15 lipca 1993 roku, także przez powstanie Szkoły Ewangelizacji w Dursztynie – w Nowym Targu gościliśmy wtedy przez tydzień (16-27 lipca 1993 roku) ekipę ICPE z Malty , poznaliśmy osoby z Oazy z Torunia goszczące w Szlembarku (późniejsza ponaddenominacyjna wspólnota Dom Zwycięstwa z Torunia – faktyczny patron spotkań ludźmierskich od 1998 roku).
Po tych przełomowych wakacjach zacząłem jako lider parafialnej w zasadzie grupy modlitewnej dążyć do tworzenia konkretnej “wspólnoty przymierza” . Pierwsze spotkanie na temat przymierza (de facto była to idea wspólnoty ponadparafialnej) odbyło się 5 września 1993 roku w domu Roberta Cudzicha w Dursztynie. Uczestniczyło w nim około 20 najbardziej zaangażowanych osób i tam pierwszy raz przedstawiłem “kartę przymierza” . Tego dnia zapisałem następujące słowa: “Miałem w sercu pokój i ciszę – szczególny rodzaj Bożej ciszy. Oto przyszedłem. Panie, doprowadziłeś mnie do tego miejsca spotkania z braćmi i siostrami. To naprawdę jest. Panie – Ty sam zwyciężaj w nas. Amen. Ogniu, płoń!!!” W sobotę 4 września odbył się pierwszy wspólnotowy dzień skupienia, gdzie posługiwałem na mocy namaszczenia. Była tylko jedna poranna moja konferencja: Walka duchowa – co to jest walka duchowa, od czego zacząć, jak ją praktykować w sytuacji małżeństwa, rodziny, dzieci. Po obiedzie zaczęły się modlitwy uwalniania, padania w Duchu, emanacji tzw. daru śmiechu, upojenia duchowego…
W konsekwencji tych działań i przemian rozpoczął się czas formowania wspólnoty ewangelizacyjnej opartej na zasadach przymierza. Aż do wiosny 1997 roku idea ta motywowała wszystkie moje rozeznania, działania i kierunki, pomimo że od samego początku napotykała na silny opór. Dziś mam świadomość, że przez cały ten okres po prostu byłem poddany zwodzeniu duchowemu, przyjmując nauczania gnostyczne. Zwodzenie to jest tak skonstruowane, że w zasadzie jesteś przekonany, że słuchasz bezpośrednio natchnień Ducha Bożego, co zresztą jest potwierdzane na wielu poziomach charyzmatycznych: w proroctwach innych osób namaszczonych, w mocy duchowej twych nauczań, modlitewnych gestach, w zasadach walki duchowej, która jest tak przedstawiona, że każdy, kto się z tobą nie zgadza (albo krytykuje twe poczynania), staje się nie tylko twoim przeciwnikiem, ale nieledwie kimś na kształt demona występującego przeciw Duchowi Bożemu.
Zadziwiające w mym życiu są dwie sprawy – najpierw (w latach 1993-97) sam promowałem tę rzeczywistość, angażując się totalnie i podejmując walkę duchową z tymi, którzy są nieodrodzeni duchowo, by potem (od roku 1998 w zasadzie do dzisiaj) podlegać takim samym kryteriom osądu duchowego jako przeciwnik tych gnostycznych charyzmatyków, do których sam należałem.

2.3. PIERWSZE SPOTKANIE LUDŹMIERSKIE – 1994
Wszystkie działania podejmowane w ramach Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz mają swoje korzenie w latach 1991-1993 i w zasadzie są tylko logiczną konsekwencją, dlatego w wymiarze historycznym skupię się teraz na podstawowych faktach, nie wchodząc zbytnio w szczegóły. Na pierwsze namaszczone spotkanie wybraliśmy świadomie Dom Podhalan w Ludźmierzu. Szukaliśmy bowiem odpowiedniej sali w pobliżu Nowego Targu oraz odpowiedniej liczby noclegów. Dom Podhalan nadawał się do tego celu prawie idealnie, gdyż posiada rewelacyjną salę widowiskową w stylu góralskim, na około 500 miejsc, ze sceną i zapleczem. Minusem – jak się okazało do wielokrotnego przezwyciężenia – był fakt, że nominalnie jest tam około 50 miejsc noclegowych. Plusem natomiast okazało się, że po drugiej strony rzeki Czarny Dunajec jest kościół parafialny – Sanktuarium Matki Bożej, Królowej Podhala. Jednak nie był to fakt decydujący, gdyż pamiętam, że pierwszym problemem podczas spotkania w 1994 roku było to, że chcieliśmy (świeccy liderzy spotkania), by Eucharystia odbyła się w Domu Podhalan na scenie sali widowiskowej, a nie w kościele. Ojciec Andrzej poszedł nawet w tym celu do proboszcza i kustosza sanktuarium – ks. Tadeusza Juhasa. Na szczęście ustalono, by Msze św. odbywały się w kościele w czasie wolnym od harmonogramu parafialnego (choć księdza proboszcza niemile to zaskoczyło).
Termin spotkania – co stało się od tego momentu tradycją – został ustalony na okolice dwóch świąt – 1 i 3 maja, kiedy to zwykle wypada kilka dni wolnych od pracy. Wówczas było to w dniach 30 kwietnia – 3 maja.
W spotkaniu uczestniczyło około 80 osób z różnych rejonów Polski, głównie ze wspólnot ewangelizacyjnych, scholi i zespołów muzycznych. Razem z obsługą (diakonie głównie z nowotarskiej Koinonii) w Domu Podhalan było na stałe około 120 osób. Ludzie spali dosłownie wszędzie. Prowadzeniem spotkania w sensie nauczań zajęliśmy się we dwóch wespół z Andrzejem Dziewitem. Pojawiła się forma szczątkowa jakby warsztatów muzycznych – czym zajmowali się muzycy z New Life M. Uwielbienie animował Robert Cudzich, a liturgią zajął się ojciec Andrzej. Jednak decydująca okazała się atmosfera muzyczna – specyficzny klimat spotkania. Trzeba choć kilka słów na ten temat powiedzieć, gdyż spotkanie ludźmierskie na tym zbudowało szczególną legendę miejsca. Było bowiem jakby połączeniem rekolekcji charyzmatycznych z festiwalem jazzowym czy rockowym. Oznaczało to specyficzny tygiel. Na przykład spotkania wieczorne kończyły się formalnie “około godziny 2200, 2300” – faktycznie często po północy, a w niektórych częściach Domu Podhalan trwały do 300, 400 nad ranem. Istotną rolę odgrywała kawiarnia funkcjonująca “do oporu” (jak to się mówi w sferach niecharyzmatycznych: “do ostatniego klienta”). Równocześnie zachwycała liturgia, zwłaszcza śpiew liturgiczny, czemu całą energię poświęcał ojciec Andrzej. Zadziwiająca była harmonia uczestników śpiewu, gdyż brzmiało to jak profesjonalny chór. Było w tym coś niezwykle świeżego – idea spotkania muzyków z różnych nurtów muzycznych i różnych obszarów Kościoła, spotkania mającego być inspiracją dla nowych inicjatyw, powstawania nowych zespołów, komponowania nowych pieśni. W zasadzie w tamtym czasie to był główny i jedyny program: tworzyć alternatywną do świata kulturę w Duchu Świętym, tworzyć nowe pieśni oddające chwałę Panu.
Czy może w tym być coś złego? Okazuje się, że tak – może. Bowiem tak zwani namaszczeni chrześcijanie szybko dostrzegli, że – zgodnie z ich mniemaniem – ci, którzy włączają się w kult maryjny, są w neokatechumenacie, grają jazz poza kontekstem charyzmatycznym (albo jakąkolwiek inną muzykę) – są nieodrodzeni w Duchu i trzeba ich nawrócić, ponieważ prawdopodobnie są zdemonizowani. Czym? Ano na przykład “katolickim duchem religijnym”… Ale tych napięć jeszcze nie było w Ludźmierzu ‘94 (były za to, i to w obfitości, napięcia organizacyjne i techniczne).
Lokomotywą ciągnącą spotkanie ludźmierskie w 1994 roku niewątpliwie były talenty muzyków z New Life Music oraz nazwisko Mietka Szcześniaka. Być może ktoś się obruszy na to ostatnie stwierdzenie, jednak jest to jeden z elementów mających znaczenie w promowaniu tej rzeczywistości ekumenicznej – zwłaszcza po opuszczeniu przez Mietka Kościoła katolickiego.
Po spotkaniu w 1994 roku trzeba było sobie odpowiedzieć na kilka kwestii, z których najważniejszą było pytanie o dalszy ciąg działań związanych bezpośrednio ze spotkaniem ludźmierskim. Istniało przy tym kilka równoległych wątków:
• Pierwszym był wątek pogłębiającej się współpracy z liderami Hallelu Jah, zwłaszcza zajmujących się muzyką (ewangelizacją przez muzykę) – Andrzejem Dziewitem i Zdzisławem Weyną. Zwłaszcza sporo zawdzięczam w tym względzie Andrzejowi;
• Drugim są inicjatywy podejmowane przez ojca Andrzeja, które miały doprowadzić do nagrania materiału na kasetę Hej, Jezu pod szyldem “Inicjatywa Muzyczna Ludźmierz” – kaseta ta okazała się pierwszym dużym komercyjnym sukcesem na polskim rynku muzyki chrześcijańskiej;
• Wiązało się to z wątkiem naturalnego powstania środowiska muzyków chrześcijańskich, co zbiegło się z odchodzeniem Mietka Szcześniaka i Piotra Jankowskiego z Kościoła katolickiego. Środowisko to – naturalną koleją rzeczy – od początku składało się z muzyków w większości katolickich, jednak z silną obecnością protestantów różnych wyznań (mowa o środowisku otwartym na ewangelizację przez muzykę);
• Wątkiem wspólnotowym było moje silne parcie do budowania wspólnoty przymierza pod postacią Ośrodka Ewangelizacji, także silnie asymilowaliśmy nauczania namaszczone, zwłaszcza rozwijając posługę wstawiennictwa i uwalniania. Byłem “mocnym” liderem, to znaczy całkowicie się angażowałem w posługę nauczyciela, prowadzącego spotkania, piszącego, odpowiadającego za modlitwę wstawienniczą z silnymi akcentami uwalniania;
• Wreszcie istotnym wątkiem było stopniowe włączanie się Roberta Cudzicha w profesjonalne granie z muzykami New Life Music, który w tym okresie stanowił sztandarową grupę muzyczną w rodzącym się nurcie ewangelizacyjnej muzyki chrześcijańskiej w Polsce.
Wszystkie te wątki zainicjowane w roku 1994 (po fascynującym pierwszym spotkaniu ludźmierskim) znalazły swe rozwinięcie w roku 1995 – przy czym kiedy poruszam sprawy poza bezpośrednim kontekstem spotkania, moje informacje mają jedynie charakter ogólny.

2.4. APOGEUM NAMASZCZENIA – SPOTKANIA 1995-1996
Dobrze będzie na wstępie przypomnieć, że połowa lat 90. wiąże się z kilkunastu spektakularnymi odejściami całych grup charyzmatycznych z Kościoła katolickiego. Zdarzenia takie miały miejsce w Gdyni, Kielcach, Stalowej Woli, Kaliszu, Nowym Sączu, Krakowie, Gliwicach, Wrocławiu – by wymienić tylko te, z których w Ludźmierzu żywo byli obecni albo ich liderzy, albo animatorzy muzyczni. Trudno mi teraz to wszystko analizować, gdyż zdarzenia te wykraczają poza kontekst spotkania ludźmierskiego w 1995 roku . Może opowiem o symbolicznym zdarzeniu, które miało miejsce trzeciego dnia spotkania w 1995 roku. Podczas popołudniowej konferencji miałem okazję chwilę rozmawiać z liderem wspólnoty, która odeszła z Kościoła (w spotkaniu uczestniczyli animatorzy muzyczni z tej grupy, a lider ten, Krzysztof Szczypuła aktualnie angażuje się w spotkania muzyków w Rzepedzi). Stwierdził: “Podoba mi się, co tutaj robicie w Ludźmierzu, Duch Święty naprawdę działa. Wiesz, myśmy już w naszym mieście przekroczyli bariery denominacyjne…” Popatrzyłem na niego i odparłem: “Wiesz, myśmy jeszcze tych barier nie przekroczyli, ale nie zanosi się na to, byśmy to uczynili…”

2.4.1. Namaszczone spotkanie muzyków w roku 1995
Przygotowując to spotkanie, skoncentrowaliśmy się na kilku kwestiach. Pierwszą z nich było ustalenie zakresu nauczań, co zostało powierzone głównie Andrzejowi Dziewitowi i Zdzisławowi Weynie z wrocławskiej wspólnoty Hallelu Jah, trzecim nauczającym byłem ja. Ojciec Andrzej przywiózł większą grupę młodzieży ze Szczecina i zajął się liturgią (podwaliny przyszłego zespołu Deus Meus). Muzycznie oraz jakościowo ważną rolę odgrywał Robert Cudzich wraz z muzykami New Life Music. Przyjechało więcej osób, gdyż Inicjatywa Muzyczna już zaczynała przyciągać, jako znane wydarzenie na mapie muzyki chrześcijańskiej w Polsce. W sumie zjawiło się około 150 osób, a wraz z posługującymi na terenie Domu Podhalan przebywało około 200 osób… O tym, że problem twórczości był ważny, świadczy przeprowadzony podczas tego spotkania panel muzyków chrześcijańskich, w którym wzięło udział około 20 muzyków zawodowych.
Spotkanie w 1995 roku było zapewne najbardziej namaszczone z tych, którym liderowałem. Na początku spotkania żywo objawił się między zespołem posługującym problem nauczania Ellel Ministries – czyli dopatrywanie się wszędzie naokoło rzeczywistości demonicznej.
Okazało się, że potrzebna była interwencja – poprosiłem kilka osób (z kręgu poddanego wpływowi Ellel), by na własną rękę nie prowadziły modlitw o uwolnienia (co zresztą nie poskutkowało, gdyż modlono się w kuluarach, jednak w mocno ograniczonym zakresie). Spotkanie toczyło się w dwóch kierunkach – pierwszym było ostrożne dążenie do namaszczenia, ostrożne, gdyż było wiele osób spoza nurtu charyzmatycznego i staraliśmy się godzić wątek kulturotwórczy z wątkiem namaszczonym. Kulminacją jednak było wieczorne nabożeństwo namaszczenia muzyków (wieczór ostatni), podczas którego odbyły się modlitwy nad szeregiem osób. Chodziło w nim o charyzmatyczne wyposażenie, obdarowanie tych muzyków do nowego typu posługi ewangelizacji przez muzykę. Drugim wątkiem kulturotwórczym był panel muzyków chrześcijańskich, gdzie głos zabierali m.in. Michał Kulenty i Robert “Litza” Friedrich, Tomek Budzyński i Andrzej Cudzich, Piotr Płecha i o. Andrzej Bujnowski, Mietek Szcześniak i Piotr Jankowski, Joachim Mencel i Robert Cudzich, Małgorzata Samborska i Jacek Ratajczyk, Zdzisław Weyna i Andrzej Dziewit – prowadziłem ten panel.
W Ludźmierzu pojawił się Piotr Płecha, który był wówczas w trakcie podejmowania ważnych decyzji na temat dalszej drogi życiowej . Momentem przełomowym, w którym zdecydował, że chce służyć Bogu przez muzykę, okazało się być dla Piotra spontaniczne późnonocne śpiewanie a capella na scenie, gdzie zgromadziło się około 50 osób. Spontanicznie uwielbialiśmy Boga śpiewem improwizowanym łączonym z darem języków. Było to fascynujące, gdyż tworzyły się wtedy zupełnie niezwykłe harmonie i wokalizy (od czegoś w rodzaju free jazzu po namaszczone uwielbienie). Jak mówił Piotr później – właśnie wtedy zobaczył, że chce być muzykiem chrześcijańskim, gdyż taką harmonię tylko Bóg może tworzyć w nas. Piotr przez chwilę pojawiał się razem z New Life Music, jednak widoczne było, że szuka połączenia posługi muzyka ewangelizującego z darem życia konsekrowanego. Zapewne to poszukiwanie doprowadziło Piotra do przyłączenia się do wspólnoty Koinonia Jan Chrzciciel (założyciel o. Ricardo Argaňaraz) z siedzibą we włoskim Camparmo. Istnieje tam bowiem grupa osób konsekrowanych (zarówno mężczyźni, jak i kobiety), żyjących w celibacie (obok kapłanów). Ten wybór Piotra miał się przenieść także w kontekście zaproszenia do Ludźmierza 1996 Alvaro Grammatica – ewangelizatora z Koinonii Jan Chrzciciel.
Na spotkaniu w 1995 roku pojawili się też muzycy rockowi: Tomek Budzyński z Armii i Robert “Litza” z Acid Drinkers. Byli oni od niedawna w neokatechumenacie (w zasadzie chyba przystępowali do “neo”). Nie przyjechał wtedy Darek Malejonek (z powodów rodzinnych), ale już wtedy byli oni trzema liderami muzycznymi, którzy radykalnie chcieli iść za Chrystusem w Kościele katolickim. Myślę, że pojawienie się muzyków rockowych było szczególnie ważne dla Andrzeja Dziewita, który od początku czuł wagę rocka dla kontekstu całej muzyki chrześcijańskiej w Polsce.
Dla mnie osobiście to spotkanie to było jakby apogeum namaszczenia. Myślę, że właśnie wtedy zaczęły się pierwsze oznaki mego dystansowania się. Żeby to dobrze wyjaśnić: byłem przekonany o wartości używania charyzmatów “z mocą”, orientowałem się według “znaków namaszczenia”, byłem skoncentrowany na idei terytorialnej walki duchowej, promowałem teologię sukcesu i obfitości materialnej. Równocześnie – po udziale w I konferencji Ellel (bodajże jesień 1994) oraz w atmosferze towarzyszącej odejściu z Kościoła niektórych znanych muzyków i coraz liczniejszych odejściach całych grup charyzmatycznych z Kościoła – zacząłem intuicyjnie jakby się zatrzymywać. Klasyczny przykład z Ludźmierza 1995 to moja rozmowa ze znajomymi muzykami (i animatorami równocześnie) z tego kręgu na temat kultu maryjnego w Kościele katolickim. Opcja prezentowana przez te osoby: jest to bałwochwalstwo, wręcz oddawanie czci demonom. Żeby to dobrze zrozumieć – nie byłem wtedy maryjny, również krytycznie byłem nastawiony do wielu aspektów tradycyjnej pobożności katolickiej. Jednak zdecydowanie nie mogłem się zgodzić z takim stawianiem sprawy. Inny przykład (tym razem zupełnie niezwiązany z Ludźmierzem) to rozmowa ze znanym katolickim liderem ruchu charyzmatycznego. Pytałem go o jego zdanie na temat tzw. przebudzenia z Toronto (John Wimber i takie spektakularne historie, jak śmiech, histerie, padanie i inne gwałtowne reakcje podczas modlitw namaszczonych). Lider ten nie był w stanie jednoznacznie ocenić tych zdarzeń, jednak skłaniał się ku temu, że pochodzą od Ducha Bożego. Rozmowa zeszła też na temat Kościoła w Polsce. Lider poddał krytyce “orientację maryjną” Jana Pawła II, a zwłaszcza ludowy kult maryjny promowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego. Twierdził, że zawierzenie narodu Maryi dokonane za przyczyną kard. Wyszyńskiego w czasach stalinowskich “było może dobre na czasy komunizmu, ale dzisiaj jest już przestarzałe. Potrzeba nowego spojrzenia, nowej ewangelizacji ekumenicznej, również szerzej – po soborze – potrzeba poddać wiele dogmatów ewolucji” . Za tym szła generalna krytyka katolicyzmu, jakoby przenikniętego martwą religijnością ludową, triumfalizmem hierarchii (i jej martwotą duchową), materializmem kleru itp. Został zarysowany w zasadzie negatywny obraz Kościoła katolickiego nieodnowionego, niezewangelizowanego. Na tym tle Odnowa Charyzmatyczna – zwłaszcza zorientowana na asymilację wątków namaszczonych – jawiła się jako awangarda nowego Kościoła… Skłaniałem się wtedy ku takiej wizji, jednak nie dawały mi spokoju pewne sygnały alarmowe i ostrzegawcze…
Główną postacią spotkania był w mojej ocenie Zdzisław Weyna – jeden z liderów wspólnoty Hallelu Jah, twórca ponaddenominacyjnych warsztatów muzycznych we Wrocławiu (odbyły się wcześniej trzy edycje warsztatów). Zdzisław posiada umiejętność znakomitego przemawiania, zajmująco, “biblijnie i radykalnie”. Stał się promotorem nauczania o “duszewności” i “duchowości” (wątek ten był już poruszany wcześniej).
W ramach spotkania w Ludźmierzu został zorganizowany koncert ewangelizacyjny w Miejskim Ośrodku Kultury w Nowym Targu. Koncert trwał ponad 4 godziny (był za długi) i stanowił początek pod późniejsze ludźmierskie prezentacje. Najbardziej czekaliśmy w tym koncercie na występ rockowy – Tomek, Robert, Marcin Pospieszalski (oraz Piotr Płecha, Jacek Ratajczyk i o. Andrzej) zagrali dwa utwory (jeden z repertuaru Boba Marleya i drugi Armii: On jest tu) – być może był to początek inspiracji dla powstania zespołu 2 Tm 2,3 w dwa lata później?
Na spotkaniu w 1995 roku pojawili się wtedy po raz pierwszy zielonoświątkowcy z Nowego Targu , byli także obecni redaktorzy pisma “Absolutnie Fantastycznie” i osoby związane z pismem „Wiatr – magazyn narodzonych z Ducha” (promowały one wtedy “przebudzenie z Toronto”, namaszczony, ponaddenominacyjny “ekumenizm ponad podziałami”) oraz animatorzy z kieleckiego Wieczernika, który właśnie odchodził z Kościoła (był to jeden ze znaków ostrzegawczych dla mnie). W trakcie Ludźmierza poznałem też animatorki z Torunia – m.in. Beatę Musiałę (wtedy liderkę wspólnoty Siloam, która wkrótce przeszła do Domu Zwycięstwa) i umówiliśmy się na wspólną ewangelizację w czasie wakacji.

2.4.2. Nowotarskie konflikty charyzmatyczne 1995
Bezpośrednio po Ludźmierzu – przed wakacjami – doszło do poważnego konfliktu wewnątrz nowotarskiej wspólnoty charyzmatycznej (na spotkania chodziło może 100 – 130 osób). Otóż kilka animatorek zafascynowało się objawieniami Vassuli Ryden i promowały jej książki Prawdziwe życie w Bogu. W zasadzie od samego początku (jako lider wspólnoty) byłem zdecydowanie przeciwny propagowaniu tej rzeczywistości, gdyż jasne było dla mnie, że jest to objawienie fałszywe. Jednak problem był poważny, gdyż około 30 – 40 osób czytało te książki, oglądało kasety video ze stanami ekstatycznymi Vassuli. Moja zdecydowana reakcja traktowana była jako “brak miłości”. Przy tej okazji ujawnił się też sprzeciw części osób wobec promowanej przeze mnie idei wspólnoty przymierza, ośrodka ewangelizacyjnego i kawiarni chrześcijańskiej (patrz moje świadectwo w Aneksie 1).
Aby temu przeciwdziałać, postanowiliśmy zorganizować w sierpniu 4-dniową sesję rekolekcyjną na te tematy. Zaproszona została Beata Musiała wraz z 3 animatorkami z Torunia. Mieliśmy wcześniej kilka rozmów i spotkań w Szlembarku, gdzie od wielu już lat przyjeżdżała Oaza charyzmatyczna z Torunia. Rozmawialiśmy też o charakterze spotkań ludźmierskich, przy czym animatorki z Torunia przekonywały mnie o konieczności radykalnego ewangelizowania środowiska muzyków, wskazując pewne negatywne postawy (do których zaliczały w zasadzie wszystko, co nie jest poddane nurtowi ponaddenominacyjnej, namaszczonej Odnowy). Rekolekcje się odbyły, jednak problem z Vassulą wcale nie został rozwiązany, nawet się nasilił, tak że po wakacjach sprawa została przekazana do dyspozycji księdza Janusza Rzepy. Ksiądz Janusz był wikarym w parafii św. Katarzyny i opiekował się wspólnotą charyzmatyczną. Został wtedy (wrzesień-październik 1995) przeniesiony – odszedł z parafii i został wizytatorem katechetów (pozostając w Nowym Targu do dziś). Przyszedł nowy wikary – ksiądz Robert Pietrzyk, młody kapłan, który od samego początku wszedł do naszej grupy. Konflikt na tle Vassuli był pierwszym jego kontaktem z nami – pamiętam takie spotkanie na ten temat, gdzie ks. Janusz przyprowadził ks. Roberta i wspólnie starali się dojść z nami do ładu. Ksiądz Janusz zachowywał przy tym postawę neutralną, stwierdzając, że “nie ma oficjalnego stanowiska Kościoła i trzeba poczekać” . Z tym spotkaniem wiąże się też i to, że począwszy od jesieni 1995 byłem coraz mocniej krytykowany personalnie przez szereg osób.
Walczyłem z osobami promującymi objawienia Vassuli za pomocą osobistych fałszywych rozeznań, które mnie samego prowadziły na manowce… W ten sposób rozpoczynał się mój osobisty kryzys. Jednak wtedy orientowałem się według zasad walki duchowej. Wracając do animatorek z Torunia – po tych wakacyjnych rekolekcjach odbył się specyficzny maraton modlitw o uwolnienia. Doszło wtedy do symbolicznego dla mnie zdarzenia, które z biegiem czasu nabiera dla mnie jakby punktu zwrotnego (w znaczeniu raczej zwrotnicy kierującej mnie na inny tor niż zawrócenia o 180°).
Ostatnia modlitwa z serii modlitw wstawienniczych rozpoczęła się wieczorem około godziny 2000 i trwała około 6 – 7 godzin (w domu prywatnym). W tym czasie czekałem w pokoju obok, gdyż też chciałem prosić o modlitwę. Modliłem się, potem jednak pojawiło się napięcie powodowane niepokojącymi odgłosami dobiegającymi zza ściany. Pierwszy raz – od rekolekcji w Paczkowie w lecie 1993 roku – znalazłem się w pozycji obserwatora i zacząłem się zastanawiać. Niewątpliwie wpływ na mój rosnący dystans miało fizyczne zmęczenie i napięcie emocjonalne związane z czekaniem i nasłuchiwaniem. Nieoczekiwanie dla mnie po północy pojawiła się u mnie uporczywa myśl, że wszystko to jest jakieś irracjonalne, że to wręcz… nie może być z Bożego Ducha! Do modlitwy nade mną nie doszło – wszyscy byli już całkiem wypompowani. Umówiliśmy się jednak na modlitwę nade mną w Toruniu, gdyż postanowiłem tam pojechać.
Mój kilkudniowy pobyt w Toruniu (bodaj w październiku) był w zasadzie wielką klapą. Owszem – doszło do modlitwy, były nawet dalekosiężne proroctwa, jednak generalnie towarzyszyło mi poczucie dystansu. Przede wszystkim zobaczyłem wtedy sytuację “walki duchowej” z osobistymi przeciwnikami – kilka animatorek odchodziło wtedy z Siloam do Domu Zwycięstwa. Będąc świadkiem wyśmiewania, plotek, obmów, rozgorączkowanych modlitw – czułem się dziwnie nie na miejscu.
Ważne jest w tym momencie, by zrozumieć całą dynamikę tych zdarzeń. Bowiem skoncentrowany byłem na zaprzeczeniu tym znakom ostrzegawczym i tym bardziej chciałem promować namaszczenie duchowe, im mocniej byłem krytykowany. Rzecz polegała na tym, by działać w jakiejś strukturze charyzmatycznej o szerszym kontekście niż niewielka grupa nowotarska (w dodatku podzielona). Starałem się przy tym skupić wokół siebie swoich “uczniów” (było to kilkanaście najbliższych mi osób, które już przedstawiałem przy okazji seminarium z zimy 1993 roku). Stąd w jesieni 1995 roku zaczęliśmy się spotykać co tydzień w domu prywatnym na namaszczonej modlitwie uwielbienia (z wszystkimi ekstatycznymi zachowaniami towarzyszącymi modlitwie).

2.4.3. Początki konfliktu
– IV chrześcijańskie warsztaty muzyczne i teatralne – Wrocław ‘96
Krótkie przypomnienie – na początku 1996 roku wrocławskie środowisko charyzmatyków znajdowało się w rzeczywistości dramatycznych podziałów zaistniałych we wspólnocie Hallelu Jah. Efektem rozłamu było odejście grupy osób z Kościoła katolickiego i powstanie szeregu tzw. wolnych Kościołów o charakterze ponaddenominacyjnym. Połowa lat dziewięćdziesiątych to cała fala takich działań o charakterze prozelickim i mniej lub bardziej antykatolickim w wielu ośrodkach charyzmatycznych, jednakże największym tyglem niewątpliwie był wtedy Wrocław. Wszędzie tam, gdzie do tego dochodziło, były pewne elementy charakterystyczne – przede wszystkim były to na ogół środowiska poddane (w różnym stopniu) opisywanej przeze mnie teologii namaszczenia duchową mocą, współpracujące z organizacjami ponaddenominacyjnymi (zwłaszcza z Młodzieżą z Misją oraz z Ruchem Nowego Życia).
Na ogół rozłamom i odejściom towarzyszyły argumenty o radykalizmie ewangelicznym, słuchaniu Boga itp. Moje spojrzenie na te sprawy w tamtym momencie było wyznaczane raczej przez intuicję i coraz bardziej obserwującą i ostrożną postawę niż przez krytykę. W takiej sytuacji dostałem wraz z Robertem Cudzichem zaproszenie od Zdzisława Weyny do zespołu prowadzącego ponaddenominacyjne warsztaty muzyczne (trwających bodaj 6 dni) w zimie 1996 roku. Robert miał prowadzić zajęcia warsztatowe w klasie gitary, a ja miałem odpowiadać za zespół modlitwy wstawienniczej. Nauczycielami byli obok Zdzisława – Steve i Lori Wallet oraz Iwona Bednarz-Major . Oprócz tego w zespole było szereg muzyków (wszyscy jednak związani albo z Kościołem zielonoświątkowym, albo z wolnymi Kościołami). W sumie na około 12 – 13 osób w zespole prowadzącym tylko ja i Robert identyfikowaliśmy siebie jako katolicy, natomiast wśród setki uczestników katolicy stanowili mniej więcej 80%. Warsztaty odbywały się w kompleksie zboru baptystów we Wrocławiu.
W zespole modlitwy wstawienniczej było około 12 osób, w tym większość z Młodzieży z Misją, 2 – 3 z wolnych Kościołów. Ze mną przyjechała Marysia Gaweł, gdyż chciałem się modlić z nią – i jedynie z jej strony miałem wsparcie w duchu katolickim.
Znalazłem się w specyficznej sytuacji, gdyż normalnie katoliccy charyzmatycy przeżywają takie konferencje jako uczestnicy. Miałem jedyną w swoim rodzaju możliwość znalezienia się w zespole osób prowadzących, gdzie obok już wymienionych nauczycieli (Zdzisław, Steve, Lori i Iwona) było około 8 muzyków prowadzących zajęcia warsztatowe w klasach instrumentów. Spotkanie przebiegało w ten sposób, że obok zajęć warsztatowych odbywały się modlitwy uwielbienia oraz konferencje. W zespole posługi modlitwy wstawienniczej obok mnie i Marysi było około 10 osób – wszystkie z Młodzieży z Misją, oprócz dwóch z wolnych Kościołów. Naszym zadaniem była, z jednej strony, modlitwa wstawiennicza nad indywidualnymi osobami (proszącymi o modlitwę) – oraz walka duchowa o spotkanie, rozeznawanie prorocze. Sam fakt powierzenia mi takiej odpowiedzialności świadczy, że byłem w tym środowisku autorytetem w dziedzinie wstawiennictwa… Najlepiej będzie, jeżeli w punktach opiszę zdarzenia, które zapadły mi w pamięć. Wszystkie one nosiły znamiona podskórnego konfliktu (gdyż nie było jawnej konfrontacji) i stały się ważnym etapem, zalążkiem mego coraz większego dystansowania się:
• Po krótkim okresie aklimatyzacji zaczęło przychodzić sporo osób do modlitwy wstawienniczej – w zasadzie do końca warsztatów modliliśmy się niemal na okrągło, często jeszcze w nocy. Widoczna była prawidłowość, która dla mnie była wstrząsem – zobaczyłem, że mniej więcej 2/3 proszących o modlitwę osób ma problemy wynikające… z wcześniejszych modlitw wstawienniczych w różnych ponaddenominacyjnych miejscach. Przykład – młody chłopak ze zboru, który jeden raz, przez nieświadomość uczestniczył w jakimś spotkaniu nurtu New Age. “Rozeznano”, że jest zdemonizowany, wielokrotnie wyrzekał się demonów i wielokrotnie go egzorcyzmowano. Był tak niepewny swoich decyzji, myśli i emocji, że wszędzie spodziewał się demonów. Inny przykład – młoda kobieta z katolickiej wspólnoty charyzmatycznej, z której lider odszedł do wolnego Kościoła (po decyzji księdza zabraniającej propagowania ponaddenominacyjnych nauczań). Miała autentyczną nienawiść do tego księdza (i do kleru katolickiego) zbudowaną za przyczyną apokaliptycznych proroctw – poprzez całą tę sytuację rozwinęła się u niej silna depresja. W kilka miesięcy później odwiedziliśmy ją w jej mieście – odeszła z Kościoła, natomiast jej psychika nosiła znamiona łagodnej schizofrenii. Inny przykład – dziewczyna, która najpierw odeszła z katolickiej wspólnoty, potem odeszła z wolnego Kościoła, gdyż wszędzie nią manipulowano. Wielokrotnie poddawała się modlitwom wstawienniczym, które tylko pogłębiały jej chaos myślowy.
• Bodajże drugiego dnia przyszedł na modlitwę młody człowiek. Okazało się, że jest kapłanem katolickim uczestniczącym w warsztatach incognito (to znaczy, nikt nie wiedział, że jest księdzem). Oprócz mnie i Marysi modliły się z nami nad nim jeszcze 2 osoby z Młodzieży z Misją. Po modlitwie poprosiłem je o dyskrecję, natomiast tego kapłana ostrzegłem, by przez okres pobytu na warsztatach nie rozmawiał z nikim więcej o swoich problemach. Jednak jedna z osób z Młodzieży z Misją próbowała samodzielnie modlić się dalej nad tym księdzem. Powiedział mi, że osoba ta “rozeznała” u niego skłonności homoseksualne, zasugerowała poddanie się egzorcyzmowi i wprost zapytała go, czy przemyślał decyzję o byciu kapłanem! Jeszcze raz poprosiłem kapłana, by z nikim o tym nie rozmawiał, a także byśmy modlili się nad nim z Marysią przez ten czas warsztatów. Kapłan ten utwierdził się w swoim powołaniu, co napełniło go widoczną radością – wyjeżdżając dziękował za to.
• Trzeciego dnia rano rozeznaliśmy, że jest potrzebna modlitwa pojednania w ramach wieczornego nabożeństwa. Wielu uczestników dawało wyraz swemu poranieniu podziałami i odejściami z Kościoła, rozłamami w grupach charyzmatycznych i wolnych Kościołach. Na spotkaniu zespołu prowadzącego powiedzieliśmy o tym i od samego początku zaczął się ujawniać opór. Uzależniono modlitwę od ścisłych ram czasowych (bodajże 30 minut) i od przedstawienia dokładnego scenariusza, także od zgody Steve’a i Iwony (którzy mieli nauczać wieczorem). Wszystko to zostało przeze mnie przygotowane na piśmie (co jest swoistym ewenementem), łącznie z tekstem proroczego przesłania (które otrzymaliśmy na wcześniejszej modlitwie) i pieśniami (modlitwę śpiewem miał prowadzić Robert Cudzich, a ja prowadziłem całość). Tak się stało, przy czym zdarzyła się zadziwiająca rzecz – uczestnicy na sali reagowali z dużym przejęciem, natomiast z tyłu czułem lodowaty chłód ze strony prowadzących… Modlitwa pojednania została przedłużona o jakieś 20 minut z powodu reakcji sali. Wieczorem, podczas spotkania zespołu prowadzącego oberwało się nam za przedłużenie czasu, przez co wieczorne nauczanie było nieudane. Ze zdumieniem skonstatowałem, że mam do czynienia z manipulacją…
• Czwartego dnia przyszedł na rozmowę do mnie młody chłopak – lider młodej wspólnoty charyzmatycznej z jednego z miast północnej Polski. Prosił o jakieś materiały formacyjne dla animatorów. Okazało się, że czekając na mnie, rozmawiał z jednym z liderów (byłym katolikiem), który wyraźnie zdystansował się od formacji katolickiej i zapowiedział, że wzrastanie wraz z grupą i tak nieuchronnie go z Kościoła wyprowadzi… Chłopak był zaniepokojony i pytał mnie, o co chodzi w tych warsztatach, bo on przyjechał tu podnieść swój poziom muzyczny…
• W trakcie warsztatów jednym z dni była niedziela. W sobotę zapytałem prowadzących: co z niedzielną Eucharystią? Usłyszałem, że każdy, kto zechce, pójść może sobie pójść do okolicznych parafii wrocławskich. Uważałem, że jako prowadzący powinniśmy zadbać o przekazanie informacji dla osób spoza Wrocławia, gdzie mogą pójść na Mszę św. i o której godzinie. Jednak okazało się, że prowadzący nie widzą takiej potrzeby, dlatego postarałem się dowiedzieć, gdzie są Msze, o jakiej porze (zresztą tuż obok zboru baptystów) i taką informację wywiesiłem na tablicy ogłoszeń (nie pamiętam, czy była informacja ustna dla uczestników). Większość poszła w niedzielę rano na Eucharystię …
• Po południu tego dnia miało miejsce symboliczne dla mnie zdarzenie. Odbywała się modlitwa uwielbienia, którą prowadziła Iwona Bednarz-Major. Spóźniłem się i wszedłem bocznymi drzwiami, z których zobaczyłem górującą nad zebranymi Iwonę. Uderzył mnie ten obraz i stanąłem zafascynowany, obserwując dynamikę zdarzenia. Iwona stała przy mikrofonie z gitarą, a nieco poniżej ludzie trwali w uwielbieniu charyzmatycznym – modlili się, mieli zamknięte oczy i chwiali się, chwaląc Boga ekstatycznym śpiewem. Sama Iwona była całkowicie opanowana, górując niejako nad zebranymi. Czuwała nad ich reakcjami, mówiąc słowa zachęty, odpowiednio intonując pieśni. To było fascynujące, gdyż przypominała kogoś w rodzaju demiurga-dyrygenta, całkowicie panującego nad reakcjami setki zebranych poniżej osób (chłodna i opanowana, jakby pociągająca za sznurki emocji tych ludzi). Czułem intuicyjnie (nie analizując wtedy), że widzę coś na kształt socjotechnicznej manipulacji. Obraz ten był dla mnie wstrząsem w tamtym momencie.
• Wszystkie te zdarzenia powodowały, że pod sam koniec warsztatów coraz gorzej się czułem w gronie prowadzących. Finałem warsztatów były prezentacje dokonań uczestników poszczególnych klas (rodzaj przeglądu). W zasadzie nie uczestniczyłem w nim, gdyż postanowiłem się spakować i wyjechać wcześniejszym pociągiem. Dałem sygnał do takiego wyjazdu i z pośpiechem do tego doprowadziłem. Wróciliśmy jednak w grupie 4 osób, gdyż Robert Cudzich został (wraz ze swoimi 2 synami – uczestnikami warsztatów).
Zdzisław Weyna nie dostał zaproszenia do Ludźmierza ‘96…

2.4.4. Alternatywa 1996 roku – Alvaro czy Eric?
Rozpoczęły się przygotowania do kolejnego spotkania muzyków w Ludźmierzu, przy czym radykalnie skomplikowała się relacja do środowiska wrocławskiego po wydarzeniach w Hallelu Jah. Odpadł Zdzisław Weyna, a Andrzej Dziewit uważał, że sami nie pociągniemy Ludźmierza i trzeba kogoś zaprosić. Obok Wrocławia i Szczecina (o. Andrzej Bujnowski) zarysowywała się też współpraca z Toruniem w tym dziele. Jednak o wszystkim decydowałem ostatecznie ja, jako lider Ludźmierza. W procesie rozeznawania i uzgadniania tych kwestii Piotr Płecha zaproponował, by zaprosić Alvaro Grammatica z Koinonii Jan Chrzciciel w Camparmo. Jednak początkowo na pierwszym planie była propozycja wysunięta przez Roberta Cudzicha, którego zdanie bardziej się liczyło, by zaprosić Erica Sancheza – wtedy mieszkającego w Kielcach.
Kim był Eric Sanchez? Otóż New Life Music podczas koncertu w Toruniu i gościnie w Domu Zwycięstwa zetknął się z nim – był to namaszczony prorok z amerykańskich kręgów wolnych Kościołów, wtedy często zapraszany przez liderów toruńskich (mieszkał on wtedy w Kielcach, gdzie rozwijała swą działalność grupa „Wieczernik”, wtedy już poza Kościołem katolickim). W pierwszym momencie też chciałem zaprosić Sancheza i napisałem do niego list, proponując mu wcześniejsze spotkanie w Nowym Targu. Żeby nie wchodzić w długie opisy – ze strony Sancheza nie było żadnej odpowiedzi.
W ostatnim praktycznie momencie zdecydowałem, że zapraszamy Alvaro i po uzgodnieniach z Piotrem Płechą przyjechał on do Ludźmierza wraz z grupą posługi. Okazało się jednak (czego w tamtym czasie nie byłem świadomy), że właśnie ta decyzja była podwaliną pod powstanie alternatywnego ośrodka rozeznającego kierunek działania ewangelizacyjnego wobec muzyków chrześcijańskich w Polsce. Towarzyszyły temu proroctwa i wizje dla nowych namaszczonych liderów spotkania.
Innym ważnym wątkiem tego spotkania był projekt Roberta Cudzicha, który postanowił profesjonalnie rejestrować muzykę podczas spotkania. W tym celu zaprosił Edwarda Sosulskiego – znanego w środowisku ze studia nagrań “Psalm” akustyka (zielonoświątkowca). Oprócz tego Robert postarał się o zmontowanie wieloosobowego zespołu uwielbienia wraz z Mietkiem Szcześniakiem w roli głównej. Postaraliśmy się nawet o to, że każdy uczestnik spotkania jako warunek wstępny podpisywał deklarację o zgodzie na rejestrację swego głosu i późniejsze jego publiczne wykorzystanie. Oto krótki opis najważniejszych zdarzeń tego spotkania w 1996 roku:
• Alvaro Grammatica miał do dyspozycji cały czas przedpołudniowy. Jego nauczania różniły się w podejściu od typowych namaszczonych tekstów, były bardziej katolickie i otwarte na świat – zarówno dla mnie, jak i dla wielu były fascynujące i budujące – również przez świeżość działań kerygmatycznych i tzw. dynamik.
• Robert Cudzich był skoncentrowany głównie na nagraniach i na profesjonalnym uwielbieniu.
• Do rangi symbolu urosło w moim przekonaniu następujące zdarzenie: na samym początku, rozkładając sprzęt, postawiłem w rogu sceny ludźmierskiej na góralskim stole, pokrytym białym obrusem, figurkę Matki Bożej Ludźmierskiej. W zasadzie moją intencją była troska o estetykę sceny i miał to być taki drobny akcent związany z regionem. Uważałem, że dobrze jest umieścić tę figurkę, skoro spotkanie odbywa się tak blisko Sanktuarium Matki Bożej, Królowej Podhala. Na drugi dzień podszedł do mnie na korytarzu jeden z uczestników, ksiądz Piotr Podolak (wtedy z Lublina, z KUL-u) i zapytał, dlaczego figurka zniknęła. Właściwie nawet nie wiedziałem o tym, więc zacząłem jej szukać. Okazało się, że znalazła się za planszą wystawienniczą punktu księgarskiego. Wziąłem zatem figurkę, by z powrotem umieścić ją z boku sceny, jednak natknąłem się na jednego z liderów, który prosił, by tego nie czynić. Co się okazało? Jeden z niekatolików posługujących w zespole uwielbienia poczuł się osobiście dotknięty widokiem tej figurki i miał zagrozić, że jeżeli figurka Maryi będzie na scenie, to on natychmiast wyjeżdża ze spotkania… Została zatem zdjęta “dla dobra sprawy” i poproszono mnie, by jej nie umieszczać na powrót. Tak się stało do końca spotkania, jednak to nie koniec tego zdarzenia. Już po Ludźmierzu napisał do mnie ksiądz Piotr Podolak (któremu jeszcze w Ludźmierzu wyjaśniłem, w czym rzecz) i zadał mi szereg retorycznych pytań typu: “Czy spotkanie jest ekumeniczne, czy organizują go katolicy?” Rozwinęła się wtedy między nami korespondencja na temat ważności kultu maryjnego i księdzu Piotrowi zawdzięczam czytelne ustawienie tej kwestii.
• Kolejnym drobnym zdarzeniem był następujący fakt: w czasie przerwy zauważyłem na scenie na stołku obok stanowiska jednego z muzyków katolickich położone pismo zielonoświątkowe “Chrześcijanin”. Zacząłem go zatem przeglądać z czystej ciekawości. Potem jeszcze natknąłem się na kilka egzemplarzy. Zauważyłem tam artykuł byłego księdza katolickiego w stylu: “dlaczego przestałem być księdzem, a zostałem prawdziwym chrześcijaninem”. Zapytałem kogoś, czy to pismo jest rozprowadzane. Po chwili podszedł wtedy do mnie jedna z ważniejszych osób posługujących (czyli z zespołu prowadzącego) i zaczął się tłumaczyć, że to on rozdał kilka egzemplarzy, ale bez intencji antykatolickich…
• Obecni na spotkaniu zielonoświątkowcy (było to jakieś kilkanaście osób) narzekali (nie przyszli z tym do mnie, ale wystosowali apel do Roberta), że podczas Eucharystii nie ma dla nich przewidzianego oddzielnego programu i że spotkanie jest “zbyt katolickie”. Odrzekłem, że spotkanie nie ma charakteru ekumenicznego (co było wiadome od początku) i że program mogą sobie sami zorganizować, skoro nie chcą brać udziału w Eucharystii. Tak też się stało – udostępniono im telewizor i oglądali kasety video z charyzmatycznych, ponaddenominacyjnych konferencji w Afryce przywiezione przez jednego z nich.
• W spotkaniu uczestniczyli też muzycy rockowi, z tym że nie było Tomka Budzyńskiego, ale był Darek Malejonek. Okazało się, że podczas spotkania ludźmierskiego nieomal rzucili się na nich różni “charyzmatyczni chrześcijanie”, starając się im wyperswadować ich formację neokatechumenalną, ich kult maryjny i katolicką tożsamość. Miałem wtedy rozmowę z Darkiem Malejonkiem na temat właściwego kultu maryjnego.
• Do posługi modlitwy wstawienniczej zostały zaproszone animatorki z Domu Zwycięstwa, w tym liderka tej wspólnoty Stanisława Iżyk – Dekowska – przy czym postawiłem warunek, by osobą odpowiedzialną za diakonię wstawienniczą była Marysia Gaweł. Jednak praktyka była taka, że Marysia modliła się z 2 osobami w oddzielnym zespole, a animatorki Domu Zwycięstwa działały faktycznie w oddzielnej grupie pod kierownictwem Stasi ignorując rozeznania Marysi.
• Wszystkie te i inne napięcia i podskórne konflikty powodowały u mnie takie napięcie, że pewnego kulminacyjnego wieczoru (miało być nabożeństwo namaszczenia przecież…) zamknąłem się zrozpaczony w pokoju, z porażającym bólem głowy i z płaczem bezsilności. Nie wiedziałem jednak, że prawdziwy konflikt w związku z tym spotkaniem jest dopiero przed nami i że będzie się rozgrywał w najbliższych miesiącach – do końca 1996 roku.

2.5. ZARZEWIE KONFLIKTU – „DUCHOWY LUDŹMIERZ” W WARSZAWIE 1996
Nastąpił teraz ciąg zdarzeń o znamionach osobistego konfliktu, jednak dzisiaj z perspektywy czasu widzę – po kilku rozmowach na ten temat z mymi ówczesnymi przeciwnikami, że istota tych zdarzeń jest kluczowym punktem dla zrozumienia idei tzw. Kościoła Ducha (szerzej na ten temat piszę w aneksie 4). Najpierw spróbuję pokrótce zrelacjonować zdarzenia. Przed spotkaniem muzyków z inicjatywy Roberta Cudzicha podjęliśmy w nowotarskiej wspólnocie pomysł, by rejestrować całość zdarzeń muzycznych na scenie Domu Podhalan. W tym celu Robert zaprosił do współpracy akustyka z Warszawy Edka Sosulskiego, który przywiózł do Ludźmierza aparaturę rejestrującą. Ze swej strony Robert zaprosił do zespołu muzycznego animującego uwielbienie szereg muzyków – główne role pełnili muzycy New Life M oraz członkowie chóru o. Andrzeja Bujnowskiego. Wszyscy uczestnicy na kartach zgłoszeniowych podpisywali deklaracje wyrażające zgodę na rejestrowanie ich głosów i instrumentów oraz ich późniejszą publikację. W trakcie spotkania dokonano wielogodzinnej rejestracji. Materiał ten miał zostać poddany obróbce, tak by w niedługim czasie mogły ukazać się dokumentalne nagrania z Ludźmierza ’96.
Właściwie natychmiast po zakończeniu spotkania Robert rozpoczął pracę nad tym materiałem. Na samym początku współpracowaliśmy zgodnie i cieszyliśmy się na te kasety z Ludźmierza. Nasz kontakt wtedy polegał na ustaleniu kolejnych kroków. W czerwcu straciłem jednak kontakt z Robertem. W okolicznościach, w których nie uczestniczyłem została podjęta decyzja, że całość materiału trzeba w zasadzie od podstaw przygotować. Powstała ekipa muzyczna, która spotykała się w tym celu w wakacje w Warszawie. Dowiedziałem się wtedy od Marcina Stawickiego, którego Robert zaprosił do współpracy nad charakterem tych działań, że osoby zebrane w Warszawie doświadczyły tam niezwykłego namaszczenia i przeżyły „duchowy Ludźmierz”. Całość przedsięwzięcia było w decydującym stopniu animowane od strony modlitewnej przez animatorki i liderki z „Domu Zwycięstwa”. Kiedy Robert zdecydował się zapoznać mnie z rezultatami pracy okazało się, że z całości materiału nagrywanego w Ludźmierzu zostały właściwie… odgłosy sali (typu oklaski, czy śpiew w językach). Całość instrumentalna i chóralna, aranżacje i wokalizy zostały w zasadzie od nowa nagrane w Warszawie w czasie wakacji ’96. Nie wdając się w szczegółowe opisy – doszło do dramatycznego i rozciągniętego na miesiące sporu między nami. Uważałem bowiem, że ten materiał nie może się ukazać pod nazwą spotkania muzyków w Ludźmierzu, skoro wszystkie rozeznania, charakter duchowy, klimat muzyczny odbyło się poza kontekstem tego spotkania. Także mniej więcej połowa uczestniczących muzyków uczestniczących w nagraniach nie uczestniczyła w spotkaniu ludźmierskim.
Oprócz sporu tej natury doszło do komplikacji natury technicznej, materialnej itp. Apogeum tych sytuacji rozgrywało się na jesieni i w zimie 1997 w postaci drastycznych zarzutów pod moim adresem formułowanych ze strony liderów „duchowego Ludźmierza w Warszawie”. Marcin i Robert postanowili odejść z nowotarskiej wspólnoty na początku 1997 roku. W całej dynamice tych zdarzeń decydujące było przyjęcie przez nich autorytetu rozeznań liderek wspólnoty „Dom Zwycięstwa” z Torunia. W wielkim skrócie rozeznania te (według listu Marcina do mnie informującego o powodach ich odejścia) były następujące: Na jesieni ’95 miały zostać przyjęte prorocze rozeznania na temat poddania nowotarskiej wspólnoty pod duchowy autorytet liderek z Torunia, jednak ja, jako lider okazałem się niewierny tym rozeznaniom. Marcin i Robert są wierni tym rozeznaniom (m.in. ustanawiały ich one liderami namaszczonymi w tej rzeczywistości), gdyż wniosły one w ich życie uwolnienie, również od duchów kontrolujących (którym ja się poddałem). W rezultacie jako pełniący posługę lidera spotkaniom muzyków dopuściłem się trwania w grzechu, poddałem się demonicznym siłom kontrolującym. To powodowało, że moją motywacją stała się zazdrość, bronienie swych wpływów i władzy, chęć dominowania i manipulowania, strach i nadużywanie namaszczenia. m.in. to miało być powodem, że nie pojawił się Eric Sanchez… Ponieważ ta dominacja i chęć kontroli duchowej rzutowała na spotkanie muzyków, rozeznano, że potrzebny jest alternatywny „duchowy Ludźmierz”, prawdziwie namaszczony, ekumeniczny (ponadwyznaniowy) i właśnie taki został zainicjowany przy okazji owych nagrań w Warszawie. W nadchodzącym czasie – praktycznie do dzisiaj – w środowisku, które od tamtej pory na mocy owych rozeznań proroczych nabrało przekonania do pełnienia funkcji autorytetu nad kształtowaniem kolejnych spotkań muzyków chrześcijan – rozeznania te mają charakter trwały i publiczny (m.in. są przekazywane i sugerowane różnym osobom na mój temat), dlatego o tym piszę. Piszę również i z tego powodu, że to jest jeden z przykładów, w jaki sposób podejmowane są rozeznania w tym nurcie i jaki jest ich charakter w dziedzinie tzw. „walki duchowej”.
W zasadzie wtedy nastąpiło definitywne rozstanie się i rozejście naszych dróg. Wewnątrz nowotarskiej wspólnoty cały czas trwał ferment – zarówno wokół kaset, jak i mojej osoby – podsycany z jednej strony osobistym kryzysem, z drugiej owymi rozeznaniami na mój temat. W lecie ’97 kasety nareszcie ujrzały światło dzienne, a wraz z nimi ukazał się wywiad, jakiego udzielili Robert i Marcin Beacie Mencel . Oto wybrane fragmenty podkreślające „duchowy charakter” tej muzyki:
M. Stawicki [MS]: Oddzielną kwestią była strona merytoryczna. Całość zarejestrowanego materiału obejmowała kilkanaście godzin muzyki. Ważne było rozeznanie, znalezienie odpowiedniego klucza dla podjęcia nieraz bardzo trudnych wyborów. Prowadzenie w tej sprawie staraliśmy się odnajdywać na modlitwie…[…]
R. Cudzich [RC]: Konkretnie wybieraliśmy najbardziej charakterystyczną i – jak to osobiście odczuwaliśmy najbardziej namaszczoną muzykę […]
[RC] Nasza analiza tego materiału i praca nad nim w studio dotyczyła dwóch płaszczyzn. Jedna artystyczno – estetyczna i druga, nazwijmy ją „duchowa”. Nie są one tożsame, a konkretny priorytet nadany jednej z nich określa sposób pracy, jak również późniejszą jego ocenę. Dla nas ważne było trwanie w Bożej obecności, w postawie uniżenia, zapraszanie Ducha Świętego, aby to On kierował ta pracą i dziełem. Bez tego sztuka chrześcijańska co najwyżej służyć może „ideologii chrześcijańskiej”… […]
[RC] …od początku byłem pewny, że materiał ten nie może ukazać się w tej wersji, w jakiej został zarejestrowany… […]
[MC] …była taka pokusa, aby oczyścić i skorygować ten materiał w stopniu możliwie jak najpełniejszym […] w pewnym momencie specjalnie do „czystego” materiału dodawaliśmy odgłosy i reakcje z sali. […]
[RC] Pierwsza sesja w studio była dla nas dużym zaskoczeniem, ponieważ okazało się, że atmosfera Ludźmierza niekoniecznie musi być związana z określonym miejscem lub czasem. Wielką radością napełniała nas obecność Jezusa, jaką odczuwaliśmy już podczas pierwszej modlitwy. W tych nagraniach brali udział zarówno bracia i siostry, którzy z przyczyn losowych nie mogli uczestniczyć w ludźmierskim spotkaniu, jak i ci, którzy tam byli. Są to siostry w Panu z toruńskiej wspólnoty „Dom Zwycięstwa”… (tu lista nazwisk) […]
[MC] Podczas sesji w studio Bóg nieoczekiwanie poruszył nasze serca do gorącego wstawiennictwa i błagalnej modlitwy za Warszawę. Do studia dochodziły odgłosy tego miasta, echa rozmów, kroków, pracy, pędzących karetek pogotowia. Jak jakieś fale rozpaczy, zza których dobiega wołanie o ratunek, łączyło się to w naszych słuchawkach z ludźmierską muzyką, nadając jej nowego wymiaru […]

2.6. CZAS KONFLIKTÓW – OKRES LUDŹMIERZA 1997
Pod wpływem takich sytuacji, jak te we Wrocławiu, Toruniu, Kielcach a także Ludźmierzu, Nowym Targu i Warszawie, na początku 1997 roku napisałem jednym tchem książkę Szok charyzmatyczny. Znajduje się ona na stronach Katolickiego Serwisu Apologetycznego. Jest w zasadzie zapisem moich ówczesnych poglądów na te tematy, które teraz opisuję z innej perspektywy. Książka ta została wydrukowana w nakładzie 300 egzemplarzy i rozdana w większości uczestnikom ludźmierskiego spotkania.
Równolegle był to czas, kiedy coraz mocniej szukałem autorytetu, stąd pomysł, by jeździć co miesiąc na spotkania Koinonii Jan Chrzciciel do Koszyc na Słowację (150 km od Nowego Targu), gdzie jednym z liderów był ks. Jan Kruczyński. Co miesiąc zabierałem na te wyjazdy od 5 do 10 osób i po pół roku wykształciła się grupka młodych osób, które po wakacjach postanowiły tworzyć oazę KJCh w Nowym Targu.

W spotkaniu ludźmierskim tego roku nie było nikogo z Domu Zwycięstwa, nie było też muzyków z New Life Music ani zielonoświątkowców. Nauczania na spotkaniu zostały w głównej mierze powierzone Andrzejowi Sionkowi oraz Katarzynie Miturskiej – jego współpracowniczce w ramach ówczesnej Szkoły Ewangelizacji i Życia Chrześcijańskiego z Lanckorony. Nauczał także Piotr Płecha, Andrzej Dziewit oraz ja. Prowadzenie uwielbienia zostało powierzone Kasi Miturskiej i animatorom muzycznym z Lanckorony. Był tu pewien problem, gdyż do pomocy zostali im dani muzycy zawodowi – Piotr Płecha, Jacek Ratajczyk i Małgosia Samborska – i szybko okazało się, że od strony czysto warsztatowej amatorzy nie są wstanie sprostać oczekiwaniom i dotychczasowemu poziomowi, który jest niewątpliwą zasługą Roberta Cudzicha i zapraszanych przez niego muzyków. Jednak to spotkanie – to był prawdziwy oddech dla mnie po tych wszystkich napięciach ostatniego czasu. Przede wszystkim przyjechało sporo muzyków niecharyzmatyków, ale najważniejsze wydarzenia od strony muzycznej to ciepło przyjęty minikoncert zespołu Sega Band z Katowic (w ramach tzw. koncertu prezentacji ludźmierskich), oraz entuzjastycznie przyjęty pierwszy koncert rockowego zespołu 2 Tm 2,3. Po tym koncercie odbyła się ważna modlitwa nad tymi muzykami, którą prowadził Andrzej Dziewit. Istotne też dla mnie było odkrycie środowiska “Frondy” – jej redaktorzy byli wtedy w Ludźmierzu (choć zdaje mi się, że niespecjalnie im się podobało). Jednak zaciekawiło mnie to pismo i okazało się, że w nadchodzącym czasie wiele ciekawego dla mnie zdarzyło się za przyczyną szeregu artykułów z “Frondy”, bez wątpienia zyskałem dzięki nim zdrowe poczucie tożsamości katolickiej.
Kilka słów trzeba powiedzieć o nauczaniach Andrzeja Sionka, gdyż wywarły one duże wrażenie. Andrzej zarysował bowiem wizję ponownej chrystianizacji Europy w nadchodzącym tysiącleciu przez takie działania, jak nowa ewangelizacja ekumeniczna i nowa kultura, motywując uczestników do nieustawania w przyczynianiu się do tego dzieła.
Wkrótce po zakończeniu Ludźmierza ‘97 odbyła się kolejna pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny, w ramach której Ojciec Święty przybył do Sanktuarium Ludźmierskiego, gdzie poprowadził modlitwę różańcową. W tydzień po tym wydarzeniu w miejscu ołtarza papieskiego odbył się koncert rockowy Armii i 2 Tm 2,3, na który przyszło jakieś tysiąc młodych ludzi. Dla mnie była to kulminacja mej posługi w Ludźmierzu i przekonanie, że docieram do finiszu mej działalności ewangelizacyjnej wobec środowiska muzyków chrześcijan.
Zaczął się dla mnie czas, który można śmiało nazwać “przesunięciem paradygmatu” w kierunku integracji katolickiej. Wyrzekłem się wtedy wszelkich charyzmatów, jeżeli są naznaczone zwodzeniem duchowym (co sprawiło m.in. że przestałem doświadczać wtedy „daru śmiechu” i „odpoczywania w duchu”). Świadomie dążyłem do izolacji od charyzmatycznego nurtu i charyzmatycznych sposobów rozeznania. Chodziło mi o stanięcie obok, o świadome nabranie dystansu – przede wszystkim do samego siebie, swej własnej posługi, wszelkiego przywiązania do moich wizji, rozeznań, proroctw. Myślę, że dokonywało się to właśnie gdzieś od lipca do grudnia 1997 roku. Porzuciłem wtedy wszelkie idee dotyczące przymierza, namaszczenia mocą i coraz mocniej ciążyła mi posługa lidera. Sprawy te dokonywały się w moim wnętrzu – umyśle, emocjach, sercu. Na zewnątrz byłem poddawany coraz mocniejszej krytyce, myślę, że uprawnionej, gdyż niewątpliwie byłem ciężarem dla wielu.
Na przełomie roku poszedłem do księdza Roberta Pietrzyka, by mu zakomunikować o swojej rezygnacji z posługi lidera. Okazało się, że on sam zamierzał prosić mnie o rezygnację. W grudniu ostatni raz byłem na charyzmatycznym spotkaniu modlitewnym w Nowym Targu.
Istniał jednak problem spotkania muzyków, tym bardziej że zostały już podjęte przeze mnie pierwsze kroki przygotowujące spotkanie w 1998 roku (na marginesie dodam, że planowałem spotkanie bardzo katolickie, podejmujące krytyczną analizę owych charyzmatycznych nurtów, między innymi głównym mówcą miał być kapłan katolicki – niecharyzmatyk). Jednak pod koniec stycznia zakomunikowano mi, że nie powinienem prowadzić Ludźmierza i zaproponowano, bym wziął urlop na uporządkowanie swoich spraw. Zdecydowałem wtedy o definitywnym odejściu od wspólnoty nowotarskiej.

2.7. KONTYNUACJA W LATACH 1998-1999
Moja rezygnacja z funkcji lidera wspólnoty została podjęta w takim momencie, kiedy praktycznie byłem po akcie wyrzeczenia się wszelkich charyzmatów, kiedy nie chciałem być charyzmatykiem (przy czym raczej z nikim o tym nie rozmawiałem). Co więcej, stwierdziłem, że definitywnie odchodzę ze wspólnoty. Nie potraktowano tego w kategorii odejścia, lecz przerwy spowodowanej przyczynami osobistymi. Wkrótce takie były komunikaty dla ludzi ze wspólnoty, natomiast Marysia podjęła się posługi lidera.
Po moim odejściu Robert Cudzich i Marcin Stawicki postanowili wrócić do wspólnoty. Robert przejął po mnie przygotowanie spotkanie w Ludźmierzu, przy czym postawił warunek, że całością przygotowania zajmie się on wraz z Marcinem (na zasadzie delegowania z nowotarskiej Koinonii), natomiast prowadzenie Ludźmierza ‘98 zostanie powierzone wspólnocie Dom Zwycięstwa, a nauczania poprowadzi Stanisława Iżyk – Dekowska. Tak właśnie się stało. W spotkaniu nie uczestniczyłem ani nawet nie interesowałem się jego przebiegiem.
Natomiast niedawno miałem okazję posłuchać z kaset oficjalnie dostępnych nauczań Stanisławy Iżyk – Dekowskiej ze spotkania muzyków Ludźmierz ‘98. Uderza w nich specyficzny obraz Kościoła katolickiego – nie jest to powiedziane wprost, ale przez całość przebija negatywna wizja Kościoła konfrontowana z wizją wspólnoty, jako miejsca prawdziwego chrześcijaństwa. Jeżeli ktoś poszukujący miałby wyciągać wnioski – to są one oczywiste: w Kościele katolickim na drogach takich doświadczeń jak liturgia czy modlitwy tradycyjne – nie jest możliwe spotkanie Pana Jezusa. Taka szansa istnieje tylko w ożywionych duchowo miejscach, takich jak wspólnoty charyzmatyczne czy chrześcijanie otwarci duchowo…
Po czymś w rodzaju antraktu, jaki stanowił rok 1998 w moich kontaktach z liderami Ludźmierza, na początku roku 1999 zostałem zaproszony na spotkanie następne w charakterze gościa specjalnego. Mimo usilnych starań w żaden sposób nie mogłem uzyskać informacji, jaki ma być temat spotkania, kto będzie głosił katechezy i kto jest zaproszony do współpracy w diakonii uwielbienia i modlitwy wstawienniczej. Z nowotarskiej wspólnoty docierały do mnie informacje o kontaktach z nowotarskimi zielonoświątkowcami oraz z toruńskim Domem Zwycięstwa . Sygnały te były dla mnie na tyle niepokojące, że na kilka dni przed spotkaniem napisałem na ten temat list do biskupa krakowskiego oraz biskupa toruńskiego. W liście tym przedstawiłem pokrótce historię spotkania oraz moją w nim rolę, a także moje doświadczenia dotyczące namaszczenia. Podkreślałem przy tym dobre owoce w warstwie ruchu muzycznego rodzącego nowe inicjatywy muzyczne. Natychmiast otrzymałem odpowiedź z Krakowa z podziękowaniem za zwrócenie uwagi. Na trzy dni przed rozpoczęciem spotkania zadzwonił także biskup Jan Chrapek. Jak się okazało, ksiądz biskup miał być gościem honorowym spotkania ekumenicznego, jakie miało się odbyć w Ludźmierzu. Po tej rozmowie postanowił wstrzymać się z przyjazdem.
Od organizatorów spotkania planowanego na 30 kwietnia – 3 maja 1999 roku dostałem pismo prezentujące jego ideę. Przytaczam jego obszerne fragmenty, ponieważ odzwierciedla znamienne tendencje (wyróżnienia w tekście pochodzą ode mnie – JS).

SPOTKANIE MUZYKÓW CHRZEŚCIJAN LUDŹMIERZ 1999
CEL: Pogłębienie jedności na wielu poziomach,
głębsze posługiwanie we własnych wspólnotach i pomiędzy nimi:
• jedność z Bogiem
• jedność w uwielbieniu
• jedność ze sobą
• jedność w rodzinie
• jedność we wspólnocie
• jedność w Kościele
• jedność ekumeniczna.
“Góry otaczają Jeruzalem: tak Pan otacza swój lud i teraz, i na wieki” (Ps 125,2)
Pan objawiał się wielokrotnie na górze. Na górze przemawiał do Mojżesza i proroków, ustanowił Prawo, również na górze umarł za nas. Chcąc odnaleźć Pana, musimy wznosić się na górę i ku górze. Wspinać się na górę słabości, pokonywać urwiska i przepaści własnych niemożności i ograniczeń. Szczególny wymiar ma to właśnie tu, w Ludźmierzu na Podhalu, w krainie granitowych bloków skalnych, których niedosiężne szczyty giną przed wzrokiem w gnanych wiatrem chmurach. […]
Na szczyt prowadzą różne drogi, o różnym stopni trudności ale żadna z nich nie jest zła po to, aby zdobyć szczyt i odebrać niewiędnący wieniec chwały. Bóg jest Górą, która ma tylko jeden wierzchołek, choć wchodzimy nań często z różnych stron .
Widok ze szczytu jest przepiękny, zapiera dech w piersiach, powietrze jest krystalicznie czyste, a widoczność idealna. Mistyka gór to transcendencja kamieni, chmur, błogosławionego wysiłku, niczym nie ograniczonej przestrzeni i bezkresnej wolności.
W AD 1999, poprzedzającym Wielki Jubileusz, w Ludźmierzu pragniemy włączyć się szczególnie w Arcykapłańską modlitwę Jezusa Chrystusa: “[…] aby stanowili jedno […]” (J 17,21).
Chcielibyśmy mówić o potrzebie jedności w uwielbieniu Boga, jedności w rodzinach, pomiędzy braćmi, w naszych wspólnotach, w Kościele, jak również na ścieżce mądrego ekumenizmu. To wszystko, rzecz jasna, w atmosferze modlitwy i muzyki. Dla nas, muzyków, którzy w sposób szczególny jesteśmy powołani do służby uwielbieniu, problem wzrastania w jedności wydaje się niezmiernie istotny. Dobrze wiemy, jak każdy brak jedności krępuje nas, czyniąc nieużytecznymi, zamyka na łączność z Panem, z samymi sobą i braćmi.
Mamy też okazję widzieć niejednokrotnie (może wyraźniej niż inni), jak wszelki podział, zranienia, zgorzknienie, osąd niszczy jedność i unieruchamia swobodne przemieszczanie (działanie) Ducha Świętego w zgromadzeniu. Ciało Chrystusa cierpi wtedy z powodu zadawanych Mu ran i nie może jednocześnie zajaśnieć jako oblubienica przystrojona i przygotowana na przyjście Pana, jako znak miłości dla świata pogrążonego w mroku. Szczególnie aktualne wydaje się to u progu nowego tysiąclecia, gdy dookoła nas świat w sposób coraz bardziej niepokojący jest doświadczany wstrząsami na podłożu rozmaitych międzyludzkich, etnicznych czy religijnych podziałów.
Chcemy odpowiedzieć na apel zarówno Ojca Świętego Jana Pawła II, jak i innych modlących się, napełnionych Żywą Wiarą środowisk chrześcijańskich, głęboko przeżywających kryzys jedności.
Pragniemy, aby nasze rodziny, wspólnoty stawały w pierwszym szeregu jako przykład odbudowania jedności na prawidłowym fundamencie. Prawdziwa jedność nie może wynikać tylko z naszych chęci, ale pochodzi z góry, od Ojca świateł. Prawdziwa jedność posiada swoją ogromną cenę, jest kupiona dla nas Krwią Jezusa Chrystusa. Nie opiera się ona na ludzkim pomyśle, ale na wzrastaniu w komunii pełnej miłości, która w sposób nieskrępowany “przebiega” pomiędzy Ojcem, Synem i Duchem.
Chcemy wznieść się ponad dotychczasowe uprzedzenia i podziały. Wiemy również, że do przekraczania dualizmów niekoniecznie wymagane jest tracenie własnej tożsamości i odmienności. Często budowa jedności jest trudna. Nie tyle wymaga ona pompatycznych haseł i szumnych deklaracji, ale raczej prostych gestów, będących znakiem pojednania i wybaczenia. Wymaga to nie tylko intelektualnego widzenia takiej potrzeby, ale przede wszystkim prawdziwego uniżenia serca i pokory – co jest najprostszą, ale jak się czasem okazuje – najtrudniejszą z dróg.
Jeżeli to poszukiwanie jedności jest tylko ludzkim pragnieniem, filozofią opartą na czczym wymyśle i żywiołach świata, to nie przyniesie trwałego owocu, rozpadnie się, ale jeżeli jest inaczej, to nie chcielibyśmy zawieść Tego, od którego to pragnienie pochodzi.
Bóg nie może nas naprawdę używać do głoszenia Jego królestwa bez jedności. Jeżeli chcemy dobre przygotować się na żniwo, musimy o tym pamiętać. Jedność jest nieodzownym elementem świadectwa, tak abyśmy byli w naszym osobistym życiu, domach, wspólnotach prawdziwym źródłem świata w świecie.
Również, jak już wspomniano, pragniemy ją realizować na polu mądrego ekumenizmu duchowego, który jest obowiązkiem dla nas jako katolików (KKK 817-822), z tymi, z którymi łączy nas Chrystus. Gdy chrześcijanie wspólnie uwielbiają Jezusa Chrystusa, wysławiając Jego chwałę pieśnią, następuje braterskie zbliżenie się, nieistotne są wtedy spory. Po prostu nie ma na nich miejsca. Wszyscy kierują wzrok na Pana, uwalnia się miłość, a z niej jedność. Chcieliśmy w Ludźmierzu pójść tą pokazaną przez Ducha Świętego drogą. Uczynić Jezusowi prezent w zbliżający się Wielki Jubileusz Jego narodzin, kładąc przed Jego tronem czyste uwielbienie, w braterskiej jedności i miłości.[…]
Korzystając z wielkiej przychylności michaelity ks. Leszka Kunca, nagrywamy właśnie w Krośnie materiał muzyczny z utworami o nieco innej konwencji niż albumy ludźmierskie, ale z udziałem tej samej co w Ludźmierzu grupy osób. […] Wykonawcami są Ludźmierz Group & Przyjaciele pod wspólną nazwą SIÓDMA TRĄBA, która oddaje charakter zawartości. Żywimy pragnienie, że ten materiał ukaże się jak najszybciej, może nawet na przełomie marca i kwietnia, dzięki wydawnictwu OTD STUDIO wspomnianego już ks. Leszka w Krośnie.
Robert Cudzich, Marcin Stawicki

Każdy musi przyznać, że tekst jest piękny – poczynając od poetyckich opisów przyrody tatrzańskiej, a skończywszy na idei mądrego, duchowego ekumenizmu.
Jednak moje doświadczenie nie potwierdziło tych deklaracji…
Jeszcze przed spotkaniem oświadczyłem, że dziękuję za zaproszenie, jednak w spotkaniu nie będę uczestniczył. Kiedy próbowałem dostarczyć kilka egzemplarzy mojej książki Szok charyzmatyczny na stoisko wydawnicze znajdujące się w holu Domu Podhalan – zostałem kategorycznie wyproszony, z zakazem wstępu na spotkanie, pod groźbą usunięcia siłą przez służby porządkowe.
Powodem miał być mój list do biskupów rzekomo szkalujący osoby animujące Ludźmierz i wspólnotę nowotarską. Doszły do mnie informacje od członków nowotarskiej wspólnoty, że nawet proboszcz z Nowego Targu ks. Mieczysław Łukaszczyk, a także proboszcz ludźmierski ks. Tadeusz Juhas mieli być zbulwersowani moją postawą. Postanowiłem porozmawiać osobiście z proboszczem ludźmierskim w trakcie trwania spotkania. Rozmawialiśmy rzeczowo. Przedstawiłem ks. proboszczowi treść mojego listu do biskupów i moje zastrzeżenia. Ksiądz proboszcz nie mieszał się do spotkania, bowiem mieliśmy swoich duszpasterzy, więc ograniczył się do roli organizacyjnej – gospodarza miejsca. Nie miałem już więcej kontaktu ani z uczestnikami spotkania muzyków, ani z jego liderami.
Od znajomych liderów wspólnot charyzmatycznych, którzy brali udział gościnnie w popołudniowych modlitwach i wieczornym nabożeństwie namaszczenia, dowiedziałem się, że modlitwę uwielbienia prowadził pastor wolnego Kościoła z Gdyni – Adam Sawicki, były katolik związany wtedy z Fundacją Barnaba. Można też było dostrzec animatorów kieleckiego Wieczernika, a także zielonoświątkowców nowotarskich. Jednak najbardziej spektakularnym zdarzeniem “ekumenicznej troski o jedność” była modlitwa o jedność, którą prowadził Krzysztof Szczypuła z Nowego Sącza, pastor wolnego Kościoła, który w połowie lat 90. powstał po odejściu z Kościoła katolickiego wspólnoty Nowe Jeruzalem. Co więcej, na temat tego odejścia ukazał się komunikat biskupa tarnowskiego ks. J. Życińskiego, gdzie przestrzega się katolików przed kontaktami z tą grupą, a Krzysztof Szczypuła jest wymieniony z nazwiska. Tymczasem w Ludźmierzu on właśnie prowadził modlitwę o jedność chrześcijan!
W ramach tego typu doświadczeń roku 1999 warto może jeszcze wspomnieć, że liderzy zabronili rozpowszechniania nie tylko moich książek, ale wszelkich publikacji zaproponowanych przeze mnie, również nie mojego autorstwa. Podobny indeks ksiąg zakazanych obowiązuje członków wspólnoty Dom Zwycięstwa, gdzie widnieją też książki ks. Andrzeja Siemieniewskiego…

2.8. EKUMENICZNY CHARAKTER ROKU 2000 (DURSZTYN) I 2001 (RZEPEDŹ)
Po wydarzeniach roku 1999 przyszedł czas na Rok Wielkiego Jubileuszu. Nie interesowałem się kolejnym spotkaniem muzyków. Zresztą jego organizacja w Ludźmierzu okazała się niemożliwa. Przeglądając Internet, zobaczyłem anons o spotkaniu muzyków pod szyldem ludźmierskim w Dursztynie. Anons – co znamienne – znajdował się na stronach internetowego czasopisma “Wiatr” (magazynu narodzonych z Ducha), która to witryna jest tworzona również przez byłych katolików, na mocy swego narodzenia duchowego promujących wszelkie inicjatywy ponaddenominacyjne i wolnokościelne.
W tamtym czasie bezpośrednio nie interesowałem się przebiegiem spotkania ludźmierskiego w Dursztynie. Zainteresowałem się tym spotkaniem dopiero w momencie, gdy w lecie 2001 w ramach przygotowań do I Sesji Apologetycznej pojawił się temat analizy spotkań ludźmierskich. W sumie udało się zebrać informacje od trzech osób: jedna z nich została zaproszona do posługi, druga była zaproszona przez o. Bujnowskiego, a trzecią był jeden z członków nowotarskiej wspólnoty, który odwiedzał spotkanie. Miało ono charakter ekumeniczny, z tym że głównym mówcą był jakiś pastor zielonoświątkowy (z wolnego kościoła?). Uczestniczyło w nim około 180 osób, jednak w Eucharystii uczestniczyło niewiele (według relacji ok. 40 osób). Nauczania miały charakter niekatolicki, co doprowadziło jedną z osób do dyskusji z chrześcijanami ponaddenominacyjnymi, którzy atakowali w rozmowie katolicyzm. Zdecydowałem się umieścić te oceny ze względu na to, że pochodzą one niezależnie od trzech osób, które w żaden sposób nie kontaktowały się ze sobą…

W drugiej połowie roku 2000 zaczęła się krystalizować najpierw grupa internetowa, a potem idea apologetyczna. W grudniu doszło do spotkania we Wrocławiu. Poznałem wtedy osobiście ks. Andrzeja Siemieniewskiego, który zgodził się objąć swoją opieką i rozeznaniem stronę apologetyczną. Po miesięcznych przygotowaniach, w których zawierała się też propozycja ojców salwatorianów powierzenia stronie domeny z nazwą katolik.pl, na początku lutego 2001 roku ruszył Katolicki Serwis Apologetyczny.
Niewątpliwie był to początek nowej jakości, również w spojrzeniu na Inicjatywę Muzyczną Ludźmierz, przy czym zostałem utwierdzony w całościowo krytycznym kierunku.
Powstanie Katolickiego Serwisu Apologetycznego sprawiło, że moje jednostkowe doświadczenie i subiektywne spojrzenie na Inicjatywę Muzyczną Ludźmierz zostało skonfrontowane z innymi spojrzeniami, materiałami, świadectwami. Okazało się przy tym, że w różnych charyzmatycznych miejscach pojawiły się bardzo podobne kryzysy i konflikty. Istnieje przy tym specyfika mojego doświadczenia. Na ogół bowiem osoby przeżywające podobne sytuacje mają doświadczenie związane z pojedynczą wspólnotą lub odrębnym nurtem ponaddenominacyjnym. Natomiast na bazie spotkań ludźmierskich dane mi było zaznajomić się i doświadczyć większości przejawów ponaddenominacyjnego ruchu lat dziewięćdziesiątych. To tworzy specyficzną przestrzeń, tym bardziej że z perspektywy czasu widzę, jak doświadczając całego spektrum tego nurtu, w zasadzie z żadnym nie byłem w stanie się zidentyfikować (może najbardziej z posługą wstawienniczą z elementami uwolnienia). To pierwsze odkrycie. Drugie – że istnieje cały szereg osób, sporo świadectw dających negatywną opinię o tych doświadczeniach. Co więcej, podejmowane są rzeczowe analizy teologiczne i apologetyczne na podstawie materiałów źródłowych.
To wszystko jest ważnym odkryciem, pozwoliło mi też bardziej obiektywnie spojrzeć na osobiste doświadczenie. Z drugiej strony, osoby angażujące się w gromadzenie materiałów apologetycznych (zresztą na rozmaite tematy) powszechnie i na różne sposoby dawały znać o pilnej potrzebie działań apologetycznych, gdyż świadomość wagi apologetyki jest nikła w wielu chrześcijańskich i katolickich środowiskach. Co więcej, w niektórych środowiskach, najbardziej otwartych na nowości charyzmatyczne, apologetyka jest postrzegana jako coś niezgodnego z duchem papieskiego otwarcia i współczesnego ekumenizmu.

Wracając do Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz 2001 w… Bieszczadach, pojawił się nowy wymiar. Oto na miesiąc przed spotkaniem znalazłem w Internecie (oczywiście na stronie “Wiatru” – magazynu narodzonych z Ducha) następującą informację:
Inicjatywa Ludźmierz 2001
X Spotkanie Muzyków Chrześcijan Inicjatywa Ludźmierz będzie miało miejsce w bazie wspólnoty ewangelizacyjnej Missio Christi w małej wiosce Rzepedź koło Komańczy (Bieszczady). Rzepedzka baza gościć będzie także muzyków chrześcijańskich z Ukrainy i Słowacji. Organizatorami tego wydarzenia są: wspólnota Dom na Skale (Dursztyn), wspólnota Dom Zwycięstwa (Toruń) oraz wspólnota Missio Christi, prowadząca Międzynarodową Szkołę Ewangelizacji i Misji oraz wyjazdy misyjne.
Spotkania Muzyków Chrześcijan w Ludźmierzu (wcześniej w Dursztynie) gościły wielu ciekawych ludzi, motywując ich do wysiłku opowiadania Dobrej Nowiny przez muzykę. Tam zrodziły się pomysły na powstanie takich zespołów, jak New Life M., 2 Tm 2,3 czy wreszcie Deus Meus.
To zadziwiające, jak bardzo ten “Ludźmierz w Bieszczadach” współgra z heretycką ideą “duchowego Kościoła ponad podziałami”, który „tworzy prawdziwie chrześcijańska społeczność napełniona Żywą Wiarą i zatroskana o jedność Ciała Chrystusowego”.
Po krótkiej chwili zastanowienia stwierdziłem, że mam nadal ostrzegać przed tą rzeczywistością. Tak się złożyło, że miałem wtedy kontakt z ks. Wojciechem Nowackim – krajowym koordynatorem Odnowy w Duchu Świętym, więc wysłałem do niego e-mail, przedstawiając swoje zastrzeżenia. List ten został opublikowany w Internecie (bez mojej wiedzy).
W zasadzie historia Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz dobiega końca. Był jednak pewien ciąg dalszy. Temat ten stał się jednym z wielu wątków I Sesji Apologetycznej w Ziębicach koło Nysy Kłodzkiej. Organizatorzy tej sesji – Redakcja Katolickiego Serwisu Apologetycznego – zwrócili się do mnie z propozycją opracowania analizy zjawiska Inicjatywy Muzycznej Ludźmierz. Czynione były starania, by do Ziębic przyjechał Robert Cudzich, Stanisława Iżyk – Dekowska oraz inni liderzy tego środowiska, jednak z ich strony nie było zainteresowania. Sama sesja dała mi możliwość osadzenia idei Spotkań Muzyków Chrześcijan w Ludźmierzu w szerokim kontekście tzw. trzeciej fali pentekostalizmu. Głównym przesłaniem I Sesji Apologetycznej było wykazanie, że ekumenizm z przedstawicielami “trzeciej fali” (zarówno uważających się za katolików, jak i z nurtów ponaddenominacyjnych) nie jest możliwy, gdyż w zasadzie jest to pseudoekumenizm.
Na koniec części historycznej jeszcze o muzyce. Jest dla mnie jasne po sesji w Ziębicach, że wizja pierwotna spotkania ludźmierskiego została przywłaszczona przez liderów “trzeciej fali”. Uważam, że Inicjatywa Muzyczne Ludźmierz o ewidentnie katolickim charakterze i zdrowym podejściu do ekumenizmu została opanowana przez ponaddenominacyjnych gnostyków, dla których muzyka jest szczytowym doświadczeniem duchowym. Mogę jedynie apelować do wszystkich zaangażowanych w dzieło Ludźmierza, aby poważnie przeanalizowali swoje doświadczenia.

Wkurzyłem się…

Wkurzyłem się…

Czasem potrzeba aż takiego gwałtownego motywu by wrócić do blogerskiego komentowania po dłuższej przerwie. Poszedłem tym samym za radą prof. Ryszarda Legutki z jego znanego wywiadu dla Joanny Lichockiej pod tytułem „Trzeba się wreszcie wkurzyć” opublikowanego w „Rzeczypospolitej” w marcu 2008 roku.

W wywiadzie tym pan profesor stwierdza: „Skrócenie perspektywy jest powszechne na całym świecie, to przede wszystkim zerwanie z klasycznym wykształceniem. W pewnym momencie pojawili się ludzie, którzy już nie otarli się o nic z wykształcenia klasycznego ani o nikogo. Gdy widzimy takie zjawisko w skali masowej błyskawicznie się reprodukujące, to ogarnąć musi przerażenie. To są ludzie ukształtowani mentalnie poza wzorcami, jakie obowiązywały przez tysiąc lat. To niedostrzeżona, lecz niezwykle głęboka rewolucja społeczna”.

Rzecz w tym, że ludzie o takiej mentalności nie tylko zdają się dominować „świecką” przestrzeń medialną (czy szerzej – przestrzeń społeczno-polityczną i kulturalną), ale także w dziedzinie religijnej (zarówno w teologii, jak i w duszpasterstwie, liturgii) promują pewne wzorce „kościoła otwartego”, które można określić mianem „neokatolicyzmu reformowanego”. Widocznym znakiem tej postawy jest takie odwoływanie się do „ducha Soboru”, jakby chrześcijaństwo (a szczególnie Kościół katolicki) składało się z trzech etapów: najpierw był Kościół pierwotny z Dziejów Apostolskich, potem następowało dziewiętnaście wieków ciemnoty i obskurantyzmu katolickiego, by po wysiłkach wielu reformatorów Sobór Watykański II zainicjował „ekumeniczną wiosnę Kościoła” w duchu wolności religijnej i „pojednanej różnorodności teologicznej”. Dla tych ludzi „skrócona perspektywa” polega na przekonaniu, że „prawdziwe duchowe chrześcijaństwo” zaczęło się pośród katolików pół wieku temu… Jednym z ich znaków rozpoznawczych jest na przykład przekonanie o „ewolucji dogmatów” oraz dostosowywaniu Prawdy do wymogów czasów współczesnych (idea tzw. „aggiornamento”).

Właściwie nie ma takiej dziedziny współczesnej cywilizacji, w której nie byłoby w dyskursie publicznym owej dominacji „skróconej perspektywy”, ale zwłaszcza w sprawach sporów ideologicznych sprzeciw wobec takiej postawy (właśnie na zasadzie owego „wkurzenia” intelektualnego raczej niż emocjonalnego) ma znaczenie zasadnicze. Sam fakt sprzeciwu wobec nowego barbarzyństwa (nazywanego dla niepoznaki „liberalizmem”) bywa określany mianem fundamentalizmu, a w zależności od skali sprzeciwu można zdobyć sobie miano „katolickiego taliba” albo nawet „faszysty”, gdy zabiera się głos np. w obronie patriotyzmu czy wierności świętej, katolickiej Tradycji jako prawdziwego źródła Bożego objawienia obok Biblii.

Mniejsza jednak o inwektywy, choć stanowią one ważny czynnik negatywnego „etykietowania”, czy wręcz manipulowania za pomocą tego typu pomówień, aż do oszczerstw. Istotny jest sam antagonistyczny podział, który ma charakter ponadczasowy, choć różnie nazywany w kolejnych epokach.

Kiedy rozkwitała cywilizacja katolicka określana jako „Civitas Dei” był to antagonizm między Państwem Bożym, a tyranią diabelską uosabianą nie tylko w kultach pogańskich, ale także w sektach i herezjach. Jak w soczewce ów konflikt skupił się w protestantyzmie, jako emanacji najpoważniejszych herezji. Owe antykatolickie postawy i poglądy nabrały wkrótce charakteru rewolucyjnego w postaci „ideałów” wolnomyślicielskich i wręcz ateistycznych w dobie oświecenia. Ich skutkiem stały się praktyczne postawy „liberalne” w imię których detronizowano „papizm” i „średniowieczny obskurantyzm ciemnych katolików”, aż do praktycznej eliminacji za pomocą terroru wandejskiego „światłych jakobinów”.

Ich następcy z gruntu socjalizmu wojującego (zarówno „narodowego” jak i „międzynarodowego”) w imię swoiście rozumianego gnostycznego postępu uznali katolicki Kościół za rodzaj anty-cywilizacyjnego błędu do definitywnego skasowania. XX-wieczne totalitarne systemy wielokrotnie ujawniały swój demoniczny charakter w walce z religią katolicką. Zresztą przez cały ten okres (nazywany czasem „erą nowożytną”) trwający ostatnie dwa tysiące lat w dziejach ludzkich owa walka sił ciemności z Królestwem Chrystusa nasila się przybierając coraz to nowe formy adekwatne do tzw. „postępu ludzkości”.

W istocie ów postęp w dziedzinie etyki i moralności to kolejne etapy zmagań znaczonych śladami nasilających się prześladowań wobec tego Królestwa założonego przez Jezusa Chrystusa – czyli jedynego, apostolskiego, świętego i powszechnego Kościoła. Zmagania te widoczne są w licznych znakach i świadectwach pozostawionych przez katolickich męczenników w kolejnych falach prześladowań aż do apogeum w XX wieku i w czasie obecnym.

Heroiczność owych świadków wiary świętej i katolickiej, obrońców Świętego Krzyża i czcicieli Świętej Eucharystii, dziewcząt chroniących swoją czystość dziewiczą, wiernych czczących Najświętszą Maryję Pannę, bohaterskich kapłanów i świeckich trwających w obronie Kościołów jest rozpoznawalna w postaci nieomylnych znaków łaski świętości płynącej z góry. Niezliczone cuda w tajemnicy świętych obcowania przez wieki uwiarygadniały, że Kościół katolicki jest społecznością kierowaną przez Jezusa Chrystusa w duchu apostolskiej sukcesji. Społecznością posiadającą depozyt nieomylnej objawionej nauki, bez żadnego błędu, wyrażanej w dogmatach wiary.

Kiedy jeszcze wspomnimy moc świętych Sakramentów, w których z całą pewnością jest doświadczalnie obecny jedyny Bóg (w realiach życia poddanych mocy sakramentalnej); kiedy wreszcie przywołamy na myśl owe ponadnaturalne znaki w postaci cudów Eucharystycznych (wystarczy zapoznać się z tym co dzieje się w Sokółce, a takich trwających zdarzeń na przestrzeni wieków jest cały szereg); albo też kiedy poznamy wstrząsające historie Bożych znaków nam pozostawionych stworzonych przez ponadnaturalne ingerencje (np. oblicze z Manopello, Całun Turyński, czy Wizerunek Matki Bożej z Guadelupe) – to doprawdy trudno nie zachwycić się Misterium katolickiego Kościoła, jedynej przestrzeni danej nam przez Jezusa Chrystusa, gdzie możemy doświadczyć pełni środków potrzebnych nam do zbawienia.

Zasady szczegółowe rozeznawania duchowego

Zamieszczam ponownie artykuł kiedyś opublikowany na blogowisku Frondy w styczniu 2011 r., który jest kontynuacją poprzedniego na temat zasad rozeznawania duchowego. Chcę zwrócić uwagę, że rozwinęła się dyskusja na temat prawdziwości objawień w Medjugorie. Moje zdanie na ten temat jest jednoznaczne, i to od wielu lat…

Zasady szczegółowe rozeznawania duchowego [2]

kategoria: Kościół
Dodano: czwartek, 27 stycznia 2011, 19:32

Wielu więc ludzi zastanawia się i szuka wskazówek, a także konkretnych odpowiedzi na nasuwające się pytania i wątpliwości w kontekście np. modlitw wstawienniczych w grupach charyzmatycznych (tak zwane “słowa poznania”, czy “słowa proroctwa”, czy wreszcie rozeznania. Warto podkreślić, że mamy ewangeliczny obowiązek badania duchów, czy natchnienia są z Bożego Ducha.

W Kościele katolickim w ciągu wieków wypracowano szereg zaleceń, nazywanych zasadami rozeznania, badania tych poruszeń duchowych. Istotą ich zastosowania jest roztropność badania zaszłych faktów w oparciu o zasady rozpoznawania duchów podane w Piśmie Świętym i wiekowym doświadczeniu Kościoła, którymi oczywiście i władza kościelna się kieruje. Wydaje się więc rzeczą pożyteczną i potrzebną bodaj w krótkiej formie podać główne zasady. Przy czym (jakby ktoś chciał sam sobie przyswajać tę wiedzę) przytaczane są one z trzech podręczników:
• o. Ad. Tanquerey: “Zarys teologii ascetycznej i mistycznej”
• Poulain: “Łaski modlitwy”
• ks. Józef Warszawski SI: “Garabandal – objawienie Boże czy mamidło szatańskie”

Oto zatem zbiór tych zasad…

• Fałszywe objawienie związane jest z przeciwieństwem, jakim jest np. powtarzanie w kółko rzeczy znanych już wcześniej (banał). Każde objawienie Boże jest dziełem nie tylko wszechmocy Bożej, ale też jest wyrazem mądrości Boga – Bóg nie mnoży objawień i cudów bez bardzo poważnego motywu. Szatan odwrotnie – przez mnożenie cudowności i nadzwyczajności pragnie niejako otumanić wierzących, aby zwieść ich do oddawania fałszywego kultu, np. pod płaszczykiem Matki Bożej.
• Przy fałszywych szatańskich zjawieniach nie musi się zakładać hipokryzji osób widzących (wizjonerów), czy też ich otoczenia asystującego objawieniom. Zakłada się, że wizjonerzy w dobrej wierze relacjonują to, co widzą i słyszą. Kłamcą jest ten, który zwodzi.
• Gdy szatan objawia się na sposób demoniczny, spirytystyczny – może to czynić w formie cielesnej i może nadać sobie uroku “niebiańskiego”, a nawet święty wygląd. Może też mówić rzeczy wzniosłe i napełnione duchową mocą, znajomością Pisma Świętego, może zachęcać do prawdziwej pobożności i może mówić prawdę o Bogu. Po samym blasku zjawisk i wypowiedzi, blasku, który olśniewa nie można rozeznawać się co do ich istoty i prawdziwości, ponieważ “ex cauda cognoscitur inimicus” (nieprzyjaciela poznaje się po ogonie). Chodzi zatem o to, aby przez wszechstronną analizę wychwytywać rzeczy fałszywe i podejrzane. W Bożym objawieniu nie mogą brzmieć tony fałszywe – co więcej – Bóg nie może nigdy dopuścić, aby objawienia szatańskie doskonale naśladowały Boże. Dlatego te objawienia fałszywe zawsze mają jakiś brak wszystkich cech dobra, a także są w nich fałszywe tony, dzięki którym można rozpoznać fałsz.
• Celem fałszywych objawień i wizji zawsze jest w ostateczności ich skierowanie ku złu. Te zamiary nie muszą właściwie ujawniać się na początku objawienia. Szatan jednak nie może zdobyć się na jedno – aby prawdziwie i trwale pobudzać do prawdziwych cnót chrześcijańskich, posłuszeństwa Kościołowi i zdrowej pobożności. Może tylko podstępnie udawać przez jakiś czas, że zachęca do nich. Lecz zawsze czyni to w taki sposób, aby cnoty (dobre z natury) były albo źle praktykowane albo przeinaczane, albo wtrącały duszę człowieka (czyli psychikę, emocje i ducha) w przesadę i dziwactwa. Pod wpływem fałszywego objawienia szatan będzie doprowadzał duszę chrześcijanina do pomnażania pokuty cielesnej, lub zewnętrznej (widocznej dla oka), której będzie towarzyszyło nieposłuszeństwo, choćby w postaci autonomii. Na tej drodze zwodzenia rzekoma zewnętrzna cnota okryje się w końcu śmiesznością lub wzbudzi odrazę.
• Z góry należy odrzucić wszelkie widzenie, czy objawienie, które sprzeciwia się prawu moralnemu lub przyzwoitości chrześcijańskiej. Podejrzanymi są zjawy, którym brak godności lub powściągliwości, a tym bardziej te wszystkie, z których przeziera śmieszność czy nieczystość.
• Pragnienie nadzwyczajnych objawień rozwija niebezpieczną ciekawość. Św. Jan od Krzyża pisze: “Nic milszego dla szatana nad duszę, która szuka objawień i jest na nie chciwa; znaczy czynić mu wszelkie ułatwienia, by mógł podsunąć błędy i osłabić wiarę i w ten sposób dusza jest narażona na wszelkie dziwactwa i silne pokusy”.
• W rozeznawaniu prawdziwości objawień należy zwracać szczególną uwagę na przepowiednie prorocze: czy są jasno wyrażone i konkretne, a przede wszystkim, czy są zgodne z faktami. Jeżeli przepowiednie fałszywe nie sprawdzają się (albo są niejasne) – fałszywi prorocy i wizjonerzy będą pokrywać swe niepowodzenia w jakimś nowym objawieniu, albo będą zwlekać i podawać nowe wersje.
• Co do słyszenia “głosu wewnętrznego”, “słów wewnętrznych” – trzeba najpierw zdobyć pewność moralną, że pochodzą od dobrego ducha i do dobrego prowadzą. Niezastąpioną rzeczą jest tu rola spowiednika i posłuszeństwo jego poleceniom.
• Rozeznanie rzeczywistości cudów, czyli czynów mocy nadprzyrodzonej, są uznawane, jeżeli pochodzą od Boga, za objaw działania Boga. Istotne jest tutaj rozróżnienie stale obecne w rozeznawaniu Kościoła, pomiędzy tzw. “cudem zmiłowania” zdziałanym przez Boga jako wynagrodzenie za wiarę modlącego się o cud, a “cudem potwierdzenia”, którego zadaniem jest uwiarygodnienie cyklu wizyjnych zjawisk. Jezus, gdy uzdrawiał – czynił to dla zmiłowania się nad cierpiącymi i zniewolonymi. Odmawiał natomiast czynienia znaków dla uwiarygodnienia swej misji. Co więcej – Jezus przestrzega, że “fałszywi prorocy czynić będą znaki i cuda, żeby wprowadzić w błąd, jeśli to możliwe, wybranych. Wy przeto uważajcie” (Mk 13,22). Diabeł ma moc i może czynić cuda, dlatego należy zapytać: jaki jest charakter owego cudu? Czy ma na celu prawdziwe dobro duszy i ciała, ponieważ płynie z Bożego miłosierdzia, czy też przeciwnie – jest jedynie przejawem nadprzyrodzonej mocy, czymś w rodzaju dziwu, zaspokajającym nie tylko ciekawość czy też chęć doznania nadzwyczajności, albo dla popisania się (do czego nakłaniał Chrystusa kusiciel) – ale też mającym ukryty cel, by zafascynować rzekomymi objawieniami?
• W rozeznaniu objawień istnieje bardzo istotna próba czasu i dyskusji. Polega ona na przyglądaniu się rozwojowi wypadków podczas wszechstronnego i obiektywnego rozpatrywania (a więc i krytycznego) wszystkich skutków i owoców. W tej próbie czasu przeznaczonego na dyskusje nie wolno przeoczyć żadnego, zwłaszcza ujemnego skutku, badając faktyczny i źródłowy przebieg wypadków.
• W tej próbie czasu istnieje kilka zasadniczych pułapek, których należy zdecydowanie unikać. Pierwszą i bodaj najważniejszą jest możliwość manipulowania kierownikiem (spowiednikiem, teologiem badającym), gdyby ten zechciał rządzić sobą w subtelny sposób. Wtedy jego autorytet (a za nim i powaga Kościoła w pewnym zakresie) może być wykorzystywany do potwierdzenia zasugerowanych treści, a nie do zbadania ich prawdziwości w sposób uczciwy i prawdziwy. Zwykle taka manipulacja dokonuje się za pomocą mechanizmu następującego: Wizjonerzy (prorokinie) oświadczają kierownikowi, że niebo wybrało go na duchowego opiekuna. Czuje się on wtedy zobowiązany do roztoczenia opieki, a także odzywa się w nim jakiś element ludzkiej próżności. Wizjonerzy sobie rezerwują sprytnie odbieranie komunikacji “Bożej”, natomiast kapłan czy teolog będzie wykorzystywany do propagandy, czyli pracy zewnętrznej. Jego autorytet jest wykorzystywany do manipulacji. W ten sposób bierze się kierownika w “duchową niewolę” każąc mu wyrzec się w subtelny sposób jego autorytetu, a zgiąć czoło przed objawieniami.
• Drugą pułapką jest brak rzetelności i koncentrowanie się na ogólnym przesłaniu na podstawie zewnętrznych treści, bez dogłębnego zbadania wewnętrznej formy, bez przenikliwości (np. w postaci analizy porównawczej z innymi podobnymi prawdziwymi objawieniami). Relacje wizjonerów powinny być rzetelne i dokładne, podobnie jak i opracowania pisemne (książki, relacje, raporty), a więc mają obowiązek, by nie pomijać żadnych szczegółów (zwłaszcza ujemnych) i nie mogą też ich bagatelizować. Brak rzetelności jest zatem fałszowaniem rzeczywistości i może prowadzić do urabiania błędnych opinii, leżących u podstaw zwodzenia.
• Zasada bodajże najważniejsza w postawieniu przysłowiowej “kropki nad i” jest następująca: Kiedy chodzi o udowodnienie, że jakieś objawienie pochodzi od złego ducha, nieraz wystarczy jasne rozeznanie, że występuje tylko jeden z negatywnych czynników, aby usunąć wszelkie wątpliwości. Natomiast, kiedy chodzi o stwierdzenie prawdziwości objawienia Bożego, trzeba, żeby wszystkie cechy były dobre. Nabranie pewności co do autentyczności jest tym większe, im owe cechy występują wyraźniej. Jest to zgodne z zasadą: “Bonum ex integra causa, malum e quovis defectu” (coś jest dobre, jeśli pod każdym względem jest dobre, złe zaś, gdy występuje jakikolwiek brak). Mówiąc po prostu – garnek może wyglądać na nowiutki, ale jeżeli na dnie ma małą dziurkę, to któż go kupi?
• Zgodność treści objawienia z dogmatem i nauczaniem Kościoła.
• Aby można rozpoznać jakość działającego ducha (czyli formę) człowiek wierzący rozeznający objawienia winien zwrócić baczną uwagę na cały zasięg myśli, sugerowanej przez działającego w objawieniu ducha. Cały zasięg zawiera więc w sobie początek objawienia, środkowy przebieg i finał, a także szczegóły. Jeżeli wszystkie elementy są dobre, od początku do końca – jest to znakiem, że działa duch dobry. Jeżeli zaś w trakcie objawienia (czyli zasugerowanych myśli, usłyszanych głosów i widzianych obrazów), zarysował się choćby cień zła, jest to oczywistym znakiem, że działa duch zły.
• Jeżeli wszystkie oznaki są dobre, osiąga się tylko prawdopodobieństwo, że objawienie jest dobre.
• Skutki objawień pochodzenia demonicznego są następujące: najpierw radość, pobudzenie religijne, duże zaangażowanie, potem zniechęcenie i smutek prowadzący do osłabienia wiary, oskarżania itp. Św. Teresa z Avila stwierdza, że “Łaska zostawia zawstydzenie, pokorę i pokój, szatan przeciwnie: pewność siebie, pychę i niepokój”.
• Szczególnym znakiem objawień fałszywych pochodzących od diabła jest pycha. Objawia się ona przez ducha niezależności od przełożonych i kierowników, przez trwanie w uporze przy swoim zdaniu i niechęć do poddania się badaniu (niechęć konfrontacji). Pycha uwidacznia się przez ujawnienie się gniewu i złości w momencie odkrywania prawdy i dążenia do prawdy obiektywnej. Znakiem pychy jest uleganie chęci do rozgłaszania łask i darów, jakie się w swoim mniemaniu posiada, bez poddania ich weryfikacji przełożonych w Kościele. Znakiem pokory jest poddanie i ukrywanie łask, ponieważ św. Teresa z Avila pisze: “Gdy dusza otrzymuje łaski i pociechy, musi się pilnie badać, czy przez to rośnie we własnej opinii. I jeżeli nie upokarza się tym więcej, im serdeczniejsze są słowa, jakie słyszy, niech będzie pewna, że nie pochodzą one od Boga”. Zwłaszcza postawę pokory szatan ma w szczególnej nienawiści, ponieważ jej wyrazem jest posłuszeństwo Bogu i Kościołowi. Szatan może nawet namawiać do umartwień, postów i czynności religijnych wbrew posłuszeństwu.
• Pycha szatańska często jest widoczna w stosowaniu “duchowego szantażu” związanego z jakimś przekleństwem, np. przez żądanie, aby nikt nie wątpił w prawdziwość objawienia, a jeżeli wątpi – to ma grzech. Prawdziwie objawiająca się Matka Boża nigdy nie użyje takiego szantażu.
• Podobnie jak Bóg dopuszcza zło, aby osiągnąć zwycięstwo większego dobra, tak szatan może dopuścić mniejsze dobro (np. uzdrowienie fizyczne), aby osiągnąć większe zło (np. zwodzenie i doprowadzenie nawet do choroby psychicznej).
• Objawienie Boże odznacza się dwoma niezawodnymi istotnymi cechami: 1) zwięzłość w przekazywaniu istotnego poselstwa, 2) prostota.

Odsłon: 546
Komentarze: 19

1. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 19:56
DOPOWIEDZENIE 1
Oto cytat z książki bp. Z. Pawłowicza: „Kościół a sekty w Polsce” na temat stanowiska Kościoła Katolickiego wobec objawień prywatnych: „Jako katolicy wierzymy w Boga, który objawił się w Jezusie Chrystusie. On stanowi szczyt i pełnię objawienia i „nie należy spodziewać się już żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana” (KO 4). Istotę objawienia stanowi Chrystus i Jego dzieło zbawienia. Tak pojęte objawienie zostało przeznaczone dla wszystkich ludzi. W jaki sposób dociera ono do nich? Chrystus ustanowił Kościół, który jest wspólnotą religijną i instytucją hierarchiczną. Głosi on Ewangelię Chrystusa wszystkim ludzkim pokoleniom. Kościół broni objawienia przed błędnymi ujęciami i w sposób autorytatywny odsłania nam prawdziwy sens Pisma Świętego. Ponadto autoryzuje, wyjaśnia, zatwierdza i wprowadza w życie różne sposoby głoszenia Ewangelii i nauczania kościelnego. Obejmuje ono Eucharystię, sakramenty i sakramentalia, liturgię i modlitwy, rozmaite nabożeństwa i drogi życia duchowego, uświęcenie i przepojenie życia ludzkiego przez ustalenie świętych czasów i symboli, uporządkowanie życia przez prawo i dyscyplinę. To wszystko stanowi sferę pojęć, wartości, nakazów, kształtów i ram życia religijnego, liturgicznego ludzi związanych z Chrystusem i Kościołem. Ich przyjęcie i stosowanie w życiu rozgrywa się na płaszczyźnie wiary. Ta zaś rodzi się, rozwija i pogłębia także w Kościele i przez Kościół. Katolik bowiem wyznaje swą wiarę Chrystusowi – dając w niej odpowiedź na objawienie – nie na drodze literackich czy naukowych badań nad Ewangelią, lecz przez sakramentalne i personalne włączenie się do tętniącego prawdą Bożą i życiem Bożym Kościoła.

2. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 19:56
DOPOWIEDZENIE 2[cd.]
Katolik wierzy głęboko w to, że Kościół jest zbudowany na fundamencie apostołów. Oznacza to, że w czasach apostolskich Kościół stanowili ci, którzy gromadzili się wokół apostołów z Piotrem na czele i przyjmowali w wierze słowa Chrystusa: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi” (Łk 10,16). W tych słowach Chrystus potwierdził obietnicę swej trwałej obecności w posłudze nauczycielskiej apostołów i ich następców. Święty Paweł wyraził wiarę Kościoła apostolskiego zobowiązującym stwierdzeniem, iż Kościół jest „filarem i podporą prawdy” (1 Tm 3,15). Tę wiarę wyrażał Kościół w każdym pokoleniu. Św. Ignacy z Antiochii pisał w 108 r.: „Wszyscy bowiem, którzy należą do Boga i do Jezusa Chrystusa, stoją przy biskupie”. Św. Cyprian stwierdził w III w.: „Dla nikogo Bóg nie może być Ojcem, jeżeli Kościół nie jest matką”, zaś św. Augustyn w V w.: „Nie wierzyłbym sam w Ewangelię, gdyby autorytet Kościoła mnie do tego nie skłaniał” /…/

3. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 19:57
DOPOWIEDZENIE 3
Katechizm Kościoła Katolickiego zawiera w n. 67 następujące stanowisko: „W historii zdarzały się tak zwane objawienia prywatne, niektóre z nich zostały uznane przez autorytet Kościoła. Nie należą one jednak do depozytu wiary. Ich rolą nie jest „ulepszanie” czy „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej. Zmysł wiary wiernych, kierowany przez Urząd Nauczycielski Kościoła, umie rozróżniać to, co w tych objawieniach stanowi autentyczne wezwanie Chrystusa lub świętych skierowane do Kościoła. Wiara chrześcijańska nie może przyjąć „objawień” zmierzających do przekroczenia czy poprawienia Objawienia, którego Chrystus jest wypełnieniem. Chodzi w tym wypadku o pewne religie niechrześcijańskie, a także o pewne ostatnio powstałe sekty, które opierają się na takich „objawieniach”.

4. Damaza napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:07
polecam też książki o. Józefa Kozłowskiego na temat rozeznawania. Cud, miód i malinki w czekoladzie :) :)

5. Misiaczeq napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:35
1.Co do Medjugoria, poczytajcie sobie co JPII mówił na jego temat. Jako papież nie mógł się tam wybrać, ale wyrażał wielkie pragnienie.
a)To wszystko co podajesz o rozeznawaniu to prawda. Tylko trzeba też uważać, by nie wylać przysłowiowego dziecka z kąpielą i nie walczyć z prawdziwymi objawieniami, które są wielką łaską na czasy ostateczne.
b)Co do uznania przez kościół. Jak sam autor wspomniał, Kościół przyjął zasadę orzekania o prawdziwości objawień dopiero po ich zakończeniu, chyba że wcześniej pojawią się jakieś złe sygnały. Jak dotąd przez tyle lat Kościół nie potwierdził oficjalnie(bo objawienia jeszcze trwają) ale też nie zanegował prawdziwości objawień w Medjugorie (ponieważ jak widać nie miał ku temu powodów)
c)Osobiście byłem w Medjugorie i było to dla mnie spore przeżycie, wzmacniające wiarę i wierność Kościołowi. Było to kilka lat temu, ale choć też jestem krytyczny w stosunku do wszelkiego rodzaju „cudów i objawień” po tych kilku latach mogę stwierdzić, że widzę jedynie pozytywne owoce.

6. Grażyna 55 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:46
Dziękuję za tak konkretny wpis.

7. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 21:45
Sorry, JP2… NIE WYBIERAŁ się do Medjugoria. Istnieje na ten temat LEGENDA rozpowszechniana przez zwolenników orędzi (m.in. jakoby nie pozwolili Mu na to podczas wizyty w Chorwacji masoni z Kurii rzymskiej). I takie tam bzdety. To fajnie, że Misiacz-qu ci się polepszyło, choć chyba warto nie rozpowszechniać fałszywek na temat Ojca Świętego (chyba że z niewiedzy). Damazo – książki o. Kozłowskiego – jeden z wart polecenia charyzmatyków, miałem okazję Go poznać chyba w 1994 r. i zrobił na mnie duże wrażenie, polecam

8. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 23:46
@Misiaczeq – Czescia i to mila Panu, szczerej wiary jest rozum, uzyj tej mocy. Pan Bog nie chce „sensatow” tylko ludzi wolnej woli. Naprawde potrzebujesz oredzia w sprawie footballu i innych plytkich gadek Gospy? Tak tanio chcesz przehandlowac prawdziwe powolanie do swietosci, milosci blizniego… za cene sensacji?

9. Misiaczeq napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:10
@Jacek Schmidt – To bardzo dobrze, że zachowujecie taką czujność, bo faktycznie w historii Kościoła było wiele fałszywych objawień i trzeba zawsze być bardzo ostrożnym i rozeznawać. Jednak będziecie koniecznie wydawać wyroki na temat szatańskiego źródła, polecałbym przeczytać choć kilka orędzi. Szatan może się przystroić w „święte ciuszki”, ale nie może sprawiać by tysiące ludzie na trwałe się nawracało, przystępowało do sakramentu pojednania z Bogiem i umacniało więź z Kościołem Katolickim. Wezwania Matki Bozej są bardzo proste, ale są tożsame z przesłaniami ewangelii. Modlitwa, post, eucharystia i miłość Boga i bliźniego.

10. Misiaczeq napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:21
@Wladyslawraginis Dla mnie Medjugorie nie jest żadną sensacją, tylko wielką łaską Boga na czasy ostateczne. Podobnie jak inne objawienia jak choćby te z Fatimy, czy przekazane Św Faustynie odnośnie Miłosierdzia Bożego. Wbrew Twojemu przekonaniu, jakobyś tylko Ty posiadał zdolność rozumowania, a „wyznawcy Gospy” to bezmyślny lud, kierujący się emocjami i sensacją wcale tak nie jest. Wiara w prywatne objawienia nie jest obowiązkowa, ale zastanów się, czy przypadkiem przez swoją pychę, nie zaciąłeś się i mimo dobrych intencji nie zwalczasz dzieła Bożego. Przyjrzyj się dokładnie owocom, a później zwalczaj. Cnota roztropności.

11. Misiaczeq napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:26
@Wladyslawraginis
I choć się staram, to nadal nie potrafię zrozumieć co miałeś na myśli pisząc o przehandlowaniu prawdziwego powołania do świętości. Uważasz że moje powołanie jest nieprawdziwe, ponieważ byłem w Medjugorie i uważam, że jest to miejsce niezwykłej łaski? Gdybym tam jeździł co chwilę i np odcinał się od KK, zaniedbywał sakramenty to mógłbyś słusznie przypuszczać, że dzieje się coś złego, sekciarskiego. Ale tak nie jest. Podobne odczucia miałem po pielgrzymce na Jasną Górę. Zwiększyło to moją gorliwość, chęć poznawania Pisma Św i pragnienie miłości Boga i ludzi. Nie zaciemniło mi to zdolności poznawczych jak to starasz się zasugerować. Pozdrawiam.

12. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:03
Przeczytałem wywiad z „Večernji list” z 6 stycznia 2010 r. z kardynałem Schönbornem. Komentarz: tak to jest, jak jeden kardynał zachowuje się w sposób autonomiczny (jak nie przymierzając u nas Życiński w sprawie Rosjan, czy lustracji). Daje tym samym przyzwolenie dla takich postaw jak u Misiacz-ka

13. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:17
Wklejam dla Misiaczqa komentarz Władysława Raginisa z poprzedniej mojej notki: To bylo tak „pojechal Schonburn*, obrazil biskupa” a Benedykt XVI na audiencji 15/01/2010 kazal mu go przeprosic… ow Schonburn wyslal biskupowi miejsca faks… do tego po… niemiecku. Nie wiem co pomyslal Papiez, ale zakladam, ze pierwsza mysla bylo „wpieprzacie sie Schonburn w nieswoje”. Tak oto, metoda faktow dokonanych, poprzez „prywatna wizyte” Schonburn podstawil pod sciana Papieza, ktory… wyslal komisje. Poniewaz nie bylo zadnej zmiany w prawie kanonicznym po 1983 roku nie ma trybu, w ktorym owa komisja moglaby „uznac” cokolwiek. Jednak, jak uczy przyklad Soboru Watykanskiego II kreatywnosc „ludu bozego, pod przewodnictwem kaplana” nie zna granic. Podobnie ignorancja tluszczy w sprawach wiary, powinnosci wiernych i posluszenstwa. Zabawne, a raczej smutne, ze wszyscy apologeci Gospy maja w d… posluszenstwo. Rownoczesnie wytykajac np. Bractwu Piusa X… schizme ;-) Chorwacki cyrk na kolkach. *) Schonburn to gosc, ktoremu nie przeszkadzaja blogoslawienstwa par homo w Walentynki w jego katedrze:
http://realitycheckdotie.blogspot.com/2006/02/cardinal-schonburn-approves-blessing_21.html

14. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:18
Ja bym wziął na wstrzymanie Misiaczqu – po takim diktum

15. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 00:37
Dowody na demoniczność zjawy z Medjugorie – Wśród argumentów świadczącymi o diabelskiej naturze Medjugorie (niezgodności z praktyką prawdziwych objawień) można wymienić to że:
• Zjawa głosi herezje sprzeczne z nauką Kościoła co świadczy że zjawiska te nie pochodzą od Boga.
• Wizjonerzy grzeszyli przed objawieniami
• Zjawa wybrała grzeszników
• Wizjonerzy kłamali co do swych działań
• Wizje miały miejsce nocą w różnych miejscach
• Wizje trwają od 1981 przez wiele lat
• Wizje mają miejsce wielokrotne w ciągu doby
• Wizje maja miejsce na życzenie wizjonerów
• Wizje nie są regularne
• Przekazy zjawy są chaotyczne
• Stopy zjawy (podającej się za Marie) są ukryte
• Wygląd zjawy nie zgodny z katolicką symboliką maryjną
• Zjawie towarzyszą amorki o demonicznym wyglądzie
• Demoniczne amorki mają ukryte stopy
• Amorki naśladują zjawę
• Wizjonerzy mają fizyczny kontakt ze zjawą (całują się z nią, przytulają się do niej)
• Zjawa nie jest zrównoważona emocjonalnie
• Zjawa napawała lękiem wizjonerów
• Wizjonerzy są uzależnieni od wizji
• Zjawa zmusza wizjonerów do szaleńczego wysiłku
• Zjawa groziła biskupowi miejsca
• Franciszkanie z Medjugorie za wspieranie objawień są usunięci ze stanu kapłańskiego
• Zjawa odwraca uwagę wiernych od Jezusa i kieruje ją na siebie
• Zjawa neguje posiadanie przez Maryje łask (podczas gdy Kościół naucza że Maryja obdarzona łaskami)
• Zjawa neguje moc wstawiennictwa Maryi i twierdzi że Maryja potrzebuje wsparcia ludzi (podczas gdy Kościół naucza że modlitwa Maryi jest w pełni skuteczna)

16. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 00:53
Dorota Rafalska „Medjugorie prawda czy fałsz” wydana przez KUL w 2003 roku, a będąca analizą teologiczną zjawisk przeprowadzoną pod kierunkiem wykładowców KUL – fragment artykułu na powyższy temat:
„Zwolennicy Medjugorie głoszą że Kościół nie ocenia objawień podczas ich trwania, nie jest jednak prawdą. Istnieje cała procedura oceniania. Jeżeli jakiś element wskazuje na zło w objawieniach to trzeba takie wizje odrzucić…Dwaj kolejni biskupi Mostaru i Konferencja Episkopatu Jugosławii na podstawie prac dwu kolejnych komisji (złożonych z duchownych, teologów i psychiatrów) zakazała pielgrzymek i wszelkich innych religijnych wyjazdów do Medjugorie, zakazała propagowania zjawisk i publikacji na ich temat, uznała że nie mam dowodów na nadprzyrodzony charakter zjawisk. Konferencja Episkopatu Bośni zakazała wizjonerom publicznie występować w kościołach. Watykan kilkukrotnie zabraniał organizowania pielgrzymek i wszelkich wyjazdów religijnych do Medjugorie. Zjawiska te są więc nieuznawane przez Kościół Katolicki. Niestety zarządzenia władz kościelnych są ignorowane. Nieposłuszni świeccy i duchowni darzoną zjawiska wielu kultem, pomimo że zjawa głosi bluźnierstwa i herezje. Szeroko zakrojona akcja propagowania zjawisk i pielgrzymki do Medjugorie są więc wyrazem nieposłuszeństwa wobec Kościoła.”
Zmieniło to moje nastawienie do całej sprawy. Nie interesują mnie już więcej argumenty ludzi, którzy rzekomo przemienili się duchowo po owych pielgrzymkach. Przy całym szacunku do nich, będę przeciw. Jest zbyt wiele dowodów na demoniczne pochodzenie objawień i koniec.
Ps Panie Jacku przepraszam za katolicki SPAM, ale musiałem to zamieścić ;)

17. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 01:00
cd.
 Zjawa głosi nową datę narodzin Maryi 5 sierpnia czyli nowy kalendarz liturgiczny (podczas gdy Maria urodziła się 8 września)
 Zjawa głosi że Maryja sama wstąpiła do Nieba i tam zmarła (podczas gdy Kościół naucza że w Niebie się nie umiera a Maryje do Nieba wziął Bóg)
 Zjawa kreuje Maryje na równą Jezusowi (podczas gdy Kościół naucza że Maria jest Matką Jezusa i pośredniczką między ludźmi a Bogiem)
 Zjawa głosi, że rzekomo objawienia są ostatnie (podczas gdy Kościół naucza że to Kościół decyduje o prawdziwości objawień)
 Zjawa kreuje Maryje na niezależną od Boga twierdząc, że sama wybrała Medjugorie (podczas gdy Kościół naucza że Bóg posyła Maryje)
 Zjawa twierdzi, że nie chrześcijanie a mieszkańcy Medjugorie są ludem wybranym (podczas gdy Kościół naucza, że to chrześcijanie są narodem wybranym)
 Zjawa wprowadza nowy sakrament specjalne błogosławieństwo (podczas gdy Kościół naucza, że tylko on ma władze wprowadzania sakramentów)
 Zjawa nawołuje do nieposłuszeństwa wobec biskupa, co było równoznaczne z rozbijaniem kościoła (podczas gdy Kościół naucza, że Maryja dba o jedność i nienaruszalność Kościoła)
 Zjawa chce uwielbienia na równi Bogu (podczas gdy Kościół naucza, że wielbiony ma być Bóg)
 Zjawa milczy o Trójcy (będącej podstawą Katolicyzmu)
 Zjawa neguje pośrednictwo w modlitwie (podczas gdy Kościół naucza, że warto korzystać z pośrednictwa świętych i Maryi)
 Zjawa głosi wszechpotęgę Szatana (podczas gdy Kościół naucza, że Jezus pokonał szatana raz na zawsze na krzyżu i poprzez zmartwychwstanie, a szatan nie ma władzy nad chrześcijanami) Zjawa głosi, że potępieni nie cierpią w Piekle
 Zjawa głosi, ze nie trzeba się nawracać na katolicyzm wystarczy przyjąć jej orędzia
 Zjawa głosi, że przynależność religijna nie ma znaczenia

18. Jacek Schmidt napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 09:15
No cóż – Daner „pojechał po całości” na podstawie książki Doroty Rafalskiej „Medjugorie prawda czy fałsz” z 2003 r. W tym kontekście dla mnie jest rzeczą ciekawą, co sprawia, że mimo tego istnieją święcie przekonani zwolennicy Medjugorie. A właściwie nawet nie to – co sprawia, jaka musi być wewnętrzna dyspozycja duchowa, serca – aby poddawać się magii objawień w Medjugorie? Przecież tam rocznie przyjeżdża setki tysięcy ludzi (jeśli nie miliony). To jest ciekawy problem…

19. Wladyslawraginis napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 11:59
Szukanie sensacji, ignorancja, Strefa11, new age, zeby wymienic kilka kluczowych. Do tego biskup wiednia z jego erotycznymi i homo-erotycznymi inklinacjami, ale mimo to opisywany jako papabile (czyli obecnie „liga zawiedzionych”). Dla mnie to wystarczy zeby wiedziec co po ludzku popycha te tlumy

Zasady rozpoznawania objawień prywatnych

Po krótkiej przerwie powracam do ponownych publikacji wybranych artykułów wraz z komentarzami z nieistniejącego już mego autorskiego bloga na Frondzie. Poniże jeden z wazniejszych moich artykułów na temat zasad rozeznawania objawień. Niestety – zasady takie są dzisiaj niemal powszechnie ignorowane i w tej dziedzinie doświadczenia duchowego istnieje po prostu ogromne pole do nadużyć, zwodzenia duchowego, promowania fałszu (widać to także w komentarzach pod artykułem)…

Zasady rozpoznawania objawień prywatnych [1]

kategoria: Kościół
Dodano: czwartek, 27 stycznia 2011, 10:45

Za księdzem Janem Wójtowiczem pragnę podać katolickie zasady poszukiwania prawdy, do czego zobowiązuje nas Pismo Święte w słowach: “Nie każdemu duchowi wierzcie, ale badajcie duchy, czy są od Boga, albowiem wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie” (1 J 4,1); oraz: “Sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości” (1 Kor 11,14).

Są dwie drogi możliwe szukania prawdy w sytuacji objawień prywatnych, nie wykluczające się wzajemnie, ponieważ powinny się uzupełniać.
1. Wierni i osoby widzące pozostawiają rozeznanie organom oficjalnym Kościoła, mając obowiązek przyjąć w uległości ich orzeczenie
2. W oparciu o zasady rozeznawania duchów każdy wierny (zwłaszcza pełniący funkcję duszpasterską) może urabiać sąd własny, wszakże z gotowością poddania się rozeznaniom i decyzji Kościoła.

Rozważmy najpierw punkt pierwszy. Jaki może być wynik?
Orzeczenie pozytywne – jest możliwe dopiero wtedy, gdy objawienia się skończą, ponieważ dopiero wtedy można całościowo i obiektywnie zbadać skutki objawień, wraz z losami wizjonerów. Orzeczenie pozytywne następuje, kiedy wynik badań Urzędu Kościelnego jest pozytywny (według kard. Ratzingera pierwszym urzędem i niezastąpionym jest biskup ordynariusz miejsca. Ostatnie uznane objawienia stały się takimi dzięki takim rozeznaniom (sprawa Cudownego Medaliku – 1830 r.; La Salette – 1846; Lourdes – 1858; Fatima – 1917).

W czasie trwania objawień Kościół nie wydaje oficjalnego rozeznania, zachowując postawę wyczekującą. Orzeczenie pozytywne zawsze następuje w jakiś czas po zakończeniu objawień. Wymienione powyżej objawienia są wielkim darem Bożym, złożone zostały w skarbcu Kościoła znajdując się w spokojnym jego posiadaniu i przynoszą ciągle owoce, są też wielką pomocą dla ludu Bożego w jego pielgrzymce wiary. Jednakże te objawienia, jako prywatne, nie są obowiązujące do wierzenia, ponieważ nie są dogmatami i nie są prawdami wiary wyznawanymi np. w Credo.

Orzeczenie negatywne – nie musi czekać, aż seria objawień się skończy. Jeżeli w trakcie objawień wystąpią jednoznaczne negatywne cechy, Urząd Kościoła orzeka negatywnie w celu ostrzeżenia wiernych przed błędem, aby ich uchronić przed duchową szkodą. Przykładem są objawienia w Garabandal w Hiszpanii (1961-65 r.), które po orzeczeniu negatywnym ustały. Świeższym przykładem są pisma i działalność Vassuli Ryden, o których orzekła Kongregacja Nauki Wiary w dniu 6.X.1995, stwierdzając, że zawierają błędy doktrynalne. Kongregacja wezwała biskupów, aby należycie pouczyli swoich wiernych i nie dopuszczali do szerzenia się jej pism. Kongregacja wezwała wiernych, by nie uznawali objawień i wypowiedzi Vassuli Ryden za nadprzyrodzone. Przyjęcie takiego orzeczenia najwyższego Urzędu Kościoła obowiązuje wiernych w sumieniu, a tym bardziej kapłanów i biskupów. Okazywanie sprzeciwu i zachęcanie do niego innych jest grzesznym nieposłuszeństwem i budzi zgorszenie u innych.
Sprawa orzeczeń negatywnych jest o tyle poważna, że np. w latach 1933 – 89 naliczono w Kościele Katolickim 366 objawień przypisywanych Matce Bożej, ponadto pojawiały się krwawiące krzyże i płaczące figury (Syrakuzy 1953), krwawiące obrazy (katedra w Lublinie 1949). Nie mają one pozytywnych orzeczeń, a wiele zostało odrzuconych jako nieprawdziwe (np. Oława). Inne zaś najpierw zyskały aprobatę i pozwolenie na druk (Imprimatur), ale po bliższym badaniu aprobatę cofnięto (pisma Vassuli czy objawienia w Montechiari – Włochy). Jak zatem ocenić wiarygodność i prawdziwość i w co wierzyć? Akt wiary jest bowiem rzeczą indywidualną każdego człowieka i dotyczy sumienia.

Odsłon: 1022

Komentarze: 55

1. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 10:50
Medjugorie – to problem ciągle istniejący i nierozstrzygnięty

2. Zakrystianka72 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 11:18
Dzięki!

3. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 12:05
Pamiętajmy, że przez dziesiątki lat obowiązywał zakaz szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Aż zmienił to Jan Paweł II. *** Być może to samo czeka nas z Medjugorie. Po ostrych wystąpieniach tamtejszego biskupa, od prawie roku sprawę bada komisja watykańska. *** Na szczęście te dwa przykłady pokazują, że Kościół nie trzyma się sztywno pewnych ustaleń. ;)

4. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 12:06
I nie nazywajmy Medjugorie – problemem. To takie polskie. Ludzie się modlą, nawracają. No, ale mamy problem. Pozdrawiam.

5. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 13:48
Nie Rudziu, nazywanie medjugorie problemem, to nie jest polska przypadłość. To JEST problem. Przypominam, że stanowisko OFICJALNE Kościoła jest takie (w skrócie): Jest to miejsce modlitwy, natomiast w świetle dotychczasowych badań NIE MOŻNA stwierdzić, że jest to miejsce objawień. Co z tego wynika? ZALECENIE DUSZPASTERSKIE aby nie organizować (w imieniu np. parafii, czy diecezji) oficjalnych pielgrzymek jak do miejsca kultu. Co jest nagminnie łamane w rzeczywistości polskiej (i to jest polska przypadłość). Więc – ludzie się modlą i nawracają, iczywiście. Ale już nie zauważasz, że inni ludzie dostają tam np. bardzo niebezpiecznych pokrzywień psychicznych. Jest cała biblioteka znaków zapytania, i poważnych zastrzeżeń. No ale co tam się tym przejmować… PS. nie chcę, aby problem Medjugorie zdominował dyskusję pod tym wpisem, ponieważ jego celem jest wskazanie na zasady postępowania, jakie są w Kościele, dlatego następny będzie o zasadach szczegółowych…

6. Kk0606 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 13:54
Bardzo ostrożnie podchodzę do prywatnych objawień i przyglądam się owocom wynikających z tych objawień. Sceptycyzm wobec prywatnych objawień nie skutkuje żadnym grzechem i nie pociąga to za sobą żadnych skutków w postaci grzechu. Osobiście byłem z pielgrzymką w Medjugorie dwukrotnie i te pobyty zwróciły mi uwagę na to, że wielu ludzi będących tam w „klimacie duchowym” Gospy po powrocie do domu odmieniło swoje życie. Niektórzy z pielgrzymów odrzuciłi palenie papierosów i spożywanie alkoholu. Inni uratowali swe rozpadające się małżeństwa i znam te osoby osobiście, do dziś z niektórymi z nich spotykam się. Jeszcze inne osoby zaczęły na serio traktować swoje życie w ścisłej łączności z Jezusem Chrystusem. Nie „odbiło” im. Czy Medjugorie jest problemem? Tak jest problemem, bo ktoś kto był w tym klimacie Gospy musi coś z tym zrobić i może mieć z tym nie lada problem-i w takim ujęciu widzę problem. Ale problemem może być pielgrzymka na Jasną Górę, do Lichenia czy do Turzy Śląskiej. Pozdrawiam Cię i Dzięki -za kolejny mądry i dający do myślenia – wpis!

7. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 14:12
Jacku. Zapewniam cię, znam osobę, która jak piszesz „pokrzywień psychicznych” dostała na pielgrzymce na Jasną Górę. I co, sugerowałbyś zamknięcie sanktuarium? No nie. Wiadomo. ;) *** Kk Ja też znam ludzi, którzy doznali niezwykłych cudów, ale cuda te nie polegały na radości z wirującego słońca, (z moich znajomych nikt go nie widział), ale na zmianie życia, nawróceniu. Owoce są do dziś. Polecam książkę „Ukryte Dzieciątko z Medjugorie”. Pewien protestant – on i jego 2 koledzy po kilku miesiacach pobytu w Medjugorie przeszli na katolicyzm mówi tak: „To o co chodzi w Medjugorie – a więc modlitwa – msza święta, adoracja i post są tak proste, że diabeł by tego nie wymyślił”. Hm.

8. Grażyna 55 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 14:31
Zdobywam tu nową wiedzę, za co dziękuję.

9. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:04
Bardzo przepraszam, ale ksiazki Vassuli znajdziesz w kazdej ksiegarni „katolickiej”. Jesli chodzi o Gospe to narod ofiarowany Jasnogorskiej Pani zglupial bez miary. Tyle w temacie. Nie chce mi sie na temat tego diabelstwa wywnetrzac, znacznie aktywniejszy jest w tej sprawie biskup Wiednia (w przerwach organizowania wystaw meskich aktow w katedrze).

10. Kk0606 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:23
@Władysławraginis: Wierność Pani Jasnogórskiej nie stoi w sprzeczności w modleniu się w miejscowości w której posługują OO.Franciszkanie a jest miejsce wybrane przez Gospę. Nie widz e tu żadnej rozbieżności- jeśli modlitwa jest szczera i powoduje osobistą przemianę życia osób modlących się. Pozdrawiam i dzięki Ci za głos.

11. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:42
@Kk0606 – Odpowiem prosto, przypowiescia: Pewnego dnia we wsi, powiedzmy kolo Przemysla grupka dzieci poszla krasc jablka i palic papierosy. Kiedy sie juz najadly i napalily ukazala im sie zjawa. Strasznie sie przelekly. Zjawa przedstawila im sie jako Gospa (Pani) (…) zjawa odwiedzala je stale (…) rozmawiali o wielu sprawach, w tym o footballu (…) Nie tylko, ze zjawa przedstawila siebie jako „Pani” co nie mialo nigdy wczesniej miejsca, mowila takze rzeczy nieprzystajace do nauki Kosciola, w tym min. oglosila nowa date urodzin Maryi, sprzeczna z Tradycja (…) lokalny biskup po przyjrzeniu sie sprawie wydal orzeczenie, ze „nadprzyrodzonego charakteru nie stwierdza”. (…) Sprawa glupiego orzeczenia przemyskiego biskupa troche zmartwila miejscowych bo zaczeli przyjezdzac ciekawscy i biznes sie rozkrecal (…) kilku miejscowych Franciszkanow postanowilo wspomoc wiernych opuszczonych przez biskupa-sluzbiste (…) z czasem pojawili sie kaplani z Norwegii, Gwatemali, Hiszpani i USA. Odprawiali Msze, prowadzili rekolekcje, spowiadali, chociaz zaden nie zdecydowal sie nawet okazac waznego celebretu biskupowi miejsca (…) z samym biskupem nikt wiecej nie gadal, bo wiadomo bylo powszechnie, ze to czlowiek malej wiary. Przyszedl nastepny, jak sie okazalo rownie gluchy na wole ludu (…) tymczasem Gospa stawala sie coraz bardziej popularna. Wycieczkom nie bylo konca. Autokary pojawialy sie w ilosciach hurtowych. Sprzedaz medaliko i rozanczykow szla pelna para (…) Ludzi przyjezdzalo coraz wiecej i wiecej… c.d.n.

12. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:43
Gospa – Pani – Tytul jakiego wobec siebie Maryja nie uzyla w zadnym z objawien (poza szatanskimi jak np. Grandabal). W Tradycji Kosciola Maryja uosabia pokore, przeciwienstwo pychy. Panem pychy jest… no wlasnie Kto?

13. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:45
A gdzie tu jest pycha? W poście 2 razy w tygodniu? Codziennej mszy świętej? Różańcu i Adoracji? Gdzie tu jest pycha?

14. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:46
Jesli chodzi o nawrocenia. To ten kto jedzie tam w lasce uswiecajacej, z rozancem w reku ma szanse doznac laski. Pan Bog lamie plany diabla na jego oczach. Niestety przybywaja tam tez ludzie kierowani innymi motywacjami, czesto zagubieni, szukajacy „ducha Gospy”. Rowniez oni moga znalezc… tylko co?

15. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:48
Gospa to znaczy Pani po chorwacku. Ale z szacunkiem. *** Pewnie i tak się nie dogadamy. A co do sprzeciwiania się biskupowi, tak się składa, że on nie ma patentu na nieomylność. A bywały czasy, że ludzie święci i biskupów pouczali i Papieża. ;))) Jedź do Medjugorie!

16. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:49
@Rudzia – Zeby doprowadzic jedna dusze do upadku diabel jest gotow zawstydzic sw. Franciszka ubostwem :-) Nie wiedzialas? Stare powiedzenie „modli sie pod figura a diabla ma za skora”. Posluchaj siebie i innych apologetow gospizmu. Prawda nie boi sie nieufnosci, traktuje ja jako czesc doswiadczenia wiary rozumem. Diabel (sekty) szukaja CALKOWITEGO i bezwarunkowego, bezmyslnego oddania.

17. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:49
Och, znam człowieka, który pojechał przypadkiem. Wkręcili go znajomi. Myślał, że jedzie po prostu do Chorwacji. Po drodze, jak zobaczył różańce, chciał wysiadać… A po powrocie… składał świadectwo w Radiu Józef.

18. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:50
Bzdury opowiadasz aż miło. Nie masz zielonego pojęcia o tym, co się tam dzieje. Naczytałeś się bzdur w internecie.

19. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:50
@Rudzia – Dodalas komentarz kiedy ja pisalem swoje. „A co do sprzeciwiania się biskupowi, tak się składa, że on nie ma patentu na nieomylność. A bywały czasy, że ludzie święci i biskupów pouczali i Papieża” Wlasnie o tym pisze. Gardzisz biskupem miejsca i Papiezem tak jak reszta gospistow. Ja czuje w tym siarke.

20. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:52
@Rudzia – Zadalem sobie trud przeczytania opublikowanych „obiawien”. Siara.

21. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:53
Nie mogę dłużej rozmawiać. Poczytaj świadectwa, książki s. Emmanuel. Choćby Dzieciątko. Komisja papieska pracuje. Ja wracam na razie do realu. Pozdrowka.

22. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:54
@Rudzia
Odurzeni „duchacze” zielnoswiatkowi tez skladaja swiadectwa. To akurat o niczym nie swiadczy, ale pogarda dla pasterskiej roli biskupa i Papieza daje pelny obraz.

23. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:13
@Rudzia – Czy nie powinnas sie zdecydowac? W innej dyskusji nt Medjugorie piszesz przeciez: „Nie bądźmy mądrzejsi od Papieża” To jak w koncu?

24. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:14
No tak, poszedłem się kąpać, wracam… i aż furczy od komentarzy. Rudziu, zgłupieć można wszędzie, nie tylko na Jasnej Górze czy w Medjugorie:) Jeszcze raz pragnę mocno podkreślić CHODZI O ZASADY. Może od inej strony – dogmaty katolickie to są takie Prawdy, które mają charakter obiektywny, czyli nie podlegają innej interptretacji, co najwyżej są do-określane. Zasady rozeznania duchowego zostały wypracowane w Tradycji Kościoła przez świętych, doktorów Kościoła i mistyków. Są stosowane np. w procesach beatyfikacyjnych. Obok tego współistnieją np. postawy wierzącego ludu, często wyprzedzające orzeczenia Kościoła (jak np. w sprawie modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia). W sprawie Medjugorie – są liczne przykłady pozytywne – ale są także liczne przykłady negatywne. Obok tego istnieje cały szereg nieraz dramatycznych różnic wobec dotychczas przyjmowanych zasad rozpoznawania objawień Maryjnych. Nie pora tu, aby to wszystko przedstawiać…

25. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:16
@Jacek – A gdzie pawlowe „w pore i nie w pore”? Pozdrawiam.

26. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:22
Jednak nie wytrzymam – czytałem kilka pozycji krytycznych, analizujących. To co pamiętam na temat Medjugorie: 1. banalizacja objawień (powtarzanie w kółko tych samych treści przez ćwierćwieku); 2. rozwinięcie przemysłu objawień (widzący byli np. konsultantami dla Hollywoodu w sprawie kręcenie filmu o Gospie, pytali np. Gospy kto ma grać role); 3. przymus objawień i tworzenie wokół nich medialnych uwarunkowań (a objawienia do tej pory zawsze były w ukryciu raczej). 4. gloryfikacja widzących, ich nawet ubóstwianie. 5. brak potwierdzeń zapowiadanych znaków. Liczne przypadki wypadków drogowych, kontrowersji między uczestnikami pielgrzymek, awarii udających się tam i wracających pielgrzymów. 6. zachwyt przedstawicieli wolnych kościołów protestanckich nad duchową atmosferą miejsca, gdzie ma się zacząć globalna era Kościoła Ducha. 7. nieposłuszeństwo biskupowi miejsca zarówno suspendowanych franciszkanów jak i widzących, co było chwalone przez Gospę. Tak na gorąco i z tzw. głowy, czyli co pamiętam sprzed paru lat…

27. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:25
PS. Władysławie – racja! awarie dotyczyły pozazdów, a nie pielgrzymów:). Rzecz podkreslana np. przez o. Aleksandra Posackiego SI – nachalność mistyki zgodna z duchem new age, a nie mistyką chrześcijańską, która zawsze jest wyciszona, nie szuka poklasku, odbywa się w ciszy… i tak dalej

28. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:28
PS. PS> no proszę, ja wyważam otwarte we Frondzie drzwi… przecież Talka (ładna dziewczyna – na marginesie:) o tym wszystkim pisze o wiele lepiej i głębiej… co wskazał raginis o 16:13

29. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:35
@Jacek – Zabawna sprawa z ta Talka, bo na poczatku mialem z nia kilka smutnych w sumie dialogow, ktore w duchu posuwania naprzod apologetyki katolickiej niniejszym puszczam w niepamiec i prosze ja o wybaczenie. Tak trzymaj Talka!

30. Magdusia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:17
Bardzo ciekawe z tymi awariami. Chciałabym zapytać, czy jest to jakoś potwierdzone – czy ktoś zestawiał statystyki wypadków – czy tylko jest to podejrzenie ze słyszenia, że tak to ujmę. Co do wpisów Talki na temat Mediugorie – uważam, że były kompletnie pzrestrzelone. Temat jest wart głębszego rozpatrzenia. Pozdrawiam.

31. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:43
@Magdusia
Pamietasz moje z nia rozmowy. To co zrobila w tej sprawie jest o niebo lepsze. Dostaje pozytywna ocene za checi :-) szczere, i ocena i checi jak mniemam.

32. Daner napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:49
Panie Jacku bardzo ciekawy wpis. Mi wiadomo jeszcze o innych dziwnych sytuacjach mających miejsce w Medjugorie(sprawdzone źródło – Mateusz.pl: Jednym z powodów negatywnego nastawienia władz kościelnych są niedopuszczalne interwencje widzących i ich doradców w kwestie dyscyplinarne. Ivan, jeden z widzących wysłał 18 czerwca 1983 r. do biskupa Żanića list, w którym znalazły się następujące słowa, jakoby wypowiedziane przez Matkę Bożą w czasie objawienia: „Powiedz Ojcu Biskupowi, że proszę go o jak najszybsze uznanie wydarzeń w parafii w Medjugoriu (…) Przesyłam mu przedostatnie ostrzeżenie. Jeżeli się nie nawróci i nie poprawi, to dosięgnie go mój sąd, jak również sąd mego Syna Jezusa. Jeżeli nie wprowadzi w czyn tego, co mu przekazuję, to zechciej mu powiedzieć, że nie znalazł drogi mego Syna Jezusa”. Podobnych interwencji pochodzących — jak twierdzą widzący — od Gospy było więcej. Zdarzały się też oskarżenia biskupa czy obrona franciszkanów, którzy okazywali nieposłuszeństwo biskupowi i swojemu generałowi. Kiedy biskup kolejny już raz wydał nakaz przeniesienia ojcu Slavko Barbarićowi, Matka Boża miała powiedzieć widzącemu Ivanowi: „Życzę sobie, by Slavko pozostał tutaj”.

33. Daner napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 21:07
Z drugiej strony rozumiem frustrację Rudzi, bo podobnie jak ona znam co najmniej 2 osoby, których relacje z Bogiem miały się po wizycie w Medjugorie pogłębić i chętnie wysłałyby mnie tam na „pielgrzymkę”. Ciężka sprawa, ale zostaję przy posłuszeństwie, w końcu objawień po pełnym i konkretnym objawieniu Jezusa Chrystusa nie musimy uznawać. A jeśli „okaże się, że walczymy z samym Bogiem” to i tak kościół kiedyś te objawienia uzna. Pytanie tylko czy w ogóle do tego dojdzie, jeśli te przytoczone wątpliwości są prawdziwe…

34. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 21:39
Magdusiu – o tych historiach z awariami mówił o. Posacki SI w czasie rekolekcji o fałszywej mistyce, a było to w roku 1997. twierdził że bada te przypadki. Danerze – o tych groźbach także słysząłem, o ile dobrze kojarzę, to ze 3 lata temu w pracy autorki z KUL piszącej analizę krytyczną o Medjugorie. Pracę ktoś mi dał do poczytania wtedy, musiałbym zasięgnąć do notatek. Frustracja Rudzi jest zrozumiała, w końcu ciągle ktoś chwali Medjugorie

35. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 23:23
@Daner, @Jacek Schmidt I jak to sie ma miec do pokornego „fiat” Maryi, tzn. „Oto ja sluzebnica Panska”???? @Rudzia Wiedzialas o tym i pewnie masz wyjasnienie dlaczego nagle po 2000 lat Matka Boza zmienia styl z pokornej Marii na „Maryske tupeciare”?

36. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 07:13
Nie jestem szczególnie sfrustrowana. Czekam na orzeczenie Watykanu i namawiam ludzi, żeby jechali do Medjugorie lub chociaż przeczytali książkę „Ukryte Dzieciątko z Medjugorie”. Daner – Kościół nie zabrania tam pielgrzymować, tylko radzi, żeby grupa jechała zawsze z opieką kapłana. Magdusiu, jeśli temat cię interesuje, przeczytaj książkę, którą polecam. Są też inne s. Emmanuel. Znam ludzi, którzy byli tam po kilkanaście razy. I owoce są bardzo, bardzo dobre. Także tych, którzy byli tam raz czy dwa.

37. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 08:58
Rudziu: z tym czekaniem na orzeczenie Watykanu może być problem… Otóż według Gospy są to ostatnie objawienia na ziemi przed przyjściem Pana Jezusa. I mają trwać do Jego przyjścia (czyli jakby do pierwszego końca świata). A Watykan czeka aż się objawienia skończą:( No więc – oczywiście życzę Ci, abyś doczekała końca świata (i orzeczenia Watykanu), jednak sceptycznie patrząc – może to być ciężka próba do wytrzymania w czasie:( A tak wogóle, to radujmy się w Panu Jezusie!

38. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 09:31
To ty jesteś źle poinformowany. Komisja zaczęła pracę w zeszłym roku. I zabrano Medjugorie biskupowi miejsca. ;) Podlega już tylko pod Watykan. ;)

39. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 09:32
Może nie tylko, ale wszystko, co się tam dzieje jest pod bezpośrednią kuratelą Watykanu. Biskup miejsca tam narobił sporo złych rzeczy, zabierając np. Najswiętszy Sakrament z niektórych wspólnot. Teraz to przywrócono. I to by było na tyle. Pozdrawiam.

40. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 09:36
Komisja chce się chyba wypowiedzieć jednoznacznie i ostatecznie, nie czekając czy objawienia się skończą czy nie.

41. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:20
@Rudzia Wszyscy sa najwyrazniej zle poinformowani. Poza tymi, ktorzy spijaja „madrosci” Gospy z ust „widzacych”. 1. Watykan powolal „jakas komisje” na skutek metody faktow dokonanych jaka posluzyl sie biskup Wiednia 2. Komisja ma zbadac zjawisko 3. Komisja nie ma mandatu do uznania jego waznosci 4. Jedynym dokumentem wydanym dla tej komisji publicznie bylo… doniesienie prasowe. 5. Cala sprawa jest calkowicie zbedna z katolickiego punktu widzenia bo ociera sie nie tylko o irenizm, indyferentyzm ale i zwykle diabelskie objawienie. 6. Na szczescie, do uznania objawienia za diabelskie nie trzeba czekac do ich zakonczenia. 7. Problem jest wylacznie polityczny i przypomina sprawe „Santo subito”.

42. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:24
Aj, jaki niedobry ten biskup… mason jaki czy co? A to, że komisja chce się wypowiedzieć nie czekając na koniec świata, to świadczy jedynie o determinacji no i o problemie Medjugorie:) Rudziu – nie gniewaj się prosze zza tego swojego ogródka (płotek na zdjęciu). Ja na temat ostatnich zdarzeń w M. wogóle nie jestem poinformowany, ostatni raz odświeżałem się w dyskusji ze 4 lata temu? Pozdrawiam – ps. popieram biskupa zabierającego Najświętszy Sakramnet ze wspólnot charyzmatycznych (jako były charyzmatyk wiem do czego niektóre wspólnoty są zdolne)

43. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:25
Władysławie – dzięki za uaktualnienie, celny strzał. Ale Rudzia i tak swoje wie. Jak to się mówi u nas na Podhalu: „huc mi ta huc, jo i tak swoiy wiym”

44. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:46
Władysław dał jakieś ogólne omówienie i zero konkretów. Komisja ma uznać, czy są prawdziwe, czy nie. A jeśli komisja uzna, że objawienia są prawdziwe, to co Władysławie „odszczekasz” to i przeprosisz na Frondzie osoby, z którymi tak pogardliwie rozmawiałeś o Medjugorie? Mam nadzieję, że tak.

45. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:04
Rudziu, postaram się to sprawdzić, bo coś ci nie wierzę z tą komisją. A to dlatego, że pamiętam jakąś historię z nieuprawnioną wizytą Arcybiskupa z Wiednia w Medjugorie.

46. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:21
@Rudzia
Zawsze chetnie przyznaje sie do bledu.
Kosciol Matka Nasza ostatnio i mnie wprowadzil w niemala konfuzje decydujac o uznaniu za blogoslawionego (nie swietego) czyli beatyfikacji (nie kanonizacji) Jana Pawla II.
Z drugiej strony rozumiem to w ten sposob, ze po beatyfikacji (a przed kanonizacja) sprawa bedzie uregulowana kanonicznie tj. np. kult publiczny bedzie zawieszony (oj przydadza sie tu i tam pokrowce na figury czy obrazy).
W tym samym sensie rozumiem komisje ds. Majugorie, jako narzedie do monitorowania i ewentualnie pacyfikowania z mandatu papieskiego roznych dziwactw. Niestety odwrotnie niz w przypadku beatyfikacji JP2 tutaj komisja nie ma silnych podstaw kanonicznych (jesli wcale) i w zasadzie tak jak pisalem jedynym skutkiem (waznym kanonicznie) jej dzialanosci bedzie potwierdzenie zdania biskupa „nie uznaje nadzwyczajnym”…

47. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:23
@Jacek Ktokolwiek wie cos na temat jak dziala KRK wie rowniez, ze jesli komisja wkracza przed zakonczeniem objawien to tylko zeby zbadac dwie, wydane po sobie przez dwoch kolejnych biskupow decyzje w sprawie a nie dodac nowa…

48. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:41
Władysławie, jak ty uważasz beatyfikację Jana Pawła II za nieuprawnioną i chcesz chować jego obrazy, to źle z tobą, bracie. To znaczy, że nie słuchasz Koscioła.

49. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:43
Jacku to było tak. Rok temu. POjechał Schonborn. Naraził się biskupowi. Potem pojechał do Rzymu i stamtąd wysłał list przepraszający do biskupa miejsca. Ale jednocześnie nagadał Papieżowi. Powiedział mu, jeżeli owoce są dobre to drzewo też jest dobre. A dobrych owoców jest znacznie, znacznie więcej niż złych. Papież pomyslał i powołał komisję. Komisja była np. na corocznym spotkaniu młodzieży latem w Medjugorie. No i bada. A Medjugorie podlega już tylko Watykanowi. Biskup nic do niego nie ma. Pozdrawiam. Przeczytaj tę ksiązkę. Mówię ci.

50. KeyShot (słabej wiary) napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 12:03
@Rudzia, znowu ta sprzeczność: mówisz, że trzeba czekać na decyzje Watykanu, a z drugiej strony wyraźnie widać, że Ty swoją opinię już masz wyrobioną. Masz zbyt emocjonalny stosunek do całej sprawy, uczucia i odczucia zwyczajnie wyłączyły Ci zdoloność trzeźwego myślenia o Medjugorie i o tym, co się tam dzieje.

51. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:49
@Rudzia – To bylo tak „pojechal Schonburn*, obrazil biskupa” a Benedykt XVI na audiencji 15/01/2010 kazal mu go przeprosic… ow Schonburn wyslal biskupowi miejsca faks… do tego po… niemiecku. Nie wiem co pomyslal Papiez, ale zakladam, ze pierwsza mysla bylo „wpieprzacie sie Schonburn w nieswoje”. Tak oto, metoda faktow dokonanych, poprzez „prywatna wizyte” Schonburn podstawil pod sciana Papieza, ktory… wyslal komisje. Poniewaz nie bylo zadnej zmiany w prawie kanonicznym po 1983 roku nie ma trybu, w ktorym owa komisja moglaby „uznac” cokolwiek. Jednak, jak uczy przyklad Soboru Watykanskiego II kreatywnosc „ludu bozego, pod przewodnictwem kaplana” nie zna granic. Podobnie ignorancja tluszczy w sprawach wiary, powinnosci wiernych i posluszenstwa. Zabawne, a raczej smutne, ze wszyscy apologeci Gospy maja w d… posluszenstwo. Rownoczesnie wytykajac np. Bractwu Piusa X… schizme ;-) Chorwacki cyrk na kolkach. *) Schonburn to gosc, ktoremu nie przeszkadzaja blogoslawienstwa par homo w Walentynki w jego katedrze:
http://realitycheckdotie.blogspot.com/2006/02/cardinal-schonburn-approves-blessing_21.html

52. SzEm napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 15:58
To smutne co się stało z kardynałem Wiednia – szczególnie, że pochodzi z rodziny TAK ZASŁUŻONEJ DLA KOŚCIOŁA. Eh…

53. SzEm napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:03
A co do Medjugorie – postąpmy za radą rabbiego Gamaliela, nauczyciela św. Pawła Dz. Ap. 5,33-42:
33 Gdy to usłyszeli, wpadli w gniew i chcieli ich zabić. 34 Lecz pewien faryzeusz, imieniem Gamaliel, uczony w Prawie i poważany przez cały lud, kazał na chwilę usunąć Apostołów i zabrał głos w Radzie: 35 „Mężowie izraelscy – przemówił do nich – zastanówcie się dobrze, co macie uczynić z tymi ludźmi. 36 Bo niedawno temu wystąpił Teodas, podając się za kogoś niezwykłego. Przyłączyło się do niego około czterystu ludzi, został on zabity, a wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni i ślad po nich zaginął. 37 Potem podczas spisu ludności wystąpił Judasz Galilejczyk i pociągnął lud za sobą. Zginął sam i wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni. 38 Więc i teraz wam mówię: Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, 39 a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem”. Usłuchali go. 40 A przywoławszy Apostołów kazali ich ubiczować i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, a potem zwolnili. 41 A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia [Jezusa]. 42 Nie przestawali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie.

54. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:14
Szara Eminencjo: w przypadku Medjugorie rada Gamaliela nie bardzo ma zastosowanie. My nie mamy żadnej władzy np. wobec Rudzi (ja czy Władek). No i z biczowaniem byłby kłopot:( Raczej może zastosować 2 zasadę z powyższego tekstu: 2.W oparciu o zasady rozeznawania duchów każdy wierny (zwłaszcza pełniący funkcję duszpasterską) może urabiać sąd własny, wszakże z gotowością poddania się rozeznaniom i decyzji Kościoła. Dla lepszego wyjasnienia tej zasady napisałem 2 tekst podający wersję rozszerzoną, jak urabiać sobie własny pogląd… (obok wisi na Frondzie)

55. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 00:50
@Rudzia wejdź proszę na drugą część rozpoznawania objawień, to, co tam napisałem jest bardzo ważne!

LEKCJA DEMOKRACJI I PATRIOTYZMU – cz. 1

Na kilka dni przed Świętem Niepodległości zaproponowałem grupie dzieciaków z okolicy abyśmy wybrali się wspólnie na Marsz Niepodległości. Jest to grupa pomiędzy 10 a 13 lat z sąsiedztwa na starej Pradze, która dość regularnie przychodzi do mojej pracowni. Robię im na zasadach wolontariatu jakieś warsztaty plastyczne, czasem oglądamy filmy światopoglądowe na YT (potem dyskutujemy np. o złych i dobrych wpływach), często gadamy na różne tematy ważne dla ich życia…

Wracając do świętowania Niepodległości… Po uzyskaniu zgody rodziców (bez tego ani rusz) zebraliśmy się w niedzielę 11 listopada o godz. 13-tej. Każdy dostał flagę w barwach narodowych i tu pojawiła się pierwsza okazja do lekcji poglądowej, bo jeden z chłopaków przyniósł swoją „flagę kibica”… Bez trudu można było zobaczyć pierwszą różnicę – inny odcień czerwieni. Moje flagi przygotowane na Marsz Niepodległości w ilości 10 sztuk miały odcień karmazynowy, czyli taki kolor, jaki pojawił się na warszawskich kamienicach w listopadzie 1918 r. I tutaj pierwsza anegdota historyczna – wszyscy wtedy wywieszali biało czerwone flagi, przy czym kolor biały, wiadomo – powstawał z prześcieradeł. Natomiast ciemno-czerwony też był łatwo dostępny – pruło się poduszki zrobione z karmazynowego płótna, wypełnione powszechnym wtedy w użyciu pierzem. Po prostu ówczesny producent poduszek używał płótna w odcieniu karmazynowej ciemnej czerwieni.

Zarysowałem więc młodzieży obraz powszechnego entuzjazmu patriotycznego wyrażającego się w darciu poduszek, biało czerwonych barw wiszących z każdego okna i balkonu oraz latającego wszędzie pierza… Pewnie obraz lekko przerysowany, choć odpowiadający prawdzie i jaki przy tym przemawiający do wyobraźni – zwłaszcza kiedy pokazałem im faksymile kilkunastu plakatów patriotycznych z tamtego czasu, w tym litografię przedstawiającą rozbrajanie niemieckiego żołnierza przez warszawskich chłopaków!

W roku 1927 na bazie zmian po uchwaleniu Konstytucji Marcowej (np. karygodna zmiana wolnomyślicielska dotycząca wyglądu Orła w herbie Polski) zmieniono decyzją Sejmu II RP także kolor czerwieni w polskiej fladze na cynober.

Oczywiście młodzież nie wiedziała, jaki to odcień, ale już czuli, że to nie jest ta czerwień używana powszechnie w czasie ostatniego Euro2012… Pokazałem im farbę i wyjaśniłem, że aktualnie obowiązująca czerwień cynobrowa (jeśli użyć określenia porównawczego) to kolor truskawkowy. Na marginesie dodam, że istnieją oczywiście standardy kolorystyczne (np. powszechne w grafice komputerowej to system RGB lub CMYK); i w jednym z powszechnie stosowanych systemów RAL, kolor truskawkowy to RAL3018, co jest ustawowym kolorem, barwą narodową Polski, obok białego (przy czym biel oczywiście też ma swoje oznaczenie cyfrowe).

Nikt z młodych ludzi „nie czaił” dlaczego czerwień „flagi kibicowskiej” (na której dodatkowo był orzeł w żółtej koronie, ale bez czerwonego tła godła) – dlaczego ta czerwień jest nie do przyjęcia. Użyłem nawet słowa „profanacja polskiej flagi”, gdyż była to klasyczna czerwień międzynarodówki komunistycznej (np. taka jest na fladze chińskiej). Istnieje bowiem ohydna w swej jaskrawości czerwień typowa dla międzynarodowego proletariatu, która nie ma nic wspólnego z polskimi barwami narodowymi. Producenci gadżetów dla kibiców kompletnie nie jarzą tej rzeczywistości i niemal powszechnie używają barwy czerwieni kominternowskiej, co jest swoistego rodzaju chichotem historii podległości Polski, która miała być w roku 1918 raczej kolejną radziecką republiką rad w obłędnych planach lewicowych towarzyszy spod znaku sierpa i młota.

Tak uświadomiona młodzież wyruszyła w gronie dwóch dorosłych (w sumie było nas dziewięcioro) o godz. 13.30 powiewając flagami biało czerwonymi w kolorach historycznych z roku 1918. Tramwajem dotarliśmy do Ronda Waszyngtona obok Narodowego… Basenu (tymczasowego imienia ministry Muchy), a stamtąd już na piechotę przez Poniatowszczaka idąc samym środkiem po torach tramwajowych (malownicze zdjęcia). Towarzyszyła nam piękna, słoneczna jesienna aura nastrajająca optymistycznie do świata i mijających nas po chodnikach przechodniów.

Nasz młodzieńczy optymizm nieco został nadwątlony, gdy dotarliśmy do ronda z warszawską palmą, gdyż drogę zagrodził nam szpaler gapiów oglądających paradę historyczną. Zdaje się, że był to ciąg oficjalnej demonstracji prowadzonej przez Prezydenta B. Komorowskiego od pomnika do pomnika. Nie można było przejść, gdyż szły oddziały grup rekonstrukcyjnych, a policja pilnowała przejścia. Swoją drogą co to za pomysł wzięty żywcem z czasów głębokiego PRL, aby Głowa Państwa szła na czele pochodu… Prezydent jest od przyjmowania takiej parady, pochodu, czy demonstracji patriotycznej na trybunie honorowej. Ale potem przyszła mi jednak refleksja, że może to jednak dobrze że Prezydent idzie, a nie stoi… Jeszcze by wpadli na pomysł, aby trybunę ustawić pod tą nieszczęsną palmą ze względu na symbolikę skrzyżowania ulic Nowego Świata (przecież wiadomo, że idzie o budowę nowego światowego porządku „New World Order”) i Alei Jerozolimskich (słuszny kierunek…) obok dzisiejszej Giełdy (dawnej siedziby Komitetu Centralnego PZPR). Z tej wizji historiozoficznej wyrwało mnie ciągnięcie za rękaw i stwierdzenie młodocianego prymusa: „Proszę Pana, a te panie mają patriotyczne kotyliony”.

Zawrzałem wewnętrznie, bo faktycznie dwie panie w wieku balzakowskim stojące obok nas faktycznie miały… kotyliony prezydenckie z czerwonym środkiem (odcień truskawkowy) i białą otoczką. „Prezydenckie”, bo Kancelaria pana Prezydenta nagłośniła bardzo akcję robienia owych „kotylionów” przez Parę Prezydencką z dziećmi. Kancelaria zdążyła przed świętem skorygować, że nie kotyliony, tylko kokardy, no ale owe kotyliony utrwaliły się w odbiorze społecznym, bo przez wcześniejsze dwa lata były „kotyliony”, jak czytamy np. w „Nesweeku”: „[Prezydent] rok temu zorganizował akcję „Kotylion 2011”, w ramach której przygotowywał ozdoby z przedszkolakami. Tyle tylko, że rozeta, której przypinanie propaguje prezydent, to kokarda narodowa, która z kotylionem nie ma nic wspólnego. – Kotylion to obraźliwa nazwa dla kokardy narodowej. Prezydent w tej sprawie zdecydowanie namieszał – mówi Newsweekowi.pl Alfred Znamierowski, heraldyk i weksylolog, czyli specjalista od flag i barw. Jego słowa potwierdza Jarosław Pych kustosz Muzeum Wojska Polskiego. – Kotylionem nazywamy ozdobę, którą przypinano na głowę koniom po udanym wyścigu. Słowo ‚kotylion’, w odniesieniu do kokardy narodowej, jest używane w Stanach Zjednoczonych. Ale w Polsce nigdy – podkreśla.”

Więc wyjaśniam, że kotyliony to mogą nosić ułani (albo inne malowane chłopaki, byle nie z oddziałów prewencji aktualnej władzuchny) podczas balu karnawałowego, jak im która panna przypnie w zamian za otrzymany bukiecik kwiatów. Sławne pod tym względem były bale kotylionowe ułanów we Lwowie za sanacyjnych czasów, kiedy to chwaccy ułani wprowadzali na pierwsze piętro sali balowej konia z koszem kwiatów. Wręczali owe bukiety swoim wybrankom przyklękając na jedno kolano i w zamian dostawali barwne kotyliony. Jest to nawiązanie do tradycji rycerskich turniejów, gdy rycerz występował do pojedynków w szarfach symbolizujących swoją Panią, której był sługą i adoratorem. Jest jeszcze jedna forma występowania kotylionów, mianowicie dekoruje się nimi konie na wyścigach, czy podczas pokazów końskich zaprzęgów, wtedy kotyliony końskie powszechnie występują z szarfami (są przypinane przy uździe na wysokości oczu konia).

Skoro to mamy wyjaśnione, to czym jest Kokarda Narodowa związana ze Świętem Niepodległości? Według Wikipedii: „Kokarda jest kolistą rozetką złożoną z dwóch kolorowych wstążek. Według zaleceń średnica kokardy narodowej powinna wynosić od 4 do 6 cm i powinna składać się z dwóch okręgów białego centralnego oraz okalającego go czerwonego. Zgodnie z heraldycznym znaczeniem barw kokarda odwzorowuje godło Królestwa Polskiego: białego orła na czerwonym polu.” Może warto w tym miejscu nadmienić, że polskie barwy narodowe po raz pierwszy zostały za takowe uznane w dniu 3 maja 1792 roku na mocy Ustawy Rządowej. „Biało czerwone to barwy niezwyciężone” – skandowali wielokrotnie uczestnicy Marszu Niepodległości, który cały był wręcz zanurzony we flagach i transparentach. I to jest prawda, gdyż mogliśmy przegrywać bitwy i kampanie, doświadczać traumy powstań unurzanych we krwi i katorżniczych prześladowaniach. Jednak Polska jest niezwyciężona, gdy staje w Prawdzie, którą jest BÓG, HONOR i OJCZYZNA.

No dobrze, ale o co chodzi z tą kokardą narodową? – spyta Czytelnik śladem mych zniecierpliwionych młodych adeptów patriotyzmu (wszyscy oni pierwszy raz w życiu uczestniczyli w ulicznej demonstracji). Otóż kokarda ta jest znakiem narodowym, pod którym mają się łączyć Polacy. Taki znak został ustanowiony przez Sejm Królestwa Polskiego w lutym 1831 roku w następującej Uchwale: „Izba Senatorska i Izba Poselska po wysłuchaniu Wniosków Komisji Sejmowych, zważywszy potrzebę nadania jednostajnej oznaki, pod którą winni się łączyć Polacy, postanowiły i stanowią: Artykuł 1. Kokardę Narodową stanowić będą kolory herbu Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, to jest kolor biały z czerwonym. Artykuł 2. Wszyscy Polacy, a mianowicie Wojsko Polskie te kolory nosić mają w miejscu gdzie takowe oznaki dotąd noszonymi były.” Wtedy też określono, że ma to być rozeta, ale (tu uwaga) wcale nie było jasne, czy kolor biały ma być w środku, czy na zewnątrz. Piszę o tym dlatego, ponieważ zdarza się, że niektórzy publicyści kpią sobie z Pana Prezydenta, że promował „kotyliony indonezyjskie” z czerwonym w środku (tak było w zeszłych dwóch latach).
Otóż… niekoniecznie kpina jest trafiona (przyznajmy – to rzadkość wobec aktualnej Głowy Państwa). Kokardy Narodowe były używane przez powstańców w 1846 w Krakowie i w 1848 w Poznaniu, a także w Powstaniu Styczniowym 1863 roku. Używali je niektórzy Legioniści Piłsudskiego, a także Powstańcy Wielkopolscy w 1918 roku. Ale np. na obrazie Artura Grottgera szlachcianka przypina klęczącemu powstańcowi styczniowemu Kokardę z czerwonym w środku, taka sama kokarda występuje na rogatywce 1 Pułku Ułanów Legionów Polskich w latach 1914-18. Istotne jest jednak to, że po odzyskaniu Niepodległości ustaliło się w polskiej heraldyce, że Kokarda Narodowa powinna być biała w środku na czerwonym tle, gdyż biel symbolizuje Orła Białego w czerwonym Herbie.

Ale z tych rozważań historycznych pora wrócić do rzeczywistości 11 listopada 2012 r., czyli staliśmy w szpalerze obserwujących grupy rekonstrukcyjne różnych historycznych oddziałów polskiego wojska u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich kilkanaście minut, aż przemarsz na chwilę się zatrzymał. Pozwoliło nam to przecisnąć się na drugą stronę i spokojnie dotrzeć do Ronda Dmowskiego. Był wtedy kwadrans po godzinie 15-tej i w planie pierwotnym mieliśmy dotrzeć do dworca Warszawy Śródmieście, gdzie gromadziła się demonstracja organizowana przez Kluby Gazety Polskiej. Jednak od znajomego organizatora dowiedziałem się przez telefon, że ten sektor Marszu Niepodległości wyruszy jako część ostatnia. Na początku Marszu ma iść Komitet Organizacyjny, posłowie, potem czołówka uformowana z Placu Defilad (stosuję tu dawną nazwę z przyzwyczajenia), którą ma prowadzić ciężarówka z nagłośnieniem. Postanowiłem ulokować się z moją grupką właśnie blisko tej czołówki prowadzącej Marsz, dlatego poszliśmy na środek placu, blisko megafonu organizacyjnego.

Na marginesie uwaga na temat frekwencji, ponieważ widziałem w internecie, że jedna z wiodących stacji głównego nurtu (ściekowego) podała liczbę 20 tysięcy uczestników. Jeżeli jednak przypomnimy sobie entuzjastyczną Strefę Kibica w tym samym miejscu kilka miesięcy temu, to wtedy oceniano kibiców na liczbę między 70 a 100 tysięcy podczas meczów naszej reprezentacji piłki kopanej. Zwykła przyzwoitość wymaga (przez weryfikację wizualną), że na samym placu było mniej więcej tyle samo ludzi teraz. Jeśli nie więcej, bo trudno oszacować liczbę Marszu pod organizacją Gazety Polskiej, gdyż te grupy stały na przestrzeni od dworca Warszawy Śródmieście do Ronda Dmowskiego. Więc szacunkowo ta telewizornia „rypła się” zaniżając liczbę pięciokrotnie. Może z powodu owego „złudzenia optycznego” ta „dobra i sympatyczna” demonstracja prezydencka została oceniona na 10 tysięcy, podczas gdy wiarygodni świadkowie twierdzą, że tych oficjeli (razem z BOR i urzędnikami) mogło być do 3 tysięcy maksimum (i to na początku jedynie, bo urzędasy po drodze się zmywali). No więc tak się „dwoiło i troiło” na zasadzie wahadła w zależności od słuszności kierunku Marszu.

Pamiętam, jak na 22 lipca 1980 roku uczestniczyłem w pochodzie mas pracujących miast i wsi na tymże Placu Defilad, w dresie… sportowca Legii. Byłem wtedy w wojsku (jako szeregowy, przed studiami) w kompanii reprezentacyjnej Podhalańczyków (Specjalny Batalion Piechoty Górskiej z Wadowic). Najpierw była defilada przed Grobem Nieznanego Żołnierza, a potem szybko nas przebrali i od ul. Królewskiej robiliśmy za sportowców… Warszawiaków wymiotło wtedy, tylko wokół trybuny, jeszcze z tow. Gierkiem na czele smętnie stali jacyś funkcyjni przedstawiciele ORMO, staruszkowie ze ZBOWiD-u i delegacje robotnicze.

Jak to koło historii dziwnie się zatoczyło… Ale dość tych dygresji. Nasza grupka stała mając z tyłu za sobą silną grupę chłopaków z ONR (Obóz Narodowo Radykalny) nomen omen ze Stalowej Woli z ogromnym transparentem „Bóg – Honor – Ojczyzna”. Natomiast przed nami stała grupa studentów płci obojga z Warszawy – ewidentnie Młodzież Wszechpolska. Można by rzec, że znalazłem się między Scyllą i Harybdą na okres mniej więcej 40 minut, bo tyle mniej więcej czekaliśmy by Marsz ruszył. Gdybym był sam, to pewnie przeszedłbym na sam przód, ale z tymi dzieciakami nie było sensu się ruszać.

W pierwszym względzie trzeba było czuwać nad nimi – tu należy nadmienić, że jeszcze przed wyruszeniem mieliśmy z nimi pogadankę na temat zachowania się na demonstracji od strony bezpieczeństwa. Mieli zapisany telefon interwencyjny do organizatora, a także każdy miał moją wizytówkę z moimi danymi jako dorosłego opiekuna. Mieli chusteczki i szaliki do zasłonięcia ust na wypadek gazu łzawiącego (oj – przydały się!), a także takie instrukcje, że bez względu na rozwój sytuacji trzymamy się razem, nie panikujemy i nie uciekamy, tylko stosujemy bierny opór (łącznie z odmową zeznań). Jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże, a poza tym – byliśmy na praktycznej lekcji demokracji i patriotyzmu.

Ruszyliśmy o godzinie 16.10 według daty na zdjęciu wykonanym przeze mnie. Tak ten wymarsz się ułożył, że znaleźliśmy się raczej w drugiej części Marszu. Zatrzymaliśmy się dokładnie na Rondzie Dmowskiego (skrzyżowanie Marszałkowskiej z Jerozolimskimi) i na kolejnym zdjęciu widnieje godzina 16.30. Po mniej więcej 10 minutach rozległy się megafony policyjne przy odgłosach petard hukowych i różowym poblasku. Dolatywała informacja, że Marsz został rozwiązany i Policja wzywa do rozejścia się. Tłum się nie ruszał, gdyż był wpuszczony w taki kanał ulicy Marszałkowskiej do ulic Nowogrodzkiej i Żurawiej – jak to widać z innych relacji wszystkie tamte wyjścia były zastawione przez podwójne kordony Policji z tarczami i w hełmach bojowych. Byliśmy z samego tyłu, gdzie także stały formujące się kordony Policji po obu stronach Alei Jerozolimskich oraz z tyłu – przy Domach handlowych. Postanowiliśmy w tym momencie nie tyle się wycofać, co obejść hotel Novotel, by spróbować dojść do czoła Marszu.

Przeszliśmy obok milczącego kordonu Policji (dzieci machinalnie kurczowo się nas trzymały) i szybciutko doszliśmy do wylotu ul. Nowogrodzkiej do Marszałkowskiej stając na takim podwyższeniu, schodach przy Novotelu. Przed naszymi oczami rozwijała się właśnie w całej niemal okazałości akcja „polskiej” Policji, której zadaniem teoretycznie ma być ochrona polskich obywateli. Dla stojącej z nami młodzieży rozpoczynała się prawdziwa lekcja demokracji i patriotyzmu w odsłonie z 11 listopada 2012 r. Powiedziałem wtedy do nich: „patrzcie uważnie i zapamiętajcie tę lekcję na zawsze, bo wy będziecie to kontynuować za parę lat”. Ale o tym, co widzieliśmy w części drugiej mojej relacji…

Jedna godzina z życia

Artykuł ten został umieszczony na blogowisku Frondy w kategorii „Modlitwa” 24 października 2010 r. Ponownie go publikuję, ponieważ mój blog został 3-krotnie zbanowany przez administrację tego portalu „chrześcijańskiego” i nie ma już tam moich artykułów od sierpnia 2012 r. Zamieszczam go na swoim autorskim blogu wraz z ówczesnymi komentarzami…

Czas tak szybko biegnie… godzina za godziną, dzień za dniem. Niedawno było gorące lato, a oto już zima niemal za oknem… Aby „zobaczyć” płynący czas wystarczy jedno proste ćwiczenie – zbadajmy czas jednej minuty; popatrzmy na zegarek przez jedną minutę – oto czas, który ucieka i nigdy nie wraca… Postanowiłem zobaczyć, co Ewangelia św. Jana mówi o czasie jednej godziny?

Czytamy w J 2,4 że godzina Jezusa jeszcze nie nadeszła… O jakiej godzinie mówi Jezus, jaka jest Jego godzina? Przypomina nam się chwila, kiedy to pod krzyżem Jezus powierza swoją Matkę swemu uczniowi. Jest powiedziane, że od tej godziny ów uczeń wziął Ją do siebie. To orientuje nas, że godzina Jezusa jest związana z obecnością Maryi. Matka Jezusa jest przy tych chwilach, które Jezus określa, jako swoją godzinę. Maryja kroczy razem z Jezusem, idzie z Nim Jego czasem, od dzieciństwa, aż do śmierci. Nieco dalej Jezus zapowiada, że ta godzina przychodzi (J 4,21-23), a nawet stoi za drzwiami, już jest blisko… (J 5,25).

Co to za godzina? Wyjaśnienie znajdujemy w J 12,23-28 – Jezus przyszedł na tę godzinę… Są to zmagania z ciemnością.

Kto oglądał film „Pasja” ten był niemal naocznym świadkiem tych zmagań ujętych we wstrząsające obrazy filmowe. Warto zadać sobie pytanie, w jaki sposób Jezus wchodzi w tę godzinę? Z lękiem, bez odwagi? Czego oczekuje? Jezus stwierdza, że oczekuje zwycięstwa, a także by Jego Ojciec został wsławiony!

W tej godzinie toczy się walka, w efekcie tego zmagania Chrystus zostaje wrzucony do ziemi, jak ziarno, które musi obumrzeć, aby narodziło się nowe życie. Przychodzi taki moment w życiu Jezusa, kiedy ta godzina nadchodzi – J 13,1.

Jezus wiedział, że nadeszła jego godzina. Godzina Jezusa Chrystusa zaczyna się w najciemniejszej ciemności (J 13,30)! Była to godzina zdrady bliskiego człowieka. Następuje zapieranie się miłości i ucieczka wszystkich jego przyjaciół i uczniów – jest to najgorsza chwila w życiu – i teraz Syn Człowieczy jest wsławiony!

Teraz – gdy zostajesz sam, gdy jesteś zdradzony i opuszczony, gdy ciemność jest najciemniejsza – przychodzi zwycięstwo Jezusa Chrystusa!

Dzisiaj świat jest w ciemności, ponieważ błądzi. Świat nie rozpoznał drogi z Bogiem i odrzucił Jezusa Chrystusa! Jakie są owoce? Zło, ciemności, zdrada, pieniądze jako bożek, gwałt, śmierć, zagrożenie, ból, wyzysk – to są owoce świata…
Jezus wchodzi w tę ciemność dzisiejszego świata. Chrystus przychodzi jako miecz, który przecina ciemność, śmierć i nienawiść sprzeciwiając się zdradzie 30 srebrników i fałszywym autorytetom. Bóg przecina zaćmioną ciemność dzisiejszego świata swoim Słowem. Jest to walka zwycięska, ponieważ Jezus już zwyciężył przez swe zmartwychwstanie. Oto dowód, że mylą się ci, którzy gdzie indziej pokładają nadzieję i wiarę! Ta walka właśnie się dokonuje na naszych oczach, ponieważ nigdy dotąd w historii świata nie było takiej ciemności i takich paroksyzmów zagrożenia jak dzisiaj.

Być może w twoim życiu istnieje ciemność. Może jesteś sam i nie wiesz, w którą stronę masz się zwrócić. Może stało się tak, że zostałeś zdradzony i opuszczony, a twoje serce płacze za sprawiedliwością i miłością. Nie znasz drogi, a ciemność wydaje się tak gęsta – nie wiesz jaka będzie przyszłość jutrzejszego dnia. Nie masz już sił, aby walczyć. Widzisz – jest Ktoś, kto już przeszedł przez dolinę śmierci.

Zwyciężasz w Jezusie – krocząc z Nim w ciemności dzisiejszego świata…

Ile czasu upłynęło w czasie czytania tego felietonu? Jakieś kilka minut. Gdybyś miał jeszcze przed sobą jeszcze kilkanaście minut życia i chciałbyś coś naprawić w życiu? Co byś czynił? Był taki święty, który powiedział, że żyłby tak jak do tej pory…

Na czym polega ostatnia godzina? Na tym, że liczy się “ostatnie moje teraz”. Nie możemy żyć przeszłością. Może coś planujemy na przyszłość i chcemy coś zmienić w życiu i w otoczeniu. Ale przyszłość nie zależy od nas. Teraz – tu i teraz się nawracamy! Zróbmy jeszcze raz miarę czasu. Św. Jan mówi o boju jaki się toczy w ostatniej godzinie ciemności.

Zło się grupuje, a Judasz odchodzi…

Jezus przemógł ciemność twego życia. On jest żywy i zmartwychwstały. Upłynęła kolejna minuta życia. To nie jest nasza walka, nie my zwyciężamy – JEZUS ZWYCIĘŻA!

Może teraz jest dobry czas, aby przez kolejną minutę wspomnieć Jezusowi o chorym, który jest w twoim domu, wspomnij przyjaciela, którego nie ma tutaj, może jest daleko od Jezusa, wspomnij twoich rodziców… Mija kolejna minuta naszego życia… Jezus żyje i jest z nami aż po kres naszych dni.

Odsłon: 373
Komentarze: 4

nn. napisał/a: niedziela, 24 października 2010, 23:16 – A jednak lękam się tej godziny…Jak On… Często rozmyślam nad cierpieniem Chrystusa w ogrodzie Getsemani. Nad Jego trwogą przed tą godziną. Trwogą zwyczajną, ludzką…Podobno pocieszał Go Anioł… Liczę na mojego…

Grażyna 55 napisała: poniedziałek, 25 października 2010, 08:07 – Carlo Maria Martini SJ w książce pt. „Kochać Jezusa” (medytacje nad Ewangelią św. Jana) tak pisze o tej godzinie: „Owa ‚godzina’, towarzysząca Jezusowi od początku do końca (pragnienie godziny, godzina która nadchodzi, która zostaje zapowiedziana, która nadeszła), wyraża wolę ofiarowania swego życia, obecną w całym istnieniu Jezusa. Od samego początku jest On gotów ofiarować siebie i zmierza ku chwili ofiary, która będzie ‚Jego godziną’, czyli momentem przewidzianym przez Ojca. Przez całe życie Jezus objawia się jako Syn, który oddaje siebie Ojcu, zmierza ku całkowitemu wypełnieniu zamysłu Bożej miłości. Kiedy ów zamysł miłości zażąda od Jezusa ofiary z życia na krzyżu, posłuszeństwa wobec Ojca – wtedy wybije Jego ‚godzina’.”

Zakrystianka72 napisała: poniedziałek, 25 października 2010, 09:34 – Jezu ufam Tobie i niech Twoja wola dzieje się w moim życiu!

Gojga napisała: wtorek, 26 października 2010, 02:32 – Dobrze, kiedy się rozważa tę godzinę i to przez Chrystusa i razem z Nim, dobrze, jak się przygotowuje na tę godzinę, choć budzi lęk i trwogę, w moim przypadku lęk przed bólem fizycznym. Zbyt mało rozważamy o ostatniej godzinie naszego ziemskiego życia, za mało oswajani z rzeczywistością śmierci, pewną dla każdego z nas, nie jesteśmy w należyty sposób przygotowywani do przejścia, dlatego bardzo Ci Jacku dziękuję za poruszenie tego tematu. To dobry klucz do głębokiej zmiany serca i sumienia i do tego, aby śmierci się przestać bać. Poukładać osobiste życie tak, aby nie być zaskoczonym, gdy przyjdzie jak złodziej. Pojednanie z Panem i bliskimi, codzienna modlitwa, Eucharystia i pełne zawierzenie Temu, który śmierć pokonał to najlepsze, co możemy zrobić dla naszej godziny ostatniej tu na ziemi. Obcując ze śmiercią bliskich, usługując umierającej Teściowej, swemu Tacie, a teraz pomagając godnie dożyć ostatnich dni Mamie, doświadczam niezwykłych lekcji miłości, pokory i Bożego spojrzenia na wartość życia, tego pokaleczonego, pomarszczonego, niesprawnego, starego i według świata już niepotrzebnego, bo „starość Panu Bogu się nie udała”. Dla mnie to też lekcja odwagi i skarb na moją ostatnią godzinę życia.