Zasady szczegółowe rozeznawania duchowego

Zamieszczam ponownie artykuł kiedyś opublikowany na blogowisku Frondy w styczniu 2011 r., który jest kontynuacją poprzedniego na temat zasad rozeznawania duchowego. Chcę zwrócić uwagę, że rozwinęła się dyskusja na temat prawdziwości objawień w Medjugorie. Moje zdanie na ten temat jest jednoznaczne, i to od wielu lat…

Zasady szczegółowe rozeznawania duchowego [2]

kategoria: Kościół
Dodano: czwartek, 27 stycznia 2011, 19:32

Wielu więc ludzi zastanawia się i szuka wskazówek, a także konkretnych odpowiedzi na nasuwające się pytania i wątpliwości w kontekście np. modlitw wstawienniczych w grupach charyzmatycznych (tak zwane “słowa poznania”, czy “słowa proroctwa”, czy wreszcie rozeznania. Warto podkreślić, że mamy ewangeliczny obowiązek badania duchów, czy natchnienia są z Bożego Ducha.

W Kościele katolickim w ciągu wieków wypracowano szereg zaleceń, nazywanych zasadami rozeznania, badania tych poruszeń duchowych. Istotą ich zastosowania jest roztropność badania zaszłych faktów w oparciu o zasady rozpoznawania duchów podane w Piśmie Świętym i wiekowym doświadczeniu Kościoła, którymi oczywiście i władza kościelna się kieruje. Wydaje się więc rzeczą pożyteczną i potrzebną bodaj w krótkiej formie podać główne zasady. Przy czym (jakby ktoś chciał sam sobie przyswajać tę wiedzę) przytaczane są one z trzech podręczników:
• o. Ad. Tanquerey: “Zarys teologii ascetycznej i mistycznej”
• Poulain: “Łaski modlitwy”
• ks. Józef Warszawski SI: “Garabandal – objawienie Boże czy mamidło szatańskie”

Oto zatem zbiór tych zasad…

• Fałszywe objawienie związane jest z przeciwieństwem, jakim jest np. powtarzanie w kółko rzeczy znanych już wcześniej (banał). Każde objawienie Boże jest dziełem nie tylko wszechmocy Bożej, ale też jest wyrazem mądrości Boga – Bóg nie mnoży objawień i cudów bez bardzo poważnego motywu. Szatan odwrotnie – przez mnożenie cudowności i nadzwyczajności pragnie niejako otumanić wierzących, aby zwieść ich do oddawania fałszywego kultu, np. pod płaszczykiem Matki Bożej.
• Przy fałszywych szatańskich zjawieniach nie musi się zakładać hipokryzji osób widzących (wizjonerów), czy też ich otoczenia asystującego objawieniom. Zakłada się, że wizjonerzy w dobrej wierze relacjonują to, co widzą i słyszą. Kłamcą jest ten, który zwodzi.
• Gdy szatan objawia się na sposób demoniczny, spirytystyczny – może to czynić w formie cielesnej i może nadać sobie uroku “niebiańskiego”, a nawet święty wygląd. Może też mówić rzeczy wzniosłe i napełnione duchową mocą, znajomością Pisma Świętego, może zachęcać do prawdziwej pobożności i może mówić prawdę o Bogu. Po samym blasku zjawisk i wypowiedzi, blasku, który olśniewa nie można rozeznawać się co do ich istoty i prawdziwości, ponieważ “ex cauda cognoscitur inimicus” (nieprzyjaciela poznaje się po ogonie). Chodzi zatem o to, aby przez wszechstronną analizę wychwytywać rzeczy fałszywe i podejrzane. W Bożym objawieniu nie mogą brzmieć tony fałszywe – co więcej – Bóg nie może nigdy dopuścić, aby objawienia szatańskie doskonale naśladowały Boże. Dlatego te objawienia fałszywe zawsze mają jakiś brak wszystkich cech dobra, a także są w nich fałszywe tony, dzięki którym można rozpoznać fałsz.
• Celem fałszywych objawień i wizji zawsze jest w ostateczności ich skierowanie ku złu. Te zamiary nie muszą właściwie ujawniać się na początku objawienia. Szatan jednak nie może zdobyć się na jedno – aby prawdziwie i trwale pobudzać do prawdziwych cnót chrześcijańskich, posłuszeństwa Kościołowi i zdrowej pobożności. Może tylko podstępnie udawać przez jakiś czas, że zachęca do nich. Lecz zawsze czyni to w taki sposób, aby cnoty (dobre z natury) były albo źle praktykowane albo przeinaczane, albo wtrącały duszę człowieka (czyli psychikę, emocje i ducha) w przesadę i dziwactwa. Pod wpływem fałszywego objawienia szatan będzie doprowadzał duszę chrześcijanina do pomnażania pokuty cielesnej, lub zewnętrznej (widocznej dla oka), której będzie towarzyszyło nieposłuszeństwo, choćby w postaci autonomii. Na tej drodze zwodzenia rzekoma zewnętrzna cnota okryje się w końcu śmiesznością lub wzbudzi odrazę.
• Z góry należy odrzucić wszelkie widzenie, czy objawienie, które sprzeciwia się prawu moralnemu lub przyzwoitości chrześcijańskiej. Podejrzanymi są zjawy, którym brak godności lub powściągliwości, a tym bardziej te wszystkie, z których przeziera śmieszność czy nieczystość.
• Pragnienie nadzwyczajnych objawień rozwija niebezpieczną ciekawość. Św. Jan od Krzyża pisze: “Nic milszego dla szatana nad duszę, która szuka objawień i jest na nie chciwa; znaczy czynić mu wszelkie ułatwienia, by mógł podsunąć błędy i osłabić wiarę i w ten sposób dusza jest narażona na wszelkie dziwactwa i silne pokusy”.
• W rozeznawaniu prawdziwości objawień należy zwracać szczególną uwagę na przepowiednie prorocze: czy są jasno wyrażone i konkretne, a przede wszystkim, czy są zgodne z faktami. Jeżeli przepowiednie fałszywe nie sprawdzają się (albo są niejasne) – fałszywi prorocy i wizjonerzy będą pokrywać swe niepowodzenia w jakimś nowym objawieniu, albo będą zwlekać i podawać nowe wersje.
• Co do słyszenia “głosu wewnętrznego”, “słów wewnętrznych” – trzeba najpierw zdobyć pewność moralną, że pochodzą od dobrego ducha i do dobrego prowadzą. Niezastąpioną rzeczą jest tu rola spowiednika i posłuszeństwo jego poleceniom.
• Rozeznanie rzeczywistości cudów, czyli czynów mocy nadprzyrodzonej, są uznawane, jeżeli pochodzą od Boga, za objaw działania Boga. Istotne jest tutaj rozróżnienie stale obecne w rozeznawaniu Kościoła, pomiędzy tzw. “cudem zmiłowania” zdziałanym przez Boga jako wynagrodzenie za wiarę modlącego się o cud, a “cudem potwierdzenia”, którego zadaniem jest uwiarygodnienie cyklu wizyjnych zjawisk. Jezus, gdy uzdrawiał – czynił to dla zmiłowania się nad cierpiącymi i zniewolonymi. Odmawiał natomiast czynienia znaków dla uwiarygodnienia swej misji. Co więcej – Jezus przestrzega, że “fałszywi prorocy czynić będą znaki i cuda, żeby wprowadzić w błąd, jeśli to możliwe, wybranych. Wy przeto uważajcie” (Mk 13,22). Diabeł ma moc i może czynić cuda, dlatego należy zapytać: jaki jest charakter owego cudu? Czy ma na celu prawdziwe dobro duszy i ciała, ponieważ płynie z Bożego miłosierdzia, czy też przeciwnie – jest jedynie przejawem nadprzyrodzonej mocy, czymś w rodzaju dziwu, zaspokajającym nie tylko ciekawość czy też chęć doznania nadzwyczajności, albo dla popisania się (do czego nakłaniał Chrystusa kusiciel) – ale też mającym ukryty cel, by zafascynować rzekomymi objawieniami?
• W rozeznaniu objawień istnieje bardzo istotna próba czasu i dyskusji. Polega ona na przyglądaniu się rozwojowi wypadków podczas wszechstronnego i obiektywnego rozpatrywania (a więc i krytycznego) wszystkich skutków i owoców. W tej próbie czasu przeznaczonego na dyskusje nie wolno przeoczyć żadnego, zwłaszcza ujemnego skutku, badając faktyczny i źródłowy przebieg wypadków.
• W tej próbie czasu istnieje kilka zasadniczych pułapek, których należy zdecydowanie unikać. Pierwszą i bodaj najważniejszą jest możliwość manipulowania kierownikiem (spowiednikiem, teologiem badającym), gdyby ten zechciał rządzić sobą w subtelny sposób. Wtedy jego autorytet (a za nim i powaga Kościoła w pewnym zakresie) może być wykorzystywany do potwierdzenia zasugerowanych treści, a nie do zbadania ich prawdziwości w sposób uczciwy i prawdziwy. Zwykle taka manipulacja dokonuje się za pomocą mechanizmu następującego: Wizjonerzy (prorokinie) oświadczają kierownikowi, że niebo wybrało go na duchowego opiekuna. Czuje się on wtedy zobowiązany do roztoczenia opieki, a także odzywa się w nim jakiś element ludzkiej próżności. Wizjonerzy sobie rezerwują sprytnie odbieranie komunikacji “Bożej”, natomiast kapłan czy teolog będzie wykorzystywany do propagandy, czyli pracy zewnętrznej. Jego autorytet jest wykorzystywany do manipulacji. W ten sposób bierze się kierownika w “duchową niewolę” każąc mu wyrzec się w subtelny sposób jego autorytetu, a zgiąć czoło przed objawieniami.
• Drugą pułapką jest brak rzetelności i koncentrowanie się na ogólnym przesłaniu na podstawie zewnętrznych treści, bez dogłębnego zbadania wewnętrznej formy, bez przenikliwości (np. w postaci analizy porównawczej z innymi podobnymi prawdziwymi objawieniami). Relacje wizjonerów powinny być rzetelne i dokładne, podobnie jak i opracowania pisemne (książki, relacje, raporty), a więc mają obowiązek, by nie pomijać żadnych szczegółów (zwłaszcza ujemnych) i nie mogą też ich bagatelizować. Brak rzetelności jest zatem fałszowaniem rzeczywistości i może prowadzić do urabiania błędnych opinii, leżących u podstaw zwodzenia.
• Zasada bodajże najważniejsza w postawieniu przysłowiowej “kropki nad i” jest następująca: Kiedy chodzi o udowodnienie, że jakieś objawienie pochodzi od złego ducha, nieraz wystarczy jasne rozeznanie, że występuje tylko jeden z negatywnych czynników, aby usunąć wszelkie wątpliwości. Natomiast, kiedy chodzi o stwierdzenie prawdziwości objawienia Bożego, trzeba, żeby wszystkie cechy były dobre. Nabranie pewności co do autentyczności jest tym większe, im owe cechy występują wyraźniej. Jest to zgodne z zasadą: “Bonum ex integra causa, malum e quovis defectu” (coś jest dobre, jeśli pod każdym względem jest dobre, złe zaś, gdy występuje jakikolwiek brak). Mówiąc po prostu – garnek może wyglądać na nowiutki, ale jeżeli na dnie ma małą dziurkę, to któż go kupi?
• Zgodność treści objawienia z dogmatem i nauczaniem Kościoła.
• Aby można rozpoznać jakość działającego ducha (czyli formę) człowiek wierzący rozeznający objawienia winien zwrócić baczną uwagę na cały zasięg myśli, sugerowanej przez działającego w objawieniu ducha. Cały zasięg zawiera więc w sobie początek objawienia, środkowy przebieg i finał, a także szczegóły. Jeżeli wszystkie elementy są dobre, od początku do końca – jest to znakiem, że działa duch dobry. Jeżeli zaś w trakcie objawienia (czyli zasugerowanych myśli, usłyszanych głosów i widzianych obrazów), zarysował się choćby cień zła, jest to oczywistym znakiem, że działa duch zły.
• Jeżeli wszystkie oznaki są dobre, osiąga się tylko prawdopodobieństwo, że objawienie jest dobre.
• Skutki objawień pochodzenia demonicznego są następujące: najpierw radość, pobudzenie religijne, duże zaangażowanie, potem zniechęcenie i smutek prowadzący do osłabienia wiary, oskarżania itp. Św. Teresa z Avila stwierdza, że “Łaska zostawia zawstydzenie, pokorę i pokój, szatan przeciwnie: pewność siebie, pychę i niepokój”.
• Szczególnym znakiem objawień fałszywych pochodzących od diabła jest pycha. Objawia się ona przez ducha niezależności od przełożonych i kierowników, przez trwanie w uporze przy swoim zdaniu i niechęć do poddania się badaniu (niechęć konfrontacji). Pycha uwidacznia się przez ujawnienie się gniewu i złości w momencie odkrywania prawdy i dążenia do prawdy obiektywnej. Znakiem pychy jest uleganie chęci do rozgłaszania łask i darów, jakie się w swoim mniemaniu posiada, bez poddania ich weryfikacji przełożonych w Kościele. Znakiem pokory jest poddanie i ukrywanie łask, ponieważ św. Teresa z Avila pisze: “Gdy dusza otrzymuje łaski i pociechy, musi się pilnie badać, czy przez to rośnie we własnej opinii. I jeżeli nie upokarza się tym więcej, im serdeczniejsze są słowa, jakie słyszy, niech będzie pewna, że nie pochodzą one od Boga”. Zwłaszcza postawę pokory szatan ma w szczególnej nienawiści, ponieważ jej wyrazem jest posłuszeństwo Bogu i Kościołowi. Szatan może nawet namawiać do umartwień, postów i czynności religijnych wbrew posłuszeństwu.
• Pycha szatańska często jest widoczna w stosowaniu “duchowego szantażu” związanego z jakimś przekleństwem, np. przez żądanie, aby nikt nie wątpił w prawdziwość objawienia, a jeżeli wątpi – to ma grzech. Prawdziwie objawiająca się Matka Boża nigdy nie użyje takiego szantażu.
• Podobnie jak Bóg dopuszcza zło, aby osiągnąć zwycięstwo większego dobra, tak szatan może dopuścić mniejsze dobro (np. uzdrowienie fizyczne), aby osiągnąć większe zło (np. zwodzenie i doprowadzenie nawet do choroby psychicznej).
• Objawienie Boże odznacza się dwoma niezawodnymi istotnymi cechami: 1) zwięzłość w przekazywaniu istotnego poselstwa, 2) prostota.

Odsłon: 546
Komentarze: 19

1. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 19:56
DOPOWIEDZENIE 1
Oto cytat z książki bp. Z. Pawłowicza: „Kościół a sekty w Polsce” na temat stanowiska Kościoła Katolickiego wobec objawień prywatnych: „Jako katolicy wierzymy w Boga, który objawił się w Jezusie Chrystusie. On stanowi szczyt i pełnię objawienia i „nie należy spodziewać się już żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana” (KO 4). Istotę objawienia stanowi Chrystus i Jego dzieło zbawienia. Tak pojęte objawienie zostało przeznaczone dla wszystkich ludzi. W jaki sposób dociera ono do nich? Chrystus ustanowił Kościół, który jest wspólnotą religijną i instytucją hierarchiczną. Głosi on Ewangelię Chrystusa wszystkim ludzkim pokoleniom. Kościół broni objawienia przed błędnymi ujęciami i w sposób autorytatywny odsłania nam prawdziwy sens Pisma Świętego. Ponadto autoryzuje, wyjaśnia, zatwierdza i wprowadza w życie różne sposoby głoszenia Ewangelii i nauczania kościelnego. Obejmuje ono Eucharystię, sakramenty i sakramentalia, liturgię i modlitwy, rozmaite nabożeństwa i drogi życia duchowego, uświęcenie i przepojenie życia ludzkiego przez ustalenie świętych czasów i symboli, uporządkowanie życia przez prawo i dyscyplinę. To wszystko stanowi sferę pojęć, wartości, nakazów, kształtów i ram życia religijnego, liturgicznego ludzi związanych z Chrystusem i Kościołem. Ich przyjęcie i stosowanie w życiu rozgrywa się na płaszczyźnie wiary. Ta zaś rodzi się, rozwija i pogłębia także w Kościele i przez Kościół. Katolik bowiem wyznaje swą wiarę Chrystusowi – dając w niej odpowiedź na objawienie – nie na drodze literackich czy naukowych badań nad Ewangelią, lecz przez sakramentalne i personalne włączenie się do tętniącego prawdą Bożą i życiem Bożym Kościoła.

2. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 19:56
DOPOWIEDZENIE 2[cd.]
Katolik wierzy głęboko w to, że Kościół jest zbudowany na fundamencie apostołów. Oznacza to, że w czasach apostolskich Kościół stanowili ci, którzy gromadzili się wokół apostołów z Piotrem na czele i przyjmowali w wierze słowa Chrystusa: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi” (Łk 10,16). W tych słowach Chrystus potwierdził obietnicę swej trwałej obecności w posłudze nauczycielskiej apostołów i ich następców. Święty Paweł wyraził wiarę Kościoła apostolskiego zobowiązującym stwierdzeniem, iż Kościół jest „filarem i podporą prawdy” (1 Tm 3,15). Tę wiarę wyrażał Kościół w każdym pokoleniu. Św. Ignacy z Antiochii pisał w 108 r.: „Wszyscy bowiem, którzy należą do Boga i do Jezusa Chrystusa, stoją przy biskupie”. Św. Cyprian stwierdził w III w.: „Dla nikogo Bóg nie może być Ojcem, jeżeli Kościół nie jest matką”, zaś św. Augustyn w V w.: „Nie wierzyłbym sam w Ewangelię, gdyby autorytet Kościoła mnie do tego nie skłaniał” /…/

3. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 19:57
DOPOWIEDZENIE 3
Katechizm Kościoła Katolickiego zawiera w n. 67 następujące stanowisko: „W historii zdarzały się tak zwane objawienia prywatne, niektóre z nich zostały uznane przez autorytet Kościoła. Nie należą one jednak do depozytu wiary. Ich rolą nie jest „ulepszanie” czy „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej. Zmysł wiary wiernych, kierowany przez Urząd Nauczycielski Kościoła, umie rozróżniać to, co w tych objawieniach stanowi autentyczne wezwanie Chrystusa lub świętych skierowane do Kościoła. Wiara chrześcijańska nie może przyjąć „objawień” zmierzających do przekroczenia czy poprawienia Objawienia, którego Chrystus jest wypełnieniem. Chodzi w tym wypadku o pewne religie niechrześcijańskie, a także o pewne ostatnio powstałe sekty, które opierają się na takich „objawieniach”.

4. Damaza napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:07
polecam też książki o. Józefa Kozłowskiego na temat rozeznawania. Cud, miód i malinki w czekoladzie :) :)

5. Misiaczeq napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:35
1.Co do Medjugoria, poczytajcie sobie co JPII mówił na jego temat. Jako papież nie mógł się tam wybrać, ale wyrażał wielkie pragnienie.
a)To wszystko co podajesz o rozeznawaniu to prawda. Tylko trzeba też uważać, by nie wylać przysłowiowego dziecka z kąpielą i nie walczyć z prawdziwymi objawieniami, które są wielką łaską na czasy ostateczne.
b)Co do uznania przez kościół. Jak sam autor wspomniał, Kościół przyjął zasadę orzekania o prawdziwości objawień dopiero po ich zakończeniu, chyba że wcześniej pojawią się jakieś złe sygnały. Jak dotąd przez tyle lat Kościół nie potwierdził oficjalnie(bo objawienia jeszcze trwają) ale też nie zanegował prawdziwości objawień w Medjugorie (ponieważ jak widać nie miał ku temu powodów)
c)Osobiście byłem w Medjugorie i było to dla mnie spore przeżycie, wzmacniające wiarę i wierność Kościołowi. Było to kilka lat temu, ale choć też jestem krytyczny w stosunku do wszelkiego rodzaju “cudów i objawień” po tych kilku latach mogę stwierdzić, że widzę jedynie pozytywne owoce.

6. Grażyna 55 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:46
Dziękuję za tak konkretny wpis.

7. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 21:45
Sorry, JP2… NIE WYBIERAŁ się do Medjugoria. Istnieje na ten temat LEGENDA rozpowszechniana przez zwolenników orędzi (m.in. jakoby nie pozwolili Mu na to podczas wizyty w Chorwacji masoni z Kurii rzymskiej). I takie tam bzdety. To fajnie, że Misiacz-qu ci się polepszyło, choć chyba warto nie rozpowszechniać fałszywek na temat Ojca Świętego (chyba że z niewiedzy). Damazo – książki o. Kozłowskiego – jeden z wart polecenia charyzmatyków, miałem okazję Go poznać chyba w 1994 r. i zrobił na mnie duże wrażenie, polecam

8. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 23:46
@Misiaczeq – Czescia i to mila Panu, szczerej wiary jest rozum, uzyj tej mocy. Pan Bog nie chce “sensatow” tylko ludzi wolnej woli. Naprawde potrzebujesz oredzia w sprawie footballu i innych plytkich gadek Gospy? Tak tanio chcesz przehandlowac prawdziwe powolanie do swietosci, milosci blizniego… za cene sensacji?

9. Misiaczeq napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:10
@Jacek Schmidt – To bardzo dobrze, że zachowujecie taką czujność, bo faktycznie w historii Kościoła było wiele fałszywych objawień i trzeba zawsze być bardzo ostrożnym i rozeznawać. Jednak będziecie koniecznie wydawać wyroki na temat szatańskiego źródła, polecałbym przeczytać choć kilka orędzi. Szatan może się przystroić w “święte ciuszki”, ale nie może sprawiać by tysiące ludzie na trwałe się nawracało, przystępowało do sakramentu pojednania z Bogiem i umacniało więź z Kościołem Katolickim. Wezwania Matki Bozej są bardzo proste, ale są tożsame z przesłaniami ewangelii. Modlitwa, post, eucharystia i miłość Boga i bliźniego.

10. Misiaczeq napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:21
@Wladyslawraginis Dla mnie Medjugorie nie jest żadną sensacją, tylko wielką łaską Boga na czasy ostateczne. Podobnie jak inne objawienia jak choćby te z Fatimy, czy przekazane Św Faustynie odnośnie Miłosierdzia Bożego. Wbrew Twojemu przekonaniu, jakobyś tylko Ty posiadał zdolność rozumowania, a “wyznawcy Gospy” to bezmyślny lud, kierujący się emocjami i sensacją wcale tak nie jest. Wiara w prywatne objawienia nie jest obowiązkowa, ale zastanów się, czy przypadkiem przez swoją pychę, nie zaciąłeś się i mimo dobrych intencji nie zwalczasz dzieła Bożego. Przyjrzyj się dokładnie owocom, a później zwalczaj. Cnota roztropności.

11. Misiaczeq napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:26
@Wladyslawraginis
I choć się staram, to nadal nie potrafię zrozumieć co miałeś na myśli pisząc o przehandlowaniu prawdziwego powołania do świętości. Uważasz że moje powołanie jest nieprawdziwe, ponieważ byłem w Medjugorie i uważam, że jest to miejsce niezwykłej łaski? Gdybym tam jeździł co chwilę i np odcinał się od KK, zaniedbywał sakramenty to mógłbyś słusznie przypuszczać, że dzieje się coś złego, sekciarskiego. Ale tak nie jest. Podobne odczucia miałem po pielgrzymce na Jasną Górę. Zwiększyło to moją gorliwość, chęć poznawania Pisma Św i pragnienie miłości Boga i ludzi. Nie zaciemniło mi to zdolności poznawczych jak to starasz się zasugerować. Pozdrawiam.

12. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:03
Przeczytałem wywiad z „Večernji list” z 6 stycznia 2010 r. z kardynałem Schönbornem. Komentarz: tak to jest, jak jeden kardynał zachowuje się w sposób autonomiczny (jak nie przymierzając u nas Życiński w sprawie Rosjan, czy lustracji). Daje tym samym przyzwolenie dla takich postaw jak u Misiacz-ka

13. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:17
Wklejam dla Misiaczqa komentarz Władysława Raginisa z poprzedniej mojej notki: To bylo tak “pojechal Schonburn*, obrazil biskupa” a Benedykt XVI na audiencji 15/01/2010 kazal mu go przeprosic… ow Schonburn wyslal biskupowi miejsca faks… do tego po… niemiecku. Nie wiem co pomyslal Papiez, ale zakladam, ze pierwsza mysla bylo “wpieprzacie sie Schonburn w nieswoje”. Tak oto, metoda faktow dokonanych, poprzez “prywatna wizyte” Schonburn podstawil pod sciana Papieza, ktory… wyslal komisje. Poniewaz nie bylo zadnej zmiany w prawie kanonicznym po 1983 roku nie ma trybu, w ktorym owa komisja moglaby “uznac” cokolwiek. Jednak, jak uczy przyklad Soboru Watykanskiego II kreatywnosc “ludu bozego, pod przewodnictwem kaplana” nie zna granic. Podobnie ignorancja tluszczy w sprawach wiary, powinnosci wiernych i posluszenstwa. Zabawne, a raczej smutne, ze wszyscy apologeci Gospy maja w d… posluszenstwo. Rownoczesnie wytykajac np. Bractwu Piusa X… schizme ;-) Chorwacki cyrk na kolkach. *) Schonburn to gosc, ktoremu nie przeszkadzaja blogoslawienstwa par homo w Walentynki w jego katedrze:

http://realitycheckdotie.blogspot.com/2006/02/cardinal-schonburn-approves-blessing_21.html

14. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:18
Ja bym wziął na wstrzymanie Misiaczqu – po takim diktum

15. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 00:37
Dowody na demoniczność zjawy z Medjugorie – Wśród argumentów świadczącymi o diabelskiej naturze Medjugorie (niezgodności z praktyką prawdziwych objawień) można wymienić to że:
• Zjawa głosi herezje sprzeczne z nauką Kościoła co świadczy że zjawiska te nie pochodzą od Boga.
• Wizjonerzy grzeszyli przed objawieniami
• Zjawa wybrała grzeszników
• Wizjonerzy kłamali co do swych działań
• Wizje miały miejsce nocą w różnych miejscach
• Wizje trwają od 1981 przez wiele lat
• Wizje mają miejsce wielokrotne w ciągu doby
• Wizje maja miejsce na życzenie wizjonerów
• Wizje nie są regularne
• Przekazy zjawy są chaotyczne
• Stopy zjawy (podającej się za Marie) są ukryte
• Wygląd zjawy nie zgodny z katolicką symboliką maryjną
• Zjawie towarzyszą amorki o demonicznym wyglądzie
• Demoniczne amorki mają ukryte stopy
• Amorki naśladują zjawę
• Wizjonerzy mają fizyczny kontakt ze zjawą (całują się z nią, przytulają się do niej)
• Zjawa nie jest zrównoważona emocjonalnie
• Zjawa napawała lękiem wizjonerów
• Wizjonerzy są uzależnieni od wizji
• Zjawa zmusza wizjonerów do szaleńczego wysiłku
• Zjawa groziła biskupowi miejsca
• Franciszkanie z Medjugorie za wspieranie objawień są usunięci ze stanu kapłańskiego
• Zjawa odwraca uwagę wiernych od Jezusa i kieruje ją na siebie
• Zjawa neguje posiadanie przez Maryje łask (podczas gdy Kościół naucza że Maryja obdarzona łaskami)
• Zjawa neguje moc wstawiennictwa Maryi i twierdzi że Maryja potrzebuje wsparcia ludzi (podczas gdy Kościół naucza że modlitwa Maryi jest w pełni skuteczna)

16. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 00:53
Dorota Rafalska “Medjugorie prawda czy fałsz” wydana przez KUL w 2003 roku, a będąca analizą teologiczną zjawisk przeprowadzoną pod kierunkiem wykładowców KUL – fragment artykułu na powyższy temat:
“Zwolennicy Medjugorie głoszą że Kościół nie ocenia objawień podczas ich trwania, nie jest jednak prawdą. Istnieje cała procedura oceniania. Jeżeli jakiś element wskazuje na zło w objawieniach to trzeba takie wizje odrzucić…Dwaj kolejni biskupi Mostaru i Konferencja Episkopatu Jugosławii na podstawie prac dwu kolejnych komisji (złożonych z duchownych, teologów i psychiatrów) zakazała pielgrzymek i wszelkich innych religijnych wyjazdów do Medjugorie, zakazała propagowania zjawisk i publikacji na ich temat, uznała że nie mam dowodów na nadprzyrodzony charakter zjawisk. Konferencja Episkopatu Bośni zakazała wizjonerom publicznie występować w kościołach. Watykan kilkukrotnie zabraniał organizowania pielgrzymek i wszelkich wyjazdów religijnych do Medjugorie. Zjawiska te są więc nieuznawane przez Kościół Katolicki. Niestety zarządzenia władz kościelnych są ignorowane. Nieposłuszni świeccy i duchowni darzoną zjawiska wielu kultem, pomimo że zjawa głosi bluźnierstwa i herezje. Szeroko zakrojona akcja propagowania zjawisk i pielgrzymki do Medjugorie są więc wyrazem nieposłuszeństwa wobec Kościoła.”
Zmieniło to moje nastawienie do całej sprawy. Nie interesują mnie już więcej argumenty ludzi, którzy rzekomo przemienili się duchowo po owych pielgrzymkach. Przy całym szacunku do nich, będę przeciw. Jest zbyt wiele dowodów na demoniczne pochodzenie objawień i koniec.
Ps Panie Jacku przepraszam za katolicki SPAM, ale musiałem to zamieścić ;)

17. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 01:00
cd.
 Zjawa głosi nową datę narodzin Maryi 5 sierpnia czyli nowy kalendarz liturgiczny (podczas gdy Maria urodziła się 8 września)
 Zjawa głosi że Maryja sama wstąpiła do Nieba i tam zmarła (podczas gdy Kościół naucza że w Niebie się nie umiera a Maryje do Nieba wziął Bóg)
 Zjawa kreuje Maryje na równą Jezusowi (podczas gdy Kościół naucza że Maria jest Matką Jezusa i pośredniczką między ludźmi a Bogiem)
 Zjawa głosi, że rzekomo objawienia są ostatnie (podczas gdy Kościół naucza że to Kościół decyduje o prawdziwości objawień)
 Zjawa kreuje Maryje na niezależną od Boga twierdząc, że sama wybrała Medjugorie (podczas gdy Kościół naucza że Bóg posyła Maryje)
 Zjawa twierdzi, że nie chrześcijanie a mieszkańcy Medjugorie są ludem wybranym (podczas gdy Kościół naucza, że to chrześcijanie są narodem wybranym)
 Zjawa wprowadza nowy sakrament specjalne błogosławieństwo (podczas gdy Kościół naucza, że tylko on ma władze wprowadzania sakramentów)
 Zjawa nawołuje do nieposłuszeństwa wobec biskupa, co było równoznaczne z rozbijaniem kościoła (podczas gdy Kościół naucza, że Maryja dba o jedność i nienaruszalność Kościoła)
 Zjawa chce uwielbienia na równi Bogu (podczas gdy Kościół naucza, że wielbiony ma być Bóg)
 Zjawa milczy o Trójcy (będącej podstawą Katolicyzmu)
 Zjawa neguje pośrednictwo w modlitwie (podczas gdy Kościół naucza, że warto korzystać z pośrednictwa świętych i Maryi)
 Zjawa głosi wszechpotęgę Szatana (podczas gdy Kościół naucza, że Jezus pokonał szatana raz na zawsze na krzyżu i poprzez zmartwychwstanie, a szatan nie ma władzy nad chrześcijanami) Zjawa głosi, że potępieni nie cierpią w Piekle
 Zjawa głosi, ze nie trzeba się nawracać na katolicyzm wystarczy przyjąć jej orędzia
 Zjawa głosi, że przynależność religijna nie ma znaczenia

18. Jacek Schmidt napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 09:15
No cóż – Daner “pojechał po całości” na podstawie książki Doroty Rafalskiej “Medjugorie prawda czy fałsz” z 2003 r. W tym kontekście dla mnie jest rzeczą ciekawą, co sprawia, że mimo tego istnieją święcie przekonani zwolennicy Medjugorie. A właściwie nawet nie to – co sprawia, jaka musi być wewnętrzna dyspozycja duchowa, serca – aby poddawać się magii objawień w Medjugorie? Przecież tam rocznie przyjeżdża setki tysięcy ludzi (jeśli nie miliony). To jest ciekawy problem…

19. Wladyslawraginis napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 11:59
Szukanie sensacji, ignorancja, Strefa11, new age, zeby wymienic kilka kluczowych. Do tego biskup wiednia z jego erotycznymi i homo-erotycznymi inklinacjami, ale mimo to opisywany jako papabile (czyli obecnie “liga zawiedzionych”). Dla mnie to wystarczy zeby wiedziec co po ludzku popycha te tlumy

Zasady rozpoznawania objawień prywatnych

Po krótkiej przerwie powracam do ponownych publikacji wybranych artykułów wraz z komentarzami z nieistniejącego już mego autorskiego bloga na Frondzie. Poniże jeden z wazniejszych moich artykułów na temat zasad rozeznawania objawień. Niestety – zasady takie są dzisiaj niemal powszechnie ignorowane i w tej dziedzinie doświadczenia duchowego istnieje po prostu ogromne pole do nadużyć, zwodzenia duchowego, promowania fałszu (widać to także w komentarzach pod artykułem)…

Zasady rozpoznawania objawień prywatnych [1]

kategoria: Kościół
Dodano: czwartek, 27 stycznia 2011, 10:45

Za księdzem Janem Wójtowiczem pragnę podać katolickie zasady poszukiwania prawdy, do czego zobowiązuje nas Pismo Święte w słowach: “Nie każdemu duchowi wierzcie, ale badajcie duchy, czy są od Boga, albowiem wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie” (1 J 4,1); oraz: “Sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości” (1 Kor 11,14).

Są dwie drogi możliwe szukania prawdy w sytuacji objawień prywatnych, nie wykluczające się wzajemnie, ponieważ powinny się uzupełniać.
1. Wierni i osoby widzące pozostawiają rozeznanie organom oficjalnym Kościoła, mając obowiązek przyjąć w uległości ich orzeczenie
2. W oparciu o zasady rozeznawania duchów każdy wierny (zwłaszcza pełniący funkcję duszpasterską) może urabiać sąd własny, wszakże z gotowością poddania się rozeznaniom i decyzji Kościoła.

Rozważmy najpierw punkt pierwszy. Jaki może być wynik?
Orzeczenie pozytywne – jest możliwe dopiero wtedy, gdy objawienia się skończą, ponieważ dopiero wtedy można całościowo i obiektywnie zbadać skutki objawień, wraz z losami wizjonerów. Orzeczenie pozytywne następuje, kiedy wynik badań Urzędu Kościelnego jest pozytywny (według kard. Ratzingera pierwszym urzędem i niezastąpionym jest biskup ordynariusz miejsca. Ostatnie uznane objawienia stały się takimi dzięki takim rozeznaniom (sprawa Cudownego Medaliku – 1830 r.; La Salette – 1846; Lourdes – 1858; Fatima – 1917).

W czasie trwania objawień Kościół nie wydaje oficjalnego rozeznania, zachowując postawę wyczekującą. Orzeczenie pozytywne zawsze następuje w jakiś czas po zakończeniu objawień. Wymienione powyżej objawienia są wielkim darem Bożym, złożone zostały w skarbcu Kościoła znajdując się w spokojnym jego posiadaniu i przynoszą ciągle owoce, są też wielką pomocą dla ludu Bożego w jego pielgrzymce wiary. Jednakże te objawienia, jako prywatne, nie są obowiązujące do wierzenia, ponieważ nie są dogmatami i nie są prawdami wiary wyznawanymi np. w Credo.

Orzeczenie negatywne – nie musi czekać, aż seria objawień się skończy. Jeżeli w trakcie objawień wystąpią jednoznaczne negatywne cechy, Urząd Kościoła orzeka negatywnie w celu ostrzeżenia wiernych przed błędem, aby ich uchronić przed duchową szkodą. Przykładem są objawienia w Garabandal w Hiszpanii (1961-65 r.), które po orzeczeniu negatywnym ustały. Świeższym przykładem są pisma i działalność Vassuli Ryden, o których orzekła Kongregacja Nauki Wiary w dniu 6.X.1995, stwierdzając, że zawierają błędy doktrynalne. Kongregacja wezwała biskupów, aby należycie pouczyli swoich wiernych i nie dopuszczali do szerzenia się jej pism. Kongregacja wezwała wiernych, by nie uznawali objawień i wypowiedzi Vassuli Ryden za nadprzyrodzone. Przyjęcie takiego orzeczenia najwyższego Urzędu Kościoła obowiązuje wiernych w sumieniu, a tym bardziej kapłanów i biskupów. Okazywanie sprzeciwu i zachęcanie do niego innych jest grzesznym nieposłuszeństwem i budzi zgorszenie u innych.
Sprawa orzeczeń negatywnych jest o tyle poważna, że np. w latach 1933 – 89 naliczono w Kościele Katolickim 366 objawień przypisywanych Matce Bożej, ponadto pojawiały się krwawiące krzyże i płaczące figury (Syrakuzy 1953), krwawiące obrazy (katedra w Lublinie 1949). Nie mają one pozytywnych orzeczeń, a wiele zostało odrzuconych jako nieprawdziwe (np. Oława). Inne zaś najpierw zyskały aprobatę i pozwolenie na druk (Imprimatur), ale po bliższym badaniu aprobatę cofnięto (pisma Vassuli czy objawienia w Montechiari – Włochy). Jak zatem ocenić wiarygodność i prawdziwość i w co wierzyć? Akt wiary jest bowiem rzeczą indywidualną każdego człowieka i dotyczy sumienia.

Odsłon: 1022

Komentarze: 55

1. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 10:50
Medjugorie – to problem ciągle istniejący i nierozstrzygnięty

2. Zakrystianka72 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 11:18
Dzięki!

3. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 12:05
Pamiętajmy, że przez dziesiątki lat obowiązywał zakaz szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Aż zmienił to Jan Paweł II. *** Być może to samo czeka nas z Medjugorie. Po ostrych wystąpieniach tamtejszego biskupa, od prawie roku sprawę bada komisja watykańska. *** Na szczęście te dwa przykłady pokazują, że Kościół nie trzyma się sztywno pewnych ustaleń. ;)

4. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 12:06
I nie nazywajmy Medjugorie – problemem. To takie polskie. Ludzie się modlą, nawracają. No, ale mamy problem. Pozdrawiam.

5. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 13:48
Nie Rudziu, nazywanie medjugorie problemem, to nie jest polska przypadłość. To JEST problem. Przypominam, że stanowisko OFICJALNE Kościoła jest takie (w skrócie): Jest to miejsce modlitwy, natomiast w świetle dotychczasowych badań NIE MOŻNA stwierdzić, że jest to miejsce objawień. Co z tego wynika? ZALECENIE DUSZPASTERSKIE aby nie organizować (w imieniu np. parafii, czy diecezji) oficjalnych pielgrzymek jak do miejsca kultu. Co jest nagminnie łamane w rzeczywistości polskiej (i to jest polska przypadłość). Więc – ludzie się modlą i nawracają, iczywiście. Ale już nie zauważasz, że inni ludzie dostają tam np. bardzo niebezpiecznych pokrzywień psychicznych. Jest cała biblioteka znaków zapytania, i poważnych zastrzeżeń. No ale co tam się tym przejmować… PS. nie chcę, aby problem Medjugorie zdominował dyskusję pod tym wpisem, ponieważ jego celem jest wskazanie na zasady postępowania, jakie są w Kościele, dlatego następny będzie o zasadach szczegółowych…

6. Kk0606 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 13:54
Bardzo ostrożnie podchodzę do prywatnych objawień i przyglądam się owocom wynikających z tych objawień. Sceptycyzm wobec prywatnych objawień nie skutkuje żadnym grzechem i nie pociąga to za sobą żadnych skutków w postaci grzechu. Osobiście byłem z pielgrzymką w Medjugorie dwukrotnie i te pobyty zwróciły mi uwagę na to, że wielu ludzi będących tam w “klimacie duchowym” Gospy po powrocie do domu odmieniło swoje życie. Niektórzy z pielgrzymów odrzuciłi palenie papierosów i spożywanie alkoholu. Inni uratowali swe rozpadające się małżeństwa i znam te osoby osobiście, do dziś z niektórymi z nich spotykam się. Jeszcze inne osoby zaczęły na serio traktować swoje życie w ścisłej łączności z Jezusem Chrystusem. Nie “odbiło” im. Czy Medjugorie jest problemem? Tak jest problemem, bo ktoś kto był w tym klimacie Gospy musi coś z tym zrobić i może mieć z tym nie lada problem-i w takim ujęciu widzę problem. Ale problemem może być pielgrzymka na Jasną Górę, do Lichenia czy do Turzy Śląskiej. Pozdrawiam Cię i Dzięki -za kolejny mądry i dający do myślenia – wpis!

7. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 14:12
Jacku. Zapewniam cię, znam osobę, która jak piszesz “pokrzywień psychicznych” dostała na pielgrzymce na Jasną Górę. I co, sugerowałbyś zamknięcie sanktuarium? No nie. Wiadomo. ;) *** Kk Ja też znam ludzi, którzy doznali niezwykłych cudów, ale cuda te nie polegały na radości z wirującego słońca, (z moich znajomych nikt go nie widział), ale na zmianie życia, nawróceniu. Owoce są do dziś. Polecam książkę “Ukryte Dzieciątko z Medjugorie”. Pewien protestant – on i jego 2 koledzy po kilku miesiacach pobytu w Medjugorie przeszli na katolicyzm mówi tak: “To o co chodzi w Medjugorie – a więc modlitwa – msza święta, adoracja i post są tak proste, że diabeł by tego nie wymyślił”. Hm.

8. Grażyna 55 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 14:31
Zdobywam tu nową wiedzę, za co dziękuję.

9. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:04
Bardzo przepraszam, ale ksiazki Vassuli znajdziesz w kazdej ksiegarni “katolickiej”. Jesli chodzi o Gospe to narod ofiarowany Jasnogorskiej Pani zglupial bez miary. Tyle w temacie. Nie chce mi sie na temat tego diabelstwa wywnetrzac, znacznie aktywniejszy jest w tej sprawie biskup Wiednia (w przerwach organizowania wystaw meskich aktow w katedrze).

10. Kk0606 napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:23
@Władysławraginis: Wierność Pani Jasnogórskiej nie stoi w sprzeczności w modleniu się w miejscowości w której posługują OO.Franciszkanie a jest miejsce wybrane przez Gospę. Nie widz e tu żadnej rozbieżności- jeśli modlitwa jest szczera i powoduje osobistą przemianę życia osób modlących się. Pozdrawiam i dzięki Ci za głos.

11. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:42
@Kk0606 – Odpowiem prosto, przypowiescia: Pewnego dnia we wsi, powiedzmy kolo Przemysla grupka dzieci poszla krasc jablka i palic papierosy. Kiedy sie juz najadly i napalily ukazala im sie zjawa. Strasznie sie przelekly. Zjawa przedstawila im sie jako Gospa (Pani) (…) zjawa odwiedzala je stale (…) rozmawiali o wielu sprawach, w tym o footballu (…) Nie tylko, ze zjawa przedstawila siebie jako “Pani” co nie mialo nigdy wczesniej miejsca, mowila takze rzeczy nieprzystajace do nauki Kosciola, w tym min. oglosila nowa date urodzin Maryi, sprzeczna z Tradycja (…) lokalny biskup po przyjrzeniu sie sprawie wydal orzeczenie, ze “nadprzyrodzonego charakteru nie stwierdza”. (…) Sprawa glupiego orzeczenia przemyskiego biskupa troche zmartwila miejscowych bo zaczeli przyjezdzac ciekawscy i biznes sie rozkrecal (…) kilku miejscowych Franciszkanow postanowilo wspomoc wiernych opuszczonych przez biskupa-sluzbiste (…) z czasem pojawili sie kaplani z Norwegii, Gwatemali, Hiszpani i USA. Odprawiali Msze, prowadzili rekolekcje, spowiadali, chociaz zaden nie zdecydowal sie nawet okazac waznego celebretu biskupowi miejsca (…) z samym biskupem nikt wiecej nie gadal, bo wiadomo bylo powszechnie, ze to czlowiek malej wiary. Przyszedl nastepny, jak sie okazalo rownie gluchy na wole ludu (…) tymczasem Gospa stawala sie coraz bardziej popularna. Wycieczkom nie bylo konca. Autokary pojawialy sie w ilosciach hurtowych. Sprzedaz medaliko i rozanczykow szla pelna para (…) Ludzi przyjezdzalo coraz wiecej i wiecej… c.d.n.

12. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:43
Gospa – Pani – Tytul jakiego wobec siebie Maryja nie uzyla w zadnym z objawien (poza szatanskimi jak np. Grandabal). W Tradycji Kosciola Maryja uosabia pokore, przeciwienstwo pychy. Panem pychy jest… no wlasnie Kto?

13. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:45
A gdzie tu jest pycha? W poście 2 razy w tygodniu? Codziennej mszy świętej? Różańcu i Adoracji? Gdzie tu jest pycha?

14. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:46
Jesli chodzi o nawrocenia. To ten kto jedzie tam w lasce uswiecajacej, z rozancem w reku ma szanse doznac laski. Pan Bog lamie plany diabla na jego oczach. Niestety przybywaja tam tez ludzie kierowani innymi motywacjami, czesto zagubieni, szukajacy “ducha Gospy”. Rowniez oni moga znalezc… tylko co?

15. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:48
Gospa to znaczy Pani po chorwacku. Ale z szacunkiem. *** Pewnie i tak się nie dogadamy. A co do sprzeciwiania się biskupowi, tak się składa, że on nie ma patentu na nieomylność. A bywały czasy, że ludzie święci i biskupów pouczali i Papieża. ;))) Jedź do Medjugorie!

16. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:49
@Rudzia – Zeby doprowadzic jedna dusze do upadku diabel jest gotow zawstydzic sw. Franciszka ubostwem :-) Nie wiedzialas? Stare powiedzenie “modli sie pod figura a diabla ma za skora”. Posluchaj siebie i innych apologetow gospizmu. Prawda nie boi sie nieufnosci, traktuje ja jako czesc doswiadczenia wiary rozumem. Diabel (sekty) szukaja CALKOWITEGO i bezwarunkowego, bezmyslnego oddania.

17. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:49
Och, znam człowieka, który pojechał przypadkiem. Wkręcili go znajomi. Myślał, że jedzie po prostu do Chorwacji. Po drodze, jak zobaczył różańce, chciał wysiadać… A po powrocie… składał świadectwo w Radiu Józef.

18. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:50
Bzdury opowiadasz aż miło. Nie masz zielonego pojęcia o tym, co się tam dzieje. Naczytałeś się bzdur w internecie.

19. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:50
@Rudzia – Dodalas komentarz kiedy ja pisalem swoje. “A co do sprzeciwiania się biskupowi, tak się składa, że on nie ma patentu na nieomylność. A bywały czasy, że ludzie święci i biskupów pouczali i Papieża” Wlasnie o tym pisze. Gardzisz biskupem miejsca i Papiezem tak jak reszta gospistow. Ja czuje w tym siarke.

20. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:52
@Rudzia – Zadalem sobie trud przeczytania opublikowanych “obiawien”. Siara.

21. Rudzia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:53
Nie mogę dłużej rozmawiać. Poczytaj świadectwa, książki s. Emmanuel. Choćby Dzieciątko. Komisja papieska pracuje. Ja wracam na razie do realu. Pozdrowka.

22. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 15:54
@Rudzia
Odurzeni “duchacze” zielnoswiatkowi tez skladaja swiadectwa. To akurat o niczym nie swiadczy, ale pogarda dla pasterskiej roli biskupa i Papieza daje pelny obraz.

23. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:13
@Rudzia – Czy nie powinnas sie zdecydowac? W innej dyskusji nt Medjugorie piszesz przeciez: “Nie bądźmy mądrzejsi od Papieża” To jak w koncu?

24. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:14
No tak, poszedłem się kąpać, wracam… i aż furczy od komentarzy. Rudziu, zgłupieć można wszędzie, nie tylko na Jasnej Górze czy w Medjugorie:) Jeszcze raz pragnę mocno podkreślić CHODZI O ZASADY. Może od inej strony – dogmaty katolickie to są takie Prawdy, które mają charakter obiektywny, czyli nie podlegają innej interptretacji, co najwyżej są do-określane. Zasady rozeznania duchowego zostały wypracowane w Tradycji Kościoła przez świętych, doktorów Kościoła i mistyków. Są stosowane np. w procesach beatyfikacyjnych. Obok tego współistnieją np. postawy wierzącego ludu, często wyprzedzające orzeczenia Kościoła (jak np. w sprawie modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia). W sprawie Medjugorie – są liczne przykłady pozytywne – ale są także liczne przykłady negatywne. Obok tego istnieje cały szereg nieraz dramatycznych różnic wobec dotychczas przyjmowanych zasad rozpoznawania objawień Maryjnych. Nie pora tu, aby to wszystko przedstawiać…

25. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:16
@Jacek – A gdzie pawlowe “w pore i nie w pore”? Pozdrawiam.

26. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:22
Jednak nie wytrzymam – czytałem kilka pozycji krytycznych, analizujących. To co pamiętam na temat Medjugorie: 1. banalizacja objawień (powtarzanie w kółko tych samych treści przez ćwierćwieku); 2. rozwinięcie przemysłu objawień (widzący byli np. konsultantami dla Hollywoodu w sprawie kręcenie filmu o Gospie, pytali np. Gospy kto ma grać role); 3. przymus objawień i tworzenie wokół nich medialnych uwarunkowań (a objawienia do tej pory zawsze były w ukryciu raczej). 4. gloryfikacja widzących, ich nawet ubóstwianie. 5. brak potwierdzeń zapowiadanych znaków. Liczne przypadki wypadków drogowych, kontrowersji między uczestnikami pielgrzymek, awarii udających się tam i wracających pielgrzymów. 6. zachwyt przedstawicieli wolnych kościołów protestanckich nad duchową atmosferą miejsca, gdzie ma się zacząć globalna era Kościoła Ducha. 7. nieposłuszeństwo biskupowi miejsca zarówno suspendowanych franciszkanów jak i widzących, co było chwalone przez Gospę. Tak na gorąco i z tzw. głowy, czyli co pamiętam sprzed paru lat…

27. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:25
PS. Władysławie – racja! awarie dotyczyły pozazdów, a nie pielgrzymów:). Rzecz podkreslana np. przez o. Aleksandra Posackiego SI – nachalność mistyki zgodna z duchem new age, a nie mistyką chrześcijańską, która zawsze jest wyciszona, nie szuka poklasku, odbywa się w ciszy… i tak dalej

28. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:28
PS. PS> no proszę, ja wyważam otwarte we Frondzie drzwi… przecież Talka (ładna dziewczyna – na marginesie:) o tym wszystkim pisze o wiele lepiej i głębiej… co wskazał raginis o 16:13

29. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 16:35
@Jacek – Zabawna sprawa z ta Talka, bo na poczatku mialem z nia kilka smutnych w sumie dialogow, ktore w duchu posuwania naprzod apologetyki katolickiej niniejszym puszczam w niepamiec i prosze ja o wybaczenie. Tak trzymaj Talka!

30. Magdusia napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:17
Bardzo ciekawe z tymi awariami. Chciałabym zapytać, czy jest to jakoś potwierdzone – czy ktoś zestawiał statystyki wypadków – czy tylko jest to podejrzenie ze słyszenia, że tak to ujmę. Co do wpisów Talki na temat Mediugorie – uważam, że były kompletnie pzrestrzelone. Temat jest wart głębszego rozpatrzenia. Pozdrawiam.

31. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:43
@Magdusia
Pamietasz moje z nia rozmowy. To co zrobila w tej sprawie jest o niebo lepsze. Dostaje pozytywna ocene za checi :-) szczere, i ocena i checi jak mniemam.

32. Daner napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 20:49
Panie Jacku bardzo ciekawy wpis. Mi wiadomo jeszcze o innych dziwnych sytuacjach mających miejsce w Medjugorie(sprawdzone źródło – Mateusz.pl: Jednym z powodów negatywnego nastawienia władz kościelnych są niedopuszczalne interwencje widzących i ich doradców w kwestie dyscyplinarne. Ivan, jeden z widzących wysłał 18 czerwca 1983 r. do biskupa Żanića list, w którym znalazły się następujące słowa, jakoby wypowiedziane przez Matkę Bożą w czasie objawienia: “Powiedz Ojcu Biskupowi, że proszę go o jak najszybsze uznanie wydarzeń w parafii w Medjugoriu (…) Przesyłam mu przedostatnie ostrzeżenie. Jeżeli się nie nawróci i nie poprawi, to dosięgnie go mój sąd, jak również sąd mego Syna Jezusa. Jeżeli nie wprowadzi w czyn tego, co mu przekazuję, to zechciej mu powiedzieć, że nie znalazł drogi mego Syna Jezusa”. Podobnych interwencji pochodzących — jak twierdzą widzący — od Gospy było więcej. Zdarzały się też oskarżenia biskupa czy obrona franciszkanów, którzy okazywali nieposłuszeństwo biskupowi i swojemu generałowi. Kiedy biskup kolejny już raz wydał nakaz przeniesienia ojcu Slavko Barbarićowi, Matka Boża miała powiedzieć widzącemu Ivanowi: “Życzę sobie, by Slavko pozostał tutaj”.

33. Daner napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 21:07
Z drugiej strony rozumiem frustrację Rudzi, bo podobnie jak ona znam co najmniej 2 osoby, których relacje z Bogiem miały się po wizycie w Medjugorie pogłębić i chętnie wysłałyby mnie tam na “pielgrzymkę”. Ciężka sprawa, ale zostaję przy posłuszeństwie, w końcu objawień po pełnym i konkretnym objawieniu Jezusa Chrystusa nie musimy uznawać. A jeśli “okaże się, że walczymy z samym Bogiem” to i tak kościół kiedyś te objawienia uzna. Pytanie tylko czy w ogóle do tego dojdzie, jeśli te przytoczone wątpliwości są prawdziwe…

34. Jacek Schmidt napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 21:39
Magdusiu – o tych historiach z awariami mówił o. Posacki SI w czasie rekolekcji o fałszywej mistyce, a było to w roku 1997. twierdził że bada te przypadki. Danerze – o tych groźbach także słysząłem, o ile dobrze kojarzę, to ze 3 lata temu w pracy autorki z KUL piszącej analizę krytyczną o Medjugorie. Pracę ktoś mi dał do poczytania wtedy, musiałbym zasięgnąć do notatek. Frustracja Rudzi jest zrozumiała, w końcu ciągle ktoś chwali Medjugorie

35. Wladyslawraginis napisał/a:
czwartek, 27 stycznia 2011, 23:23
@Daner, @Jacek Schmidt I jak to sie ma miec do pokornego “fiat” Maryi, tzn. “Oto ja sluzebnica Panska”???? @Rudzia Wiedzialas o tym i pewnie masz wyjasnienie dlaczego nagle po 2000 lat Matka Boza zmienia styl z pokornej Marii na “Maryske tupeciare”?

36. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 07:13
Nie jestem szczególnie sfrustrowana. Czekam na orzeczenie Watykanu i namawiam ludzi, żeby jechali do Medjugorie lub chociaż przeczytali książkę “Ukryte Dzieciątko z Medjugorie”. Daner – Kościół nie zabrania tam pielgrzymować, tylko radzi, żeby grupa jechała zawsze z opieką kapłana. Magdusiu, jeśli temat cię interesuje, przeczytaj książkę, którą polecam. Są też inne s. Emmanuel. Znam ludzi, którzy byli tam po kilkanaście razy. I owoce są bardzo, bardzo dobre. Także tych, którzy byli tam raz czy dwa.

37. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 08:58
Rudziu: z tym czekaniem na orzeczenie Watykanu może być problem… Otóż według Gospy są to ostatnie objawienia na ziemi przed przyjściem Pana Jezusa. I mają trwać do Jego przyjścia (czyli jakby do pierwszego końca świata). A Watykan czeka aż się objawienia skończą:( No więc – oczywiście życzę Ci, abyś doczekała końca świata (i orzeczenia Watykanu), jednak sceptycznie patrząc – może to być ciężka próba do wytrzymania w czasie:( A tak wogóle, to radujmy się w Panu Jezusie!

38. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 09:31
To ty jesteś źle poinformowany. Komisja zaczęła pracę w zeszłym roku. I zabrano Medjugorie biskupowi miejsca. ;) Podlega już tylko pod Watykan. ;)

39. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 09:32
Może nie tylko, ale wszystko, co się tam dzieje jest pod bezpośrednią kuratelą Watykanu. Biskup miejsca tam narobił sporo złych rzeczy, zabierając np. Najswiętszy Sakrament z niektórych wspólnot. Teraz to przywrócono. I to by było na tyle. Pozdrawiam.

40. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 09:36
Komisja chce się chyba wypowiedzieć jednoznacznie i ostatecznie, nie czekając czy objawienia się skończą czy nie.

41. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:20
@Rudzia Wszyscy sa najwyrazniej zle poinformowani. Poza tymi, ktorzy spijaja “madrosci” Gospy z ust “widzacych”. 1. Watykan powolal “jakas komisje” na skutek metody faktow dokonanych jaka posluzyl sie biskup Wiednia 2. Komisja ma zbadac zjawisko 3. Komisja nie ma mandatu do uznania jego waznosci 4. Jedynym dokumentem wydanym dla tej komisji publicznie bylo… doniesienie prasowe. 5. Cala sprawa jest calkowicie zbedna z katolickiego punktu widzenia bo ociera sie nie tylko o irenizm, indyferentyzm ale i zwykle diabelskie objawienie. 6. Na szczescie, do uznania objawienia za diabelskie nie trzeba czekac do ich zakonczenia. 7. Problem jest wylacznie polityczny i przypomina sprawe “Santo subito”.

42. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:24
Aj, jaki niedobry ten biskup… mason jaki czy co? A to, że komisja chce się wypowiedzieć nie czekając na koniec świata, to świadczy jedynie o determinacji no i o problemie Medjugorie:) Rudziu – nie gniewaj się prosze zza tego swojego ogródka (płotek na zdjęciu). Ja na temat ostatnich zdarzeń w M. wogóle nie jestem poinformowany, ostatni raz odświeżałem się w dyskusji ze 4 lata temu? Pozdrawiam – ps. popieram biskupa zabierającego Najświętszy Sakramnet ze wspólnot charyzmatycznych (jako były charyzmatyk wiem do czego niektóre wspólnoty są zdolne)

43. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:25
Władysławie – dzięki za uaktualnienie, celny strzał. Ale Rudzia i tak swoje wie. Jak to się mówi u nas na Podhalu: “huc mi ta huc, jo i tak swoiy wiym”

44. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 10:46
Władysław dał jakieś ogólne omówienie i zero konkretów. Komisja ma uznać, czy są prawdziwe, czy nie. A jeśli komisja uzna, że objawienia są prawdziwe, to co Władysławie “odszczekasz” to i przeprosisz na Frondzie osoby, z którymi tak pogardliwie rozmawiałeś o Medjugorie? Mam nadzieję, że tak.

45. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:04
Rudziu, postaram się to sprawdzić, bo coś ci nie wierzę z tą komisją. A to dlatego, że pamiętam jakąś historię z nieuprawnioną wizytą Arcybiskupa z Wiednia w Medjugorie.

46. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:21
@Rudzia
Zawsze chetnie przyznaje sie do bledu.
Kosciol Matka Nasza ostatnio i mnie wprowadzil w niemala konfuzje decydujac o uznaniu za blogoslawionego (nie swietego) czyli beatyfikacji (nie kanonizacji) Jana Pawla II.
Z drugiej strony rozumiem to w ten sposob, ze po beatyfikacji (a przed kanonizacja) sprawa bedzie uregulowana kanonicznie tj. np. kult publiczny bedzie zawieszony (oj przydadza sie tu i tam pokrowce na figury czy obrazy).
W tym samym sensie rozumiem komisje ds. Majugorie, jako narzedie do monitorowania i ewentualnie pacyfikowania z mandatu papieskiego roznych dziwactw. Niestety odwrotnie niz w przypadku beatyfikacji JP2 tutaj komisja nie ma silnych podstaw kanonicznych (jesli wcale) i w zasadzie tak jak pisalem jedynym skutkiem (waznym kanonicznie) jej dzialanosci bedzie potwierdzenie zdania biskupa “nie uznaje nadzwyczajnym”…

47. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:23
@Jacek Ktokolwiek wie cos na temat jak dziala KRK wie rowniez, ze jesli komisja wkracza przed zakonczeniem objawien to tylko zeby zbadac dwie, wydane po sobie przez dwoch kolejnych biskupow decyzje w sprawie a nie dodac nowa…

48. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:41
Władysławie, jak ty uważasz beatyfikację Jana Pawła II za nieuprawnioną i chcesz chować jego obrazy, to źle z tobą, bracie. To znaczy, że nie słuchasz Koscioła.

49. Rudzia napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 11:43
Jacku to było tak. Rok temu. POjechał Schonborn. Naraził się biskupowi. Potem pojechał do Rzymu i stamtąd wysłał list przepraszający do biskupa miejsca. Ale jednocześnie nagadał Papieżowi. Powiedział mu, jeżeli owoce są dobre to drzewo też jest dobre. A dobrych owoców jest znacznie, znacznie więcej niż złych. Papież pomyslał i powołał komisję. Komisja była np. na corocznym spotkaniu młodzieży latem w Medjugorie. No i bada. A Medjugorie podlega już tylko Watykanowi. Biskup nic do niego nie ma. Pozdrawiam. Przeczytaj tę ksiązkę. Mówię ci.

50. KeyShot (słabej wiary) napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 12:03
@Rudzia, znowu ta sprzeczność: mówisz, że trzeba czekać na decyzje Watykanu, a z drugiej strony wyraźnie widać, że Ty swoją opinię już masz wyrobioną. Masz zbyt emocjonalny stosunek do całej sprawy, uczucia i odczucia zwyczajnie wyłączyły Ci zdoloność trzeźwego myślenia o Medjugorie i o tym, co się tam dzieje.

51. Wladyslawraginis napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 13:49
@Rudzia – To bylo tak “pojechal Schonburn*, obrazil biskupa” a Benedykt XVI na audiencji 15/01/2010 kazal mu go przeprosic… ow Schonburn wyslal biskupowi miejsca faks… do tego po… niemiecku. Nie wiem co pomyslal Papiez, ale zakladam, ze pierwsza mysla bylo “wpieprzacie sie Schonburn w nieswoje”. Tak oto, metoda faktow dokonanych, poprzez “prywatna wizyte” Schonburn podstawil pod sciana Papieza, ktory… wyslal komisje. Poniewaz nie bylo zadnej zmiany w prawie kanonicznym po 1983 roku nie ma trybu, w ktorym owa komisja moglaby “uznac” cokolwiek. Jednak, jak uczy przyklad Soboru Watykanskiego II kreatywnosc “ludu bozego, pod przewodnictwem kaplana” nie zna granic. Podobnie ignorancja tluszczy w sprawach wiary, powinnosci wiernych i posluszenstwa. Zabawne, a raczej smutne, ze wszyscy apologeci Gospy maja w d… posluszenstwo. Rownoczesnie wytykajac np. Bractwu Piusa X… schizme ;-) Chorwacki cyrk na kolkach. *) Schonburn to gosc, ktoremu nie przeszkadzaja blogoslawienstwa par homo w Walentynki w jego katedrze:

http://realitycheckdotie.blogspot.com/2006/02/cardinal-schonburn-approves-blessing_21.html

52. SzEm napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 15:58
To smutne co się stało z kardynałem Wiednia – szczególnie, że pochodzi z rodziny TAK ZASŁUŻONEJ DLA KOŚCIOŁA. Eh…

53. SzEm napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:03
A co do Medjugorie – postąpmy za radą rabbiego Gamaliela, nauczyciela św. Pawła Dz. Ap. 5,33-42:
33 Gdy to usłyszeli, wpadli w gniew i chcieli ich zabić. 34 Lecz pewien faryzeusz, imieniem Gamaliel, uczony w Prawie i poważany przez cały lud, kazał na chwilę usunąć Apostołów i zabrał głos w Radzie: 35 “Mężowie izraelscy – przemówił do nich – zastanówcie się dobrze, co macie uczynić z tymi ludźmi. 36 Bo niedawno temu wystąpił Teodas, podając się za kogoś niezwykłego. Przyłączyło się do niego około czterystu ludzi, został on zabity, a wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni i ślad po nich zaginął. 37 Potem podczas spisu ludności wystąpił Judasz Galilejczyk i pociągnął lud za sobą. Zginął sam i wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni. 38 Więc i teraz wam mówię: Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, 39 a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem”. Usłuchali go. 40 A przywoławszy Apostołów kazali ich ubiczować i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, a potem zwolnili. 41 A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia [Jezusa]. 42 Nie przestawali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie.

54. Jacek Schmidt napisał/a:
piątek, 28 stycznia 2011, 16:14
Szara Eminencjo: w przypadku Medjugorie rada Gamaliela nie bardzo ma zastosowanie. My nie mamy żadnej władzy np. wobec Rudzi (ja czy Władek). No i z biczowaniem byłby kłopot:( Raczej może zastosować 2 zasadę z powyższego tekstu: 2.W oparciu o zasady rozeznawania duchów każdy wierny (zwłaszcza pełniący funkcję duszpasterską) może urabiać sąd własny, wszakże z gotowością poddania się rozeznaniom i decyzji Kościoła. Dla lepszego wyjasnienia tej zasady napisałem 2 tekst podający wersję rozszerzoną, jak urabiać sobie własny pogląd… (obok wisi na Frondzie)

55. Daner napisał/a:
sobota, 29 stycznia 2011, 00:50
@Rudzia wejdź proszę na drugą część rozpoznawania objawień, to, co tam napisałem jest bardzo ważne!

LEKCJA DEMOKRACJI I PATRIOTYZMU – cz. 1

Na kilka dni przed Świętem Niepodległości zaproponowałem grupie dzieciaków z okolicy abyśmy wybrali się wspólnie na Marsz Niepodległości. Jest to grupa pomiędzy 10 a 13 lat z sąsiedztwa na starej Pradze, która dość regularnie przychodzi do mojej pracowni. Robię im na zasadach wolontariatu jakieś warsztaty plastyczne, czasem oglądamy filmy światopoglądowe na YT (potem dyskutujemy np. o złych i dobrych wpływach), często gadamy na różne tematy ważne dla ich życia…

Wracając do świętowania Niepodległości… Po uzyskaniu zgody rodziców (bez tego ani rusz) zebraliśmy się w niedzielę 11 listopada o godz. 13-tej. Każdy dostał flagę w barwach narodowych i tu pojawiła się pierwsza okazja do lekcji poglądowej, bo jeden z chłopaków przyniósł swoją „flagę kibica”… Bez trudu można było zobaczyć pierwszą różnicę – inny odcień czerwieni. Moje flagi przygotowane na Marsz Niepodległości w ilości 10 sztuk miały odcień karmazynowy, czyli taki kolor, jaki pojawił się na warszawskich kamienicach w listopadzie 1918 r. I tutaj pierwsza anegdota historyczna – wszyscy wtedy wywieszali biało czerwone flagi, przy czym kolor biały, wiadomo – powstawał z prześcieradeł. Natomiast ciemno-czerwony też był łatwo dostępny – pruło się poduszki zrobione z karmazynowego płótna, wypełnione powszechnym wtedy w użyciu pierzem. Po prostu ówczesny producent poduszek używał płótna w odcieniu karmazynowej ciemnej czerwieni.

Zarysowałem więc młodzieży obraz powszechnego entuzjazmu patriotycznego wyrażającego się w darciu poduszek, biało czerwonych barw wiszących z każdego okna i balkonu oraz latającego wszędzie pierza… Pewnie obraz lekko przerysowany, choć odpowiadający prawdzie i jaki przy tym przemawiający do wyobraźni – zwłaszcza kiedy pokazałem im faksymile kilkunastu plakatów patriotycznych z tamtego czasu, w tym litografię przedstawiającą rozbrajanie niemieckiego żołnierza przez warszawskich chłopaków!

W roku 1927 na bazie zmian po uchwaleniu Konstytucji Marcowej (np. karygodna zmiana wolnomyślicielska dotycząca wyglądu Orła w herbie Polski) zmieniono decyzją Sejmu II RP także kolor czerwieni w polskiej fladze na cynober.

Oczywiście młodzież nie wiedziała, jaki to odcień, ale już czuli, że to nie jest ta czerwień używana powszechnie w czasie ostatniego Euro2012… Pokazałem im farbę i wyjaśniłem, że aktualnie obowiązująca czerwień cynobrowa (jeśli użyć określenia porównawczego) to kolor truskawkowy. Na marginesie dodam, że istnieją oczywiście standardy kolorystyczne (np. powszechne w grafice komputerowej to system RGB lub CMYK); i w jednym z powszechnie stosowanych systemów RAL, kolor truskawkowy to RAL3018, co jest ustawowym kolorem, barwą narodową Polski, obok białego (przy czym biel oczywiście też ma swoje oznaczenie cyfrowe).

Nikt z młodych ludzi „nie czaił” dlaczego czerwień „flagi kibicowskiej” (na której dodatkowo był orzeł w żółtej koronie, ale bez czerwonego tła godła) – dlaczego ta czerwień jest nie do przyjęcia. Użyłem nawet słowa „profanacja polskiej flagi”, gdyż była to klasyczna czerwień międzynarodówki komunistycznej (np. taka jest na fladze chińskiej). Istnieje bowiem ohydna w swej jaskrawości czerwień typowa dla międzynarodowego proletariatu, która nie ma nic wspólnego z polskimi barwami narodowymi. Producenci gadżetów dla kibiców kompletnie nie jarzą tej rzeczywistości i niemal powszechnie używają barwy czerwieni kominternowskiej, co jest swoistego rodzaju chichotem historii podległości Polski, która miała być w roku 1918 raczej kolejną radziecką republiką rad w obłędnych planach lewicowych towarzyszy spod znaku sierpa i młota.

Tak uświadomiona młodzież wyruszyła w gronie dwóch dorosłych (w sumie było nas dziewięcioro) o godz. 13.30 powiewając flagami biało czerwonymi w kolorach historycznych z roku 1918. Tramwajem dotarliśmy do Ronda Waszyngtona obok Narodowego… Basenu (tymczasowego imienia ministry Muchy), a stamtąd już na piechotę przez Poniatowszczaka idąc samym środkiem po torach tramwajowych (malownicze zdjęcia). Towarzyszyła nam piękna, słoneczna jesienna aura nastrajająca optymistycznie do świata i mijających nas po chodnikach przechodniów.

Nasz młodzieńczy optymizm nieco został nadwątlony, gdy dotarliśmy do ronda z warszawską palmą, gdyż drogę zagrodził nam szpaler gapiów oglądających paradę historyczną. Zdaje się, że był to ciąg oficjalnej demonstracji prowadzonej przez Prezydenta B. Komorowskiego od pomnika do pomnika. Nie można było przejść, gdyż szły oddziały grup rekonstrukcyjnych, a policja pilnowała przejścia. Swoją drogą co to za pomysł wzięty żywcem z czasów głębokiego PRL, aby Głowa Państwa szła na czele pochodu… Prezydent jest od przyjmowania takiej parady, pochodu, czy demonstracji patriotycznej na trybunie honorowej. Ale potem przyszła mi jednak refleksja, że może to jednak dobrze że Prezydent idzie, a nie stoi… Jeszcze by wpadli na pomysł, aby trybunę ustawić pod tą nieszczęsną palmą ze względu na symbolikę skrzyżowania ulic Nowego Świata (przecież wiadomo, że idzie o budowę nowego światowego porządku „New World Order”) i Alei Jerozolimskich (słuszny kierunek…) obok dzisiejszej Giełdy (dawnej siedziby Komitetu Centralnego PZPR). Z tej wizji historiozoficznej wyrwało mnie ciągnięcie za rękaw i stwierdzenie młodocianego prymusa: „Proszę Pana, a te panie mają patriotyczne kotyliony”.

Zawrzałem wewnętrznie, bo faktycznie dwie panie w wieku balzakowskim stojące obok nas faktycznie miały… kotyliony prezydenckie z czerwonym środkiem (odcień truskawkowy) i białą otoczką. „Prezydenckie”, bo Kancelaria pana Prezydenta nagłośniła bardzo akcję robienia owych „kotylionów” przez Parę Prezydencką z dziećmi. Kancelaria zdążyła przed świętem skorygować, że nie kotyliony, tylko kokardy, no ale owe kotyliony utrwaliły się w odbiorze społecznym, bo przez wcześniejsze dwa lata były „kotyliony”, jak czytamy np. w „Nesweeku”: „[Prezydent] rok temu zorganizował akcję „Kotylion 2011”, w ramach której przygotowywał ozdoby z przedszkolakami. Tyle tylko, że rozeta, której przypinanie propaguje prezydent, to kokarda narodowa, która z kotylionem nie ma nic wspólnego. – Kotylion to obraźliwa nazwa dla kokardy narodowej. Prezydent w tej sprawie zdecydowanie namieszał – mówi Newsweekowi.pl Alfred Znamierowski, heraldyk i weksylolog, czyli specjalista od flag i barw. Jego słowa potwierdza Jarosław Pych kustosz Muzeum Wojska Polskiego. – Kotylionem nazywamy ozdobę, którą przypinano na głowę koniom po udanym wyścigu. Słowo ‘kotylion’, w odniesieniu do kokardy narodowej, jest używane w Stanach Zjednoczonych. Ale w Polsce nigdy – podkreśla.”

Więc wyjaśniam, że kotyliony to mogą nosić ułani (albo inne malowane chłopaki, byle nie z oddziałów prewencji aktualnej władzuchny) podczas balu karnawałowego, jak im która panna przypnie w zamian za otrzymany bukiecik kwiatów. Sławne pod tym względem były bale kotylionowe ułanów we Lwowie za sanacyjnych czasów, kiedy to chwaccy ułani wprowadzali na pierwsze piętro sali balowej konia z koszem kwiatów. Wręczali owe bukiety swoim wybrankom przyklękając na jedno kolano i w zamian dostawali barwne kotyliony. Jest to nawiązanie do tradycji rycerskich turniejów, gdy rycerz występował do pojedynków w szarfach symbolizujących swoją Panią, której był sługą i adoratorem. Jest jeszcze jedna forma występowania kotylionów, mianowicie dekoruje się nimi konie na wyścigach, czy podczas pokazów końskich zaprzęgów, wtedy kotyliony końskie powszechnie występują z szarfami (są przypinane przy uździe na wysokości oczu konia).

Skoro to mamy wyjaśnione, to czym jest Kokarda Narodowa związana ze Świętem Niepodległości? Według Wikipedii: „Kokarda jest kolistą rozetką złożoną z dwóch kolorowych wstążek. Według zaleceń średnica kokardy narodowej powinna wynosić od 4 do 6 cm i powinna składać się z dwóch okręgów białego centralnego oraz okalającego go czerwonego. Zgodnie z heraldycznym znaczeniem barw kokarda odwzorowuje godło Królestwa Polskiego: białego orła na czerwonym polu.” Może warto w tym miejscu nadmienić, że polskie barwy narodowe po raz pierwszy zostały za takowe uznane w dniu 3 maja 1792 roku na mocy Ustawy Rządowej. „Biało czerwone to barwy niezwyciężone” – skandowali wielokrotnie uczestnicy Marszu Niepodległości, który cały był wręcz zanurzony we flagach i transparentach. I to jest prawda, gdyż mogliśmy przegrywać bitwy i kampanie, doświadczać traumy powstań unurzanych we krwi i katorżniczych prześladowaniach. Jednak Polska jest niezwyciężona, gdy staje w Prawdzie, którą jest BÓG, HONOR i OJCZYZNA.

No dobrze, ale o co chodzi z tą kokardą narodową? – spyta Czytelnik śladem mych zniecierpliwionych młodych adeptów patriotyzmu (wszyscy oni pierwszy raz w życiu uczestniczyli w ulicznej demonstracji). Otóż kokarda ta jest znakiem narodowym, pod którym mają się łączyć Polacy. Taki znak został ustanowiony przez Sejm Królestwa Polskiego w lutym 1831 roku w następującej Uchwale: „Izba Senatorska i Izba Poselska po wysłuchaniu Wniosków Komisji Sejmowych, zważywszy potrzebę nadania jednostajnej oznaki, pod którą winni się łączyć Polacy, postanowiły i stanowią: Artykuł 1. Kokardę Narodową stanowić będą kolory herbu Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, to jest kolor biały z czerwonym. Artykuł 2. Wszyscy Polacy, a mianowicie Wojsko Polskie te kolory nosić mają w miejscu gdzie takowe oznaki dotąd noszonymi były.” Wtedy też określono, że ma to być rozeta, ale (tu uwaga) wcale nie było jasne, czy kolor biały ma być w środku, czy na zewnątrz. Piszę o tym dlatego, ponieważ zdarza się, że niektórzy publicyści kpią sobie z Pana Prezydenta, że promował „kotyliony indonezyjskie” z czerwonym w środku (tak było w zeszłych dwóch latach).
Otóż… niekoniecznie kpina jest trafiona (przyznajmy – to rzadkość wobec aktualnej Głowy Państwa). Kokardy Narodowe były używane przez powstańców w 1846 w Krakowie i w 1848 w Poznaniu, a także w Powstaniu Styczniowym 1863 roku. Używali je niektórzy Legioniści Piłsudskiego, a także Powstańcy Wielkopolscy w 1918 roku. Ale np. na obrazie Artura Grottgera szlachcianka przypina klęczącemu powstańcowi styczniowemu Kokardę z czerwonym w środku, taka sama kokarda występuje na rogatywce 1 Pułku Ułanów Legionów Polskich w latach 1914-18. Istotne jest jednak to, że po odzyskaniu Niepodległości ustaliło się w polskiej heraldyce, że Kokarda Narodowa powinna być biała w środku na czerwonym tle, gdyż biel symbolizuje Orła Białego w czerwonym Herbie.

Ale z tych rozważań historycznych pora wrócić do rzeczywistości 11 listopada 2012 r., czyli staliśmy w szpalerze obserwujących grupy rekonstrukcyjne różnych historycznych oddziałów polskiego wojska u zbiegu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich kilkanaście minut, aż przemarsz na chwilę się zatrzymał. Pozwoliło nam to przecisnąć się na drugą stronę i spokojnie dotrzeć do Ronda Dmowskiego. Był wtedy kwadrans po godzinie 15-tej i w planie pierwotnym mieliśmy dotrzeć do dworca Warszawy Śródmieście, gdzie gromadziła się demonstracja organizowana przez Kluby Gazety Polskiej. Jednak od znajomego organizatora dowiedziałem się przez telefon, że ten sektor Marszu Niepodległości wyruszy jako część ostatnia. Na początku Marszu ma iść Komitet Organizacyjny, posłowie, potem czołówka uformowana z Placu Defilad (stosuję tu dawną nazwę z przyzwyczajenia), którą ma prowadzić ciężarówka z nagłośnieniem. Postanowiłem ulokować się z moją grupką właśnie blisko tej czołówki prowadzącej Marsz, dlatego poszliśmy na środek placu, blisko megafonu organizacyjnego.

Na marginesie uwaga na temat frekwencji, ponieważ widziałem w internecie, że jedna z wiodących stacji głównego nurtu (ściekowego) podała liczbę 20 tysięcy uczestników. Jeżeli jednak przypomnimy sobie entuzjastyczną Strefę Kibica w tym samym miejscu kilka miesięcy temu, to wtedy oceniano kibiców na liczbę między 70 a 100 tysięcy podczas meczów naszej reprezentacji piłki kopanej. Zwykła przyzwoitość wymaga (przez weryfikację wizualną), że na samym placu było mniej więcej tyle samo ludzi teraz. Jeśli nie więcej, bo trudno oszacować liczbę Marszu pod organizacją Gazety Polskiej, gdyż te grupy stały na przestrzeni od dworca Warszawy Śródmieście do Ronda Dmowskiego. Więc szacunkowo ta telewizornia „rypła się” zaniżając liczbę pięciokrotnie. Może z powodu owego „złudzenia optycznego” ta „dobra i sympatyczna” demonstracja prezydencka została oceniona na 10 tysięcy, podczas gdy wiarygodni świadkowie twierdzą, że tych oficjeli (razem z BOR i urzędnikami) mogło być do 3 tysięcy maksimum (i to na początku jedynie, bo urzędasy po drodze się zmywali). No więc tak się „dwoiło i troiło” na zasadzie wahadła w zależności od słuszności kierunku Marszu.

Pamiętam, jak na 22 lipca 1980 roku uczestniczyłem w pochodzie mas pracujących miast i wsi na tymże Placu Defilad, w dresie… sportowca Legii. Byłem wtedy w wojsku (jako szeregowy, przed studiami) w kompanii reprezentacyjnej Podhalańczyków (Specjalny Batalion Piechoty Górskiej z Wadowic). Najpierw była defilada przed Grobem Nieznanego Żołnierza, a potem szybko nas przebrali i od ul. Królewskiej robiliśmy za sportowców… Warszawiaków wymiotło wtedy, tylko wokół trybuny, jeszcze z tow. Gierkiem na czele smętnie stali jacyś funkcyjni przedstawiciele ORMO, staruszkowie ze ZBOWiD-u i delegacje robotnicze.

Jak to koło historii dziwnie się zatoczyło… Ale dość tych dygresji. Nasza grupka stała mając z tyłu za sobą silną grupę chłopaków z ONR (Obóz Narodowo Radykalny) nomen omen ze Stalowej Woli z ogromnym transparentem „Bóg – Honor – Ojczyzna”. Natomiast przed nami stała grupa studentów płci obojga z Warszawy – ewidentnie Młodzież Wszechpolska. Można by rzec, że znalazłem się między Scyllą i Harybdą na okres mniej więcej 40 minut, bo tyle mniej więcej czekaliśmy by Marsz ruszył. Gdybym był sam, to pewnie przeszedłbym na sam przód, ale z tymi dzieciakami nie było sensu się ruszać.

W pierwszym względzie trzeba było czuwać nad nimi – tu należy nadmienić, że jeszcze przed wyruszeniem mieliśmy z nimi pogadankę na temat zachowania się na demonstracji od strony bezpieczeństwa. Mieli zapisany telefon interwencyjny do organizatora, a także każdy miał moją wizytówkę z moimi danymi jako dorosłego opiekuna. Mieli chusteczki i szaliki do zasłonięcia ust na wypadek gazu łzawiącego (oj – przydały się!), a także takie instrukcje, że bez względu na rozwój sytuacji trzymamy się razem, nie panikujemy i nie uciekamy, tylko stosujemy bierny opór (łącznie z odmową zeznań). Jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże, a poza tym – byliśmy na praktycznej lekcji demokracji i patriotyzmu.

Ruszyliśmy o godzinie 16.10 według daty na zdjęciu wykonanym przeze mnie. Tak ten wymarsz się ułożył, że znaleźliśmy się raczej w drugiej części Marszu. Zatrzymaliśmy się dokładnie na Rondzie Dmowskiego (skrzyżowanie Marszałkowskiej z Jerozolimskimi) i na kolejnym zdjęciu widnieje godzina 16.30. Po mniej więcej 10 minutach rozległy się megafony policyjne przy odgłosach petard hukowych i różowym poblasku. Dolatywała informacja, że Marsz został rozwiązany i Policja wzywa do rozejścia się. Tłum się nie ruszał, gdyż był wpuszczony w taki kanał ulicy Marszałkowskiej do ulic Nowogrodzkiej i Żurawiej – jak to widać z innych relacji wszystkie tamte wyjścia były zastawione przez podwójne kordony Policji z tarczami i w hełmach bojowych. Byliśmy z samego tyłu, gdzie także stały formujące się kordony Policji po obu stronach Alei Jerozolimskich oraz z tyłu – przy Domach handlowych. Postanowiliśmy w tym momencie nie tyle się wycofać, co obejść hotel Novotel, by spróbować dojść do czoła Marszu.

Przeszliśmy obok milczącego kordonu Policji (dzieci machinalnie kurczowo się nas trzymały) i szybciutko doszliśmy do wylotu ul. Nowogrodzkiej do Marszałkowskiej stając na takim podwyższeniu, schodach przy Novotelu. Przed naszymi oczami rozwijała się właśnie w całej niemal okazałości akcja „polskiej” Policji, której zadaniem teoretycznie ma być ochrona polskich obywateli. Dla stojącej z nami młodzieży rozpoczynała się prawdziwa lekcja demokracji i patriotyzmu w odsłonie z 11 listopada 2012 r. Powiedziałem wtedy do nich: „patrzcie uważnie i zapamiętajcie tę lekcję na zawsze, bo wy będziecie to kontynuować za parę lat”. Ale o tym, co widzieliśmy w części drugiej mojej relacji…

Jedna godzina z życia

Artykuł ten został umieszczony na blogowisku Frondy w kategorii “Modlitwa” 24 października 2010 r. Ponownie go publikuję, ponieważ mój blog został 3-krotnie zbanowany przez administrację tego portalu “chrześcijańskiego” i nie ma już tam moich artykułów od sierpnia 2012 r. Zamieszczam go na swoim autorskim blogu wraz z ówczesnymi komentarzami…

Czas tak szybko biegnie… godzina za godziną, dzień za dniem. Niedawno było gorące lato, a oto już zima niemal za oknem… Aby “zobaczyć” płynący czas wystarczy jedno proste ćwiczenie – zbadajmy czas jednej minuty; popatrzmy na zegarek przez jedną minutę – oto czas, który ucieka i nigdy nie wraca… Postanowiłem zobaczyć, co Ewangelia św. Jana mówi o czasie jednej godziny?

Czytamy w J 2,4 że godzina Jezusa jeszcze nie nadeszła… O jakiej godzinie mówi Jezus, jaka jest Jego godzina? Przypomina nam się chwila, kiedy to pod krzyżem Jezus powierza swoją Matkę swemu uczniowi. Jest powiedziane, że od tej godziny ów uczeń wziął Ją do siebie. To orientuje nas, że godzina Jezusa jest związana z obecnością Maryi. Matka Jezusa jest przy tych chwilach, które Jezus określa, jako swoją godzinę. Maryja kroczy razem z Jezusem, idzie z Nim Jego czasem, od dzieciństwa, aż do śmierci. Nieco dalej Jezus zapowiada, że ta godzina przychodzi (J 4,21-23), a nawet stoi za drzwiami, już jest blisko… (J 5,25).

Co to za godzina? Wyjaśnienie znajdujemy w J 12,23-28 – Jezus przyszedł na tę godzinę… Są to zmagania z ciemnością.

Kto oglądał film “Pasja” ten był niemal naocznym świadkiem tych zmagań ujętych we wstrząsające obrazy filmowe. Warto zadać sobie pytanie, w jaki sposób Jezus wchodzi w tę godzinę? Z lękiem, bez odwagi? Czego oczekuje? Jezus stwierdza, że oczekuje zwycięstwa, a także by Jego Ojciec został wsławiony!

W tej godzinie toczy się walka, w efekcie tego zmagania Chrystus zostaje wrzucony do ziemi, jak ziarno, które musi obumrzeć, aby narodziło się nowe życie. Przychodzi taki moment w życiu Jezusa, kiedy ta godzina nadchodzi – J 13,1.

Jezus wiedział, że nadeszła jego godzina. Godzina Jezusa Chrystusa zaczyna się w najciemniejszej ciemności (J 13,30)! Była to godzina zdrady bliskiego człowieka. Następuje zapieranie się miłości i ucieczka wszystkich jego przyjaciół i uczniów – jest to najgorsza chwila w życiu – i teraz Syn Człowieczy jest wsławiony!

Teraz – gdy zostajesz sam, gdy jesteś zdradzony i opuszczony, gdy ciemność jest najciemniejsza – przychodzi zwycięstwo Jezusa Chrystusa!

Dzisiaj świat jest w ciemności, ponieważ błądzi. Świat nie rozpoznał drogi z Bogiem i odrzucił Jezusa Chrystusa! Jakie są owoce? Zło, ciemności, zdrada, pieniądze jako bożek, gwałt, śmierć, zagrożenie, ból, wyzysk – to są owoce świata…
Jezus wchodzi w tę ciemność dzisiejszego świata. Chrystus przychodzi jako miecz, który przecina ciemność, śmierć i nienawiść sprzeciwiając się zdradzie 30 srebrników i fałszywym autorytetom. Bóg przecina zaćmioną ciemność dzisiejszego świata swoim Słowem. Jest to walka zwycięska, ponieważ Jezus już zwyciężył przez swe zmartwychwstanie. Oto dowód, że mylą się ci, którzy gdzie indziej pokładają nadzieję i wiarę! Ta walka właśnie się dokonuje na naszych oczach, ponieważ nigdy dotąd w historii świata nie było takiej ciemności i takich paroksyzmów zagrożenia jak dzisiaj.

Być może w twoim życiu istnieje ciemność. Może jesteś sam i nie wiesz, w którą stronę masz się zwrócić. Może stało się tak, że zostałeś zdradzony i opuszczony, a twoje serce płacze za sprawiedliwością i miłością. Nie znasz drogi, a ciemność wydaje się tak gęsta – nie wiesz jaka będzie przyszłość jutrzejszego dnia. Nie masz już sił, aby walczyć. Widzisz – jest Ktoś, kto już przeszedł przez dolinę śmierci.

Zwyciężasz w Jezusie – krocząc z Nim w ciemności dzisiejszego świata…

Ile czasu upłynęło w czasie czytania tego felietonu? Jakieś kilka minut. Gdybyś miał jeszcze przed sobą jeszcze kilkanaście minut życia i chciałbyś coś naprawić w życiu? Co byś czynił? Był taki święty, który powiedział, że żyłby tak jak do tej pory…

Na czym polega ostatnia godzina? Na tym, że liczy się “ostatnie moje teraz”. Nie możemy żyć przeszłością. Może coś planujemy na przyszłość i chcemy coś zmienić w życiu i w otoczeniu. Ale przyszłość nie zależy od nas. Teraz – tu i teraz się nawracamy! Zróbmy jeszcze raz miarę czasu. Św. Jan mówi o boju jaki się toczy w ostatniej godzinie ciemności.

Zło się grupuje, a Judasz odchodzi…

Jezus przemógł ciemność twego życia. On jest żywy i zmartwychwstały. Upłynęła kolejna minuta życia. To nie jest nasza walka, nie my zwyciężamy – JEZUS ZWYCIĘŻA!

Może teraz jest dobry czas, aby przez kolejną minutę wspomnieć Jezusowi o chorym, który jest w twoim domu, wspomnij przyjaciela, którego nie ma tutaj, może jest daleko od Jezusa, wspomnij twoich rodziców… Mija kolejna minuta naszego życia… Jezus żyje i jest z nami aż po kres naszych dni.

Odsłon: 373
Komentarze: 4

nn. napisał/a: niedziela, 24 października 2010, 23:16 – A jednak lękam się tej godziny…Jak On… Często rozmyślam nad cierpieniem Chrystusa w ogrodzie Getsemani. Nad Jego trwogą przed tą godziną. Trwogą zwyczajną, ludzką…Podobno pocieszał Go Anioł… Liczę na mojego…

Grażyna 55 napisała: poniedziałek, 25 października 2010, 08:07 – Carlo Maria Martini SJ w książce pt. “Kochać Jezusa” (medytacje nad Ewangelią św. Jana) tak pisze o tej godzinie: “Owa ‘godzina’, towarzysząca Jezusowi od początku do końca (pragnienie godziny, godzina która nadchodzi, która zostaje zapowiedziana, która nadeszła), wyraża wolę ofiarowania swego życia, obecną w całym istnieniu Jezusa. Od samego początku jest On gotów ofiarować siebie i zmierza ku chwili ofiary, która będzie ‘Jego godziną’, czyli momentem przewidzianym przez Ojca. Przez całe życie Jezus objawia się jako Syn, który oddaje siebie Ojcu, zmierza ku całkowitemu wypełnieniu zamysłu Bożej miłości. Kiedy ów zamysł miłości zażąda od Jezusa ofiary z życia na krzyżu, posłuszeństwa wobec Ojca – wtedy wybije Jego ‘godzina’.”

Zakrystianka72 napisała: poniedziałek, 25 października 2010, 09:34 – Jezu ufam Tobie i niech Twoja wola dzieje się w moim życiu!

Gojga napisała: wtorek, 26 października 2010, 02:32 – Dobrze, kiedy się rozważa tę godzinę i to przez Chrystusa i razem z Nim, dobrze, jak się przygotowuje na tę godzinę, choć budzi lęk i trwogę, w moim przypadku lęk przed bólem fizycznym. Zbyt mało rozważamy o ostatniej godzinie naszego ziemskiego życia, za mało oswajani z rzeczywistością śmierci, pewną dla każdego z nas, nie jesteśmy w należyty sposób przygotowywani do przejścia, dlatego bardzo Ci Jacku dziękuję za poruszenie tego tematu. To dobry klucz do głębokiej zmiany serca i sumienia i do tego, aby śmierci się przestać bać. Poukładać osobiste życie tak, aby nie być zaskoczonym, gdy przyjdzie jak złodziej. Pojednanie z Panem i bliskimi, codzienna modlitwa, Eucharystia i pełne zawierzenie Temu, który śmierć pokonał to najlepsze, co możemy zrobić dla naszej godziny ostatniej tu na ziemi. Obcując ze śmiercią bliskich, usługując umierającej Teściowej, swemu Tacie, a teraz pomagając godnie dożyć ostatnich dni Mamie, doświadczam niezwykłych lekcji miłości, pokory i Bożego spojrzenia na wartość życia, tego pokaleczonego, pomarszczonego, niesprawnego, starego i według świata już niepotrzebnego, bo „starość Panu Bogu się nie udała”. Dla mnie to też lekcja odwagi i skarb na moją ostatnią godzinę życia.

Twórczość chrześcijańska – rzemiosło w Duchu Świętym

Zajmuję się malarstwem, fotografią artystyczną i portretową, grafiką użytkową… Miałem w sumie ponad 30 wystaw indywidualnych, uczestniczyłem w wielu zbiorowych. Byłem stypendystką Ministra Kultury i dziedzictwa Narodowego z plastyki w roku 2010. Zorganizowałem też dziesiątki wystaw jako ich kurator w dwóch galeriach, 4-krotnie byłem komisarzem plenerów malarskich. Jestem także członkiem ZPAP, prowadzę Otwartą Pracownię Wizytującą PRAGA del ARTE (profil znajduje się na Facebooku), gdzie w zasadzie jestem edukatorem sztuki. Wypowiadam się na temat sztuki współczesnej na różnych forach pozainternetowych, a poniższy tekst powstał w roku 1997, kiedy to po raz ostatni organizowałem spotkania muzyków – chrześcijan w Ludźmierzu… Dlatego też treść jest ukierunkowana na muzykę.

Twórczość chrześcijańska – rzemiosło w Duchu Świętym
Tworzenie (łac. “creatio”) jest równocześnie spontaniczną i uświadomioną reakcją człowieka, który odtwarza, ustanawia, wprowadza, mianuje, interpretuje rzeczywistość, nadając jej cechy indywidualne wynikające z osobistej pracy twórczej. Ta nieco skomplikowana definicja pokazuje jednak, że twórczość człowieka jest reakcją złożoną, która u swych korzeni zawsze ma odniesienie do Stwórcy stworzeń. Człowiek ukształtowany na obraz i podobieństwo Boga ma zakodowane pragnienie tworzenia. Jednakże człowiek nie może stworzyć nowego świata, zawsze jest odtwórcą, który naśladuje Boga – Stwórcę, czyli “Tego, który daje byt”. Melchizedek błogosławiąc Abrahama mówi: “Niechaj Bóg Najwyższy, Stwórca nieba i ziemi, udzieli tobie, Abramie, dóbr wszelkich” (Rdz 14,19).

Twórczość chrześcijańska jest zatem adoracją świętości i wielkości Boga – Stwórcy, ale też wynika z twórczego dziękczynienia za wszelkie dobra, których Bóg nam udzielił. Chrześcijanin jest człowiekiem “będącym pod wrażeniem bliskości Boga”. Artysta chrześcijański posiada przywilej adorowania Boga w akcie twórczym, ponieważ posiada talenty dane mu od Stwórcy, pozwalające często na bezpośrednie spotkanie człowieka z Bogiem, poprzez przeżycie artystyczne. Dostrzegamy w tym możliwość zachwytu Ezechiela, patrzącego na Chwałę Pańską (zobacz: Ez 1,28), Dawida przenikniętego uwielbieniem pełnym zachwytu (zobacz: np. Ps 5,8; 95,1-6), czy powalonego na ziemię Szawła (zobacz: Dz 9,4) wobec objawiającej się mocy Zmartwychwstałego Chrystusa.

Reakcja chrześcijanina, który za pomocą swego talentu artystycznego wyraża w swoim dziele twórczym adorację i uwielbienie Boga, wypływa z serca człowieka napełnionego Duchem Świętym. Nowość i inność sztuki chrześcijańskiej wypływa bowiem z oddawania czci Bogu “w Duchu i w prawdzie” (zobacz: J 4,24). Sztuka chrześcijańska nie polega więc na zewnętrznych formach (np. tematach “religijnych” lub formie “łagodnej i radosnej”), ponieważ artystą chrześcijańskim jest ten człowiek, który poświęcił się całym swoim jestestwem poddając się pod panowanie Jezusa Chrystusa (zobacz: 1 Tes 5,23 i 1 Kor 3,22nn). Oddawanie czci Bogu realizuje się w świątyni Ducha Bożego, czyli w Ciele Jezusa Chrystusa (zobacz: J 2,19-22) w życiu tych, którzy prawdziwie narodzili się z Ducha (zobacz: J 3,8). Dlatego artystą chrześcijańskim jest ten, kto swoją sztuką dołącza się do adoracji Syna, w którym Ojciec ma upodobanie (zobacz: Mt 3,17). Artyści są tymi, którzy znajdują się na czele tego uwielbienia: “ABBA Ojcze!” (zobacz: Ga 4,4-9 i Ap 4,10 i 15,3nn).

A zatem relacja osobista czyni cię artystą napełnionym Duchem Świętym, a nie treść twego dzieła. Wszystkie gesty artystyczne (słowa, obrazy, dźwięki, ruch) są chrześcijańskie, kiedy są przeniknięte Duchem Świętym, ponieważ wtedy budują Królestwo Boże na ziemi. W 35 rozdziale Księgi Wyjścia Mojżesz przedstawia Boży sposób przygotowania artystów do budowania Świątyni Ducha (zobacz: Wj 35,30-36,1). Widzimy, że artyści ci otrzymali od Boga mądrość, rozum, wiedzę i znajomość wszelkiego rzemiosła, ale przede wszystkim Bóg napełnił ich Duchem Bożym. Ich umiejętności artystyczne były darem Ducha Świętego, tak samo jak ich zdolność pojmowania tajników tworzenia wynikała z natchnienia Pana. Mimo wcześniejszych wskazówek danych Mojżeszowi, artyści i rzemieślnicy potrzebowali ze strony Ducha Świętego daru umiejętności, aby właściwie wykonać te instrukcje. Można powiedzieć, że artyści obdarzeni przez Boga naturalnymi talentami, potrzebują natchnienia Ducha Świętego (nie należy tego mylić z tzw. “weną twórczą”), który nadaje rzemiosłu artystycznemu wymiar duchowy.

Cała aktywność człowieka na ziemi została przedstawiona w Biblii w trzech kierunkach. Czytamy o tym w Księdze Rodzaju w opisie potomków Kaina: “Ada urodziła Jabala, on to był praojcem mieszkających pod namiotami i pasterzy. Brat jego nazywał się Jubal; od niego to pochodzą wszyscy grający na cytrze i flecie. Silla – ona też urodziła Tubal-Kaina; był on kowalem, sporządzającym wszelkie narzędzia z brązu i z żelaza” (Rdz 4,20-22). W tym symbolicznym opisie zostały przedstawione zasadnicze kierunki aktywności człowieka: praca na roli w celu uzyskania pożywienia; twórczość artystyczna (tutaj akurat muzyczna) i wreszcie praca wytwórcza, związana z produkcją użytecznych przedmiotów. Muzyka i sztuka w samym początku została oddzielona od celów pragmatycznych i użytkowych. Pismo Święte jasno przedstawia nam rolę muzyki w następujących kontekstach:

Radość, radowanie się – Wj 15,1-21; Lb 21,17

Świętowanie, uroczyste obchodzenie świąt – Wj 31,27; Sdz 11,34; Iz 24,8; Łk 15,25

Ucztowanie – Iz 5,12; 1 Krn 15,27-28

Rola sztuki w głoszeniu Dobrej Nowiny – Iz 48,20

Obecność sztuki w pracy – Iz 5,1; Iz 16,10

Funkcja muzyki w uwolnieniu od zła i ciemności – 1 Sm 18,6-7; Dz 16,25-26

Funkcja muzyki podczas walki, jej rola w zwycięstwie – 1 Sm 18,6-7; 2 Krn 20,27-28

Muzyka spełnia głównie funkcję błogosławieństwa, ponieważ jest ona odpowiedzią na każde dzieło Boże, które zostało nam objawione. Dlatego muzyka i śpiew są w chrześcijaństwie tak bliskie dziękczynieniu i uwielbieniu jako swoiste wyznanie naszej wiary. Dźwięki muzyczne nadają temu wyznaniu harmonię prostoty wzywającej wszystkich do śpiewania chwały Panu. Czynią to trzej młodzieńcy wrzuceni do pieca ognistego w swoim kantyku (zobacz: Dn 3,51-90). Naturalnym zatem się staje zespolenie śpiewu i modlitwy, zwłaszcza modlitwy wspólnej: “…napełniajcie się Duchem, przemawiając do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach. Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!” (Ef 5,18b-20).

Muzyka natchniona powoduje rozkwit w naszym życiu owoców Ducha Świętego (zobacz: Ga 5,22-23), kształtuje pozytywne chrześcijańskie nastawienie i rozwija radość z tego, co otrzymaliśmy w życiu od Pana Boga. Dlatego św. Paweł mówi: “Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z całym swym bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego.” (Kol 3,12-17).

Światło w nocy ciemnej

Prezentuję kolejny wybrany artykuł z archiwum mego bloga na Frondzie, tym razem na temat depresji. Zamieszczam także wybrane komentarze.

Światło w nocy ciemnej

Dodano: czwartek, 14 października 2010, 23:02

Miałem w swoim życiu okres kilku depresyjnych miesięcy w końcu lat 90-tych… Gromadzące się od dłuższego czasu problemy ogarnęły mnie wtedy ze wszystkich stron, poczynając od relacji w rodzinie, skończywszy na braku pracy i pogłębiających się problemach materialnych. Mam skłonność do izolowania się – zaniedbuję wtedy osobistą modlitwę, zamykam się w sobie, chcę uciec w “zamknięcie przed złym światem”. Wiem przy tym, że jest to skłonność niedobra, z którą muszę się zmagać w zasadzie całe swe życie. Jednak w tamtym momencie stan najpierw przygnębienia, a potem obezwładniającej izolacji był bardzo mocny. W zasadzie objawiał się tym, że nie miałem siły witalnej by wstać z łóżka. Ktoś może zarzucić lenistwo, ale to nie było to, gdyż odkąd pamiętam zawsze byłem bardzo aktywny. Dużo pracowałem, często aż do przesady. Aż tu nieoczekiwanie przyszedł taki ciężar. Rano po przebudzeniu byłem tak zmęczony, że nie byłem wstanie normalnie funkcjonować. Ogarnął mnie stan koszmarnej beznadziejności, braku jakiejkolwiek perspektywy.
Nie byłem wtedy świadomy, że rozpoczęła się u mnie choroba depresji, jednak miałem świadomość, że jakbym dobiegł do kresu życia, że nie mam siły żyć dłużej… Wracając do tego stanu samopoczucia emocjonalnego i psychicznego widzę taką wewnętrzną ciemność, która chciała mnie jakby pochłonąć, tak jakbym był wssysany przez rzeczywistość bez nadziei i bez przyszłości. Nie myślałem o śmierci, gdyż wiara moja wzbraniała się przed tym, jednak nie byłem w stanie nawet się modlić. Zapewne możliwe jest w takiej sytuacji popełnienie samobójstwa, rozumiem także, że można popaść w chorobę psychiczną mającą charakter trwały i trudno uleczalny. Mogę powiedzieć, że otarłem się o tą świadomość.

Dziś z perspektywy widzę, jak bardzo Boża opatrzność czuwała nade mną, by nie dać mi się pogrążyć. Odwiedził mnie (ni stąd ni zowąd) pewien człowiek, który zaczął ze mną rozmawiać o św. Janie od Krzyża. Rozmawiać to może za duże słowo – po prostu opowiadał mi o Jego życiu, zwłaszcza o doświadczeniu “nocy ciemnej”. W przedziwny dla mnie sposób odkryłem, że ten wielki święty i Doktor Kościoła został doświadczony sytuacją traumatyczną – mowa o kilkumiesięcznym uwięzieniu – i w całym tym doświadczeniu skrystalizowała się Jego duchowość. Ta ciemność, która Go dotknęła, nie pokonała jego duszy – wręcz odwrotnie – stała się punktem wyjścia dla “mistyki nocy ciemnej”. Słuchałem tej relacji i tak jakby Boże światło zaczęło przebijać ten mój wewnętrzny mrok.

W niedługi czas potem otrzymałem kasety z nagranymi rekolekcjami na temat doświadczenia depresji, jako stanu nocy ciemnej, które głosił ks. Krzysztof Grzywocz z Opola na przykładzie duchowości św. Jana od Krzyża. Sesja taka odbyła się w ramach Centrum Formacji Duchowej prowadzonego przez Księży Salwatorianów w Krakowie. Słuchałem tych kaset wielokrotnie i w zawartych tam diagnozach i opisach stanów depresyjnych odnajdywałem się w różnych kontekstach życiowych. Jednak kluczowe okazało się dla mnie zobaczenie różnicy między duchowym mrokiem, a ciemnością duchową.

Okazuje się, że wielu z nas doświadcza stanu duchowego i psychicznego mroku. Są to stany depresyjne o różnym natężeniu i zróżnicowanym przebiegu – od ciężkich depresji klinicznych do stanów depresyjnych rozładowywanych na przeróżne sposoby (od jesiennej chandry, poprzez np. upijanie się czy kompulsacyjne objadanie słodyczami do szukania rozwiązań pozornych np. w postaci pracoholizmu).

Wszystkich nas to dotyka, jednak okazuje się, że we współczesnej cywilizacji stres jest tak duży, że mniej więcej ¼ populacji doświadcza stanów depresyjnych kwalifikujących się do leczenia, gdyż sami nie radzimy sobie z tymi napięciami i z tym wewnętrznym mrokiem. Mrok jest to sytuacja “duchowego zamroczenia”, takiego poruszania się po omacku, jakby we mgle. Żeby się nie zagubić na szlakach naszego życia zapalamy różne “światełka i świecidełka”. A to takim światełkiem są pieniądze i dorabianie się, a to kariera zawodowa, albo budowa domu… Rzeczy te nie są złe same w sobie. Jednak, kiedy stają się światełkiem w mroku (jedynym punktem odniesienia dla celu w życiu) to stanowią jakąś iluzję – nigdy nie doprowadzą nas do przezwyciężenia tego mroku.

W tym momencie przypomina mi się opisujący ten nasz stan fragment Kantyku Zachariasza, który napełniony Duchem Świętym prorokował: “dzięki litości serdecznej Boga naszego. Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju” (Łk 1,78-79). Przebywając tu na ziemi “mieszkamy w cieniu i mroku śmierci”, jednak jest zasadnicza różnica między mrokiem, a ciemnością. W mroku kojarzonym z zamroczeniem, zamgleniem poruszamy się niejako po omacku. Co najwyżej możemy dostrzec (jak przez zasłonę) jakieś bliskie nam światełka. W depresji stan mroku pokonuje nas obezwładniając funkcje naszej duszy… W mroku nie możemy dostrzec światła wiecznego, nie może nas nawiedzić Jezus Chrystus jako Wschodzące Słońce. Inaczej jest z ciemnością – choćby była najczarniejsza, możemy dostrzec wieczną gwiazdę – Jezusa, który przeprowadzi nas przez ciemność gdyż On jest światłością i żadna ciemność nie może Go ogarnąć.

Tego właśnie doświadczył św. Jan od Krzyża w czasie swego uwięzienia. W sytuacji skrajnego upokorzenia (uwięziony przez współbraci, poddawany upokarzającym szykanom), posądzany o najgorsze rzeczy, w zwątpieniu o słuszności zamierzonej drogi związanej z reformą Karmelu, w atakach i pokuszeniach diabelskich – wszedł w tę noc ciemną ze światłem Chrystusa. W tej ciemności doświadczył największego bezpieczeństwa i pokoju dzięki temu wiecznemu światłu. Można powiedzieć, że doświadczył samej głębi Bożego Miłosierdzia, gdyż znalazł się na łonie Ojca – gdzie jest ciemno, ale gdzie wieczny Bóg jest bardzo blisko. Właśnie to mistyczne doświadczenie ciemności stało się podstawą do duchowości św. Jana od Krzyża – wcześniej przed uwięzieniem w zasadzie nie pisał on nic poza niewielkimi poematami. Cała twórczość, mistycyzm i teologia “Doktora Nocy” wynikła z tego głębokiego spotkania z wiecznym światłem w jego “duszy nocy ciemnej”.

Zobaczyłem – na daną mi miarę moich osobistych doświadczeń, że o zwycięstwie lub porażce nad naszymi mrokami i zamroczeniami w jakże wielu sytuacjach życiowych decyduje to, czy poddamy się narzucającej się iluzji, że oto wszystko się skończyło, że siły się wyczerpały, że nie ma wyjścia, kto wie – może Bóg nas opuścił? Czy też dostrzeżemy Boże miłosierdzie i Boże światło zdolne przebić najczarniejszą noc i zwyciężyć największe ciemności? W tamtej sytuacji Jezus Chrystus za przyczyną troski człowieka, który nie pozostawił mnie samego, ukazał mi świadectwo św. Jana od Krzyża dzięki rekolekcjom ks. Krzysztofa. To przedziwne, jak Bóg realizuje swój plan zbawienia przez ciąg świadków Jego Miłosierdzia – od największych Doktorów i Mistyków Kościoła przez kapłanów i braci w wierze, po słabych i chorych i źle się mających.

JEZU CHRYSTE, UFAMY TOBIE! PANIE SPRAW ABYŚMY PRZEJRZELI I UJRZELI ŚWIATŁOŚĆ WIECZNĄ!

Odsłon: 996
Komentarze: 12

1. Zakrystianka72 napisał/a: piątek, 15 października 2010, 10:54 – Mam też doświadczenie ciemnej nocy, z której dzięki Bożemu światłu udało mi się wyjść i wiele w życiu pozmieniać. Miłosierdzie Boże otworzyło nowe drzwi, za którymi wszystko jest piękniejsze i lepsze. Św. Jan od Krzyża również dla mnie był i jest wielką pomocą! Powtórzę: JEZU UFAM TOBIE!

2. Mudek napisał/a: piątek, 15 października 2010, 14:03 – Witam kolegę. Z zainteresowaniem czytałem kiedyś artykuły. Miło znowu widzieć a jeszcze lepiej wiedzieć że sprawy ok. Moim zdaniem nie ma depresji jest tylko ciężki atak na który najlepszym lekarstwem jest powierzenie swojego życia Maryi.

3. Xanaka napisał/a: piątek, 15 października 2010, 15:02 – Świetny tekst! pozdrawiam:)

4. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 15:51 – Super wpis. Dzięki. A tu znalazłam bardzo ciekawy wywiad z w/w ks. Krzysztofem Grzywoczem. Gorąco polecam.

5. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 17:07 – Fragment wywiady powyższego: “Z tego, co Ksiądz mówi, wynika coś raczej nieoczekiwanego: że to właśnie asceza pozwala nam dobrze zaspokajać nasze potrzeby i pragnienia? – Asceza raczej odblokowuje różne potrzeby w nas, niż je tłumi. Odsłania pewną ich hierarchię. W człowieku są różne poziomy potrzeb: poziom fizjologiczny (potrzeba jedzenia, spania, pójścia do toalety), psychiczny (potrzeba rozmowy z drugim, intymności, potrzeby intelektualne, uczuciowe, seksualne), duchowy (potrzeba modlitwy, powierzenia się Bogu, transcendencji). Jeżeli przejem się albo nie wyśpię, “zabetonuję się” na tym pierwszym poziomie – trudno może mi będzie wówczas czytać, modlić się, rzeczywiście z kimś się spotkać. Jeżeli natomiast te podstawowe potrzeby są dobrze zaspokojone, to wtedy wchodzimy w świat potrzeb głębszych – pojawia się potrzeba rozmowy, potem głębszej rozmowy, odsłonięcia się. Potem schodzimy jeszcze głębiej – aż do potrzeb duchowych. Zdarza się, że ludzie nie mają dostępu do potrzeb duchowych również dlatego, że mają źle zaspokojone potrzeby psychiczne i fizyczne.”

6. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 17:07 – Dobre wypełnienie poszczególnych potrzeb sprawia, że tworzy się kanał komunikacyjny – taka pusta przestrzeń, jak szyb w kopalni. Można się nią wówczas przespacerować przez cały świat naszych potrzeb – najlepiej z Chrystusem i modląc się – i zobaczyć ich stan. Do mnie należy wybór, którą z tych potrzeb zaspokajam. Jeżeli wypcham się jedzeniem, seksem, odpoczynkiem, nawet wiedzą – mogę zablokować się wobec innych potrzeb. Po pewnym czasie odkrywam i doświadczam, że źródłem wszystkich głodów jest zaniedbanie więzi z Bogiem – głód Boga, to on objawia się “bulimią” albo “anoreksją” w sferze potrzeb psychicznych i fizycznych. Jednym z największych błędów jest wyodrębnianie ascezy z całości życia, ograniczanie jej do jednej tylko sfery. Człowiek składa się z kilku wymiarów, one nie istnieją oddzielnie, przeciwnie – bardzo od siebie zależą. Każda z tych sfer ma swoje potrzeby, różne głody domagające się zaspokojenia. Każda potrzeba ze swej natury jest ascetyczna. Wymaga ascezy, żeby odnaleźć swoją istotę i swoją pełnię. Dobrze jest, kiedy nasze spotkania z innymi są ascetyczne, czyli rozpięte pomiędzy dystansem a bliskością – wówczas istnieje szansa otwarcia na drugiego, rezygnacji z siebie. Ascetyczny znaczy po prostu normalny…

7. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 17:11 – Wielcy asceci mają dużo czasu. to znaczy tyle, ile trzeba. Często aż trudno pojąć, jak oni mogli tyle zdziałać, skąd brali na to czas. Weźmy Hansa Ursa von Balthasara, który był duszpasterzem akademickim, kierownikiem duchowym, prowadził rekolekcje, mnóstwo czytał, a przy tym sam pisał mądre i piękne książki, napisał ich bardzo dużo. Zasada jest prosta – jeżeli chcesz albo musisz dużo pracować, powinieneś dużo się modlić. Ludzie modlitwy byli w stanie zrobić wiele naprawdę wielkich rzeczy. Ci, którzy żyją małą ascezą, mają mało czasu. Bóg jest źródłem czasu. Kiedy odchodzimy od Boga, tracimy czas, jeśli się modlimy – mamy tyle czasu, ile nam trzeba. Asceza potrzebuje czasu, ale również czas potrzebuje ascezy. Muszę wybierać, odmawiać, nie mogę przyjmować wszystkich propozycji, chociaż każda z nich byłaby arcyciekawa.

8. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 17:19 – Dzięki jeszcze raz za polecenie tego księdza. Kapitalny. Powinna to być obowiązkowa lektura dla młodzieży i rodziców. Często wychodzimy już mocno pokiereszowani, z mocno pokiereszowanych domów w życie, które jeszcze bardziej nas dołuje. I często tak trudno jest dostrzec to światełko w tunelu. A ono jest. Mam nadzieje, ze uda mi się zdobyć Jego książki w kraju niszczonym przez Obamę i spółkę z o.o.

9. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 18:03 – Kolejny ciekawy fragment “Ważne też, żeby pragnienie doskonałości nie oznaczało popadania w iluzję. Małżeństwo, które jest tak doskonałe, że nie można się w nim pokłócić, nie jest dobrym małżeństwem. Jeżeli wierzę, że przyjdzie taki moment, że nie będę miał grzechu, że nie będą pojawiały się we mnie żadne uczucia typu: zniecierpliwienie, zazdrość, złość – to jest iluzja. Wiem, że tak nigdy nie będzie, a jednak staram się o to. Dzisiaj kultura bardzo zaniża poziom doskonałości, proponując człowiekowi różne półśrodki, nierzadko zamykając mu tym samym dostęp do tego, co naprawdę piękne i ważne. W samochodzie jest pięć biegów, podobnie w człowieku jest co najmniej kilka “biegów”, ważne, żebym je wykorzystywał. Czasem jedziemy przez całe życie na pierwszym biegu, zapominając o pozostałych. Czasem natomiast zdarza się, że muszę z czegoś zrezygnować, czego być może bardzo pragnę, bo nie mam predyspozycji, żeby to osiągnąć. To oczywiste, że nie będę dobrym koszykarzem, jeżeli mam 150 cm wzrostu, pomimo że będę wytrwale ćwiczył. Trzeba być realistą”.

10. Ziutkowa napisał/a: piątek, 15 października 2010, 18:07 – “Prawdziwego ascetę poznaje się po miłości – czy potrafi kochać Boga, żonę, swoich parafian, studentów. Czy potrafi się bawić, cieszyć; ale też, czy potrafi mówić “nie”, również tym, których kocha. Miłość jest ascetyczna, nie ma miłości bez ascezy, ponieważ w niej zawsze jest rezygnacja. Jeżeli nie potrafię powiedzieć “nie”, moje “tak” nie ma wartości. Celem jest miłość, a nie asceza. Jeżeli nie ma miłości, to trudno mówić o ascezie. Ona jest po to, żeby stół mógł być obfity. Asceza – to otwierające zaspokojenie.”

11. Jacek Schmidt napisał/a: sobota, 16 października 2010, 17:08 – Bardzo dziękuję Ziutkowej za komentarze i rozwinięcie tematu i za namiary wywiadu z ks. Grzywoczem. Wogóle to polecam sesje u Salwatorianów w Krakowie.

O potrzebie modlitwy wstawienniczej

Przedstawiam kolejny artykuł z archiwum mego frondowego bloga, tym razem z końca maja 2010 na temat modlitwy wstawienniczej. Był to czas po tragedii smoleńskiej, kitórej poświęciłem kilka poprzednich wpisów. Był to dla mnie ważny czas przemiany, takiej aktywności wynikającej z potrzeby tamtego czasu ponownej solidarności Polaków w obliczu narodowej żałoby. Potrzeba wspólnej mnodlitwy aktualizuje się do dzisiejszego dnia w formie np. Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę.

 

O potrzebie modlitwy wstawienniczej

kategoria: Modlitwa
Dodano: czwartek, 27 maja 2010, 16:10
Modlę się z moimi dziećmi od mniej więcej dwóch lat taką modlitwą wstawienniczą w formie łańcucha modlitewnego. Codziennie mieliśmy intencje i wzajemne zobowiązanie do modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia po 15-tej /w godzinie Bożego Miłosierdzia/, oraz jakąś częścią Różańca Świętego w godzinie Apelu Jasnogórskiego po 21-szej. Wspólna modlitwa nie wyczerpywała modlitwy osobistej. Od Zesłania Ducha Świętego zaczęliśmy wspólnie kolejny łańcuch modlitewny, do którego dołączył się nasz przyjaciel w intencji swojej rodziny. Widzimy wielkie owoce tej modlitwy do tej pory, przede wszystkim w nas samych i w integracji naszej relacji. Myślę, że w kontekście całego poruszenia w naszej Ojczyźnie – Solidarnych 2010, wstrząsu powodziowego, zbliżających się wyborów – taka forma wspólnej modlitwy może być pomocna dla uczestników portalu Fronda.  [...]

Modlitwa wstawiennicza, jej ważność i skuteczność, pierwszy raz w Biblii jest ukazana w Księdze Wyjścia w opisie zwycięstwa nad Amalekitami (Wj 17,8-16). Mojżesz stanął na szczycie góry z laską Boga w ręku (symbol Bożej łaski i mocy oraz pasterskiego panowania Boga). Czytamy w wersie 11: “Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, przewagę miała Amalekita”. Trzymanie wzniesionych wysoko rąk przez Mojżesza zapewniły zwycięstwo i jest symbol, a także znak modlitwy wstawienniczej…
Istotą modlitwy wstawienniczej jest burzenie twierdz warownych o charakterze duchowym, jak mówi św. Paweł: “Chociaż bowiem w ciele pozostajemy, nie prowadzimy walki według ciała, gdyż oręż naszego bojowania nie jest z ciała, lecz posiada moc burzenia, dla Boga, twierdz warownych. Udaremniamy ukryte knowania i wszelką wyniosłość przeciwną poznaniu Boga i wszelki umysł poddajemy w posłuszeństwo Chrystusowi” (2 Kor 10,3-5). W tym znaczeniu modlitwa wstawiennicza jest walką duchową z siłami ciemności i wymaga zrozumienia idei walki duchowej na tym świecie, tak jak ją rozumiał współpracownik św. Pawła: “pozdrawia was rodak wasz Epafras, sługa Jezusa Chrystusa, zawsze walczący za was w modlitwach o to, abyście stali mocno, doskonali w pełnieniu każdej woli Bożej. Świadczę o nim, że usilnie się troszczy o was oraz o tych, którzy są w Laodycei i w Hierapolis” (Kol 4,12-13)
W istocie postać Epafrasa może stanowić dla nas wzór modlitewnego oranta – wstawiennika. Jak ważna to rola świadczy np. fragment Księgi Izajasza: “Ujrzał też, że brakowało ludzi, i zdumiał się, że nie było orędownika. Wówczas Jego ramię przyniosło Mu zwycięstwo, a Jego sprawiedliwość była Mu podporą.” (Iz 59,16) Bóg widzi brak wstawiennictwa jako zło, gdyż wtedy nie możliwe jest zapanowanie Jego prawa jak czytamy w Iz 59,15…

W wielu miejscach jesteśmy wzywani do wspólnej modlitwy. Wystarczy przytoczyć cytaty:
• “Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym.” (Łk 21,36);
• “…wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych.” (Ef 6,18);
• “Módlcie się jednocześnie i za nas, aby Bóg otworzył nam podwoje dla słowa, dla wypowiedzenia tajemnicy – Chrystusa, za co też jestem do tej pory więźniem.” (Kol 4,3);
• “…nieustannie się módlcie!” (1 Tes 5,17);

• “Bracia, módlcie się także i za nas!” (1 Tes 5,25);
• “Poza tym, bracia, módlcie się za nas, aby słowo Pańskie rozszerzało się i rozsławiło, podobnie jak jest pośród was.” (2 Tes 3,1).
Zasada jedności na modlitwie odnosi się także do zgodności w intencji – mówi o tym Jezus w Ewangelii św. Mateusza 18,19-20 “Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.” Wreszcie Apostoł Jakub zachęca nas w swoim liście: “…módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego.” (Jk 5,16).
Nie jest moim zamiarem pisać teraz jakiejś rozprawki na temat modlitwy wstawienniczej, jednak warto abym zwrócił wam uwagę na orędownictwo św. Pawła w następujących przykładach:
• wobec Rzymian: “Bóg bowiem, któremu służę w głębi ducha, głosząc Ewangelię Jego Syna, jest mi świadkiem, jak nieustannie was wspominam, prosząc we wszystkich modlitwach moich, by kiedyś wreszcie za wolą Bożą…” (Rz 1,9-10);
• wobec Koryntian: “Bogu mojemu wciąż dziękuję za was, za łaskę daną wam w Chrystusie Jezusie. W Nim to bowiem zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i poznanie” 1 Kor 1,4-5nn;
• do Efezjan: “Przeto i ja usłyszawszy o waszej wierze w Pana Jezusa i o miłości względem wszystkich świętych, nie zaprzestaję dziękczynienia wspominając was w moich modlitwach. Proszę w nich, aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy serca tak, abyście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły.” (Ef 1,15-19);
• do Filipian: “Dziękuję Bogu ilekroć was wspominam – zawsze w każdej modlitwie, zanosząc ją z radością za was wszystkich – z powodu waszego udziału w szerzeniu Ewangelii od pierwszego dnia aż do chwili obecnej. Mam właśnie ufność, że Ten, który zapoczątkował w was dobre dzieło, dokończy go do dnia Chrystusa Jezusa. Słusznie przecież mogę tak o was myśleć, bo noszę was wszystkich w moim sercu jako tych, którzy mają udział w mojej łasce […]. A modlę się o to, aby miłość wasza doskonaliła się coraz bardziej i bardziej w głębszym poznaniu i wszelkim wyczuciu, dla oceny tego, co lepsze, abyście byli czyści i bez zarzutu na dzień Chrystusa, napełnieni plonem sprawiedliwości, nabytym przez Jezusa Chrystusa ku chwale i czci Boga.” (Flp 1,3-11);

• do Kolosan: “Dzięki czynimy Bogu, Ojcu Pana naszego Jezusa Chrystusa, zawsze, ilekroć modlimy się za was – odkąd usłyszeliśmy o waszej wierze w Chrystusie Jezusie i o waszej miłości…” (Kol 1,3-4) – zobacz także modlitwę św. Pawła o znajomość Boga potwierdzoną życiem Kol 1,9-14 jako jeden z wzorów biblijnej modlitwy wstawienniczej;

• do Tesaloniczan: “Zawsze dziękujemy Bogu za was wszystkich, wspominając o was nieustannie w naszych modlitwach, pomni przed Bogiem i Ojcem naszym na wasze dzieło wiary, na trud miłości i na wytrwałą nadzieję w Panu naszym Jezusie Chrystusie. Wiemy, bracia przez Boga umiłowani, o wybraniu waszym.” Skutek tej modlitwy wstawienniczej (1Tes 1,3-4); to wzrost duchowy, o czym pisze św. Paweł do Tesaloniczan w liście następnym: “Bracia, zawsze winniśmy za was Bogu dziękować, co jest rzeczą słuszną, bo wiara wasza bardzo wzrasta, a miłość u każdego z was obfituje, i to tak, że my sami w Kościołach Bożych chlubimy się wami z powodu waszej cierpliwości i wiary…” (2Tes 1,3-4).Warto w kontekście modlitwy wstawienniczej przeczytać także zalecenia św. Pawła do wspólnych modlitw z 1 listu do Tymoteusza 2,1nn; a także zachęta do modlitwy w Hbr 13,18nn i wezwanie do modlitwy wzajemnej w sytuacji nieszczęścia lub choroby u Jk 5,13nn.

Na koniec tego przeglądu biblijnego jeszcze uwaga, że modlitwa wstawiennicza jest nam potrzebna, aby usunąć przeszkody, które kładzie przed nami zły duch. Chce on nas okraść z Bożej chwały i błogosławieństwa: “Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przy-szedłem po to, aby owce miały życie, i miały je w obfitości” (J 10,10). Trwa walka o nasze dusze i ciała, jesteśmy (czy tego chcemy, czy nie) w stanie permanentnej wojny. Modlitwa wstawiennicza ma nas zarówno wzajemnie chronić, jak i otwierać na Bożą rzeczywistość.

Idąc za naszym Pasterzem otrzymujemy życie i to w obfitości – jeśli nasze serce jest zanurzone w Bożej miłości:
• “Z całą pilnością strzeż swojego serca, bo życie ma tam swoje źródło” (Prz 4,23);
• “Panie, ukarzesz mi ścieżkę życia” (Ps 16,11);
• “W Nim było życie, a życie było światłością ludzi” (J 1,4)
• “A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie” (J 5,40);
• “Wszystkim tym jednak, którzy Je [czyli Słowo Boże] przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego” J 1,12.

Musimy walczyć o siebie wzajemnie, zwłaszcza musimy chronić swoje plecy (miejsca słabe i nieuzbrojone w Bożą moc). Właśnie – w tym celu potrzebujemy przybrać zbroję Bożą do walki duchowej, czyli konkretne uzbrojenie duchowe. Trzeba się ćwiczyć w jego skutecznym używaniu i rozwijaniu mocy. Oto znany opis zbroi duchowej z Listu św. Pawła do Efezjan 6,10-18: “W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać zwalczywszy wszystko. Stańcie więc do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest Słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z cała usilnością i proście za wszystkich świętych.”

Odsłon: 812
Komentarze: 7 (poniżej – wybór)
1. mieczobosieczny napisał/a: czwartek, 27 maja 2010, 23:30 – Dziękuję za ten artykuł, proszę też o wstawiennictwo w mojej akcji za lewicę http://www.fronda.pl/justina1988. Pozdrawiam serdecznie!!!

 

2. Mudek napisał/a: piątek, 28 maja 2010, 09:02 – Dziękuję za artykuł. Jakie efekty są u najbliższych? Ja rozpocząłem intensywną modlitwę i post o chlebie i wodzie za najbliższych w październiku. Widzę dużo cudów które się dzieją. Po 30 latach spowiedź i komunia mojego ojca jest to jeden z większych sukcesów. Najgorzej jest chyba zacząć i uwierzyć w siłę modlitwy. Ludzie których znam nie wierzą tak naprawdę w siłę modlitwy. Jeśli nie wierzą to jak ich modlitwa ma być wysłuchana. Mamy w rodzinie dużo zranień. Kiedy sugeruję aby prosić Jezusa w modlitwie uzdrowienia. Dostaję odpowiedź że modlitwa to nie wszystko. Sprawy powoli się zmieniają ktoś musi pokutować i modlić się aby spłynęła łaska.

 

3. Ethelred napisał/a: piątek, 28 maja 2010, 10:28 – A ja mam takie pytanie – wiem, że wyda się niektórym dziwne: w jaki sposób Waszym zdaniem “działa” modlitwa? Co się musi stać, aby przyniosła jakiś efekt?
4. Jacek Schmidt napisał/a: piątek, 28 maja 2010, 10:57 – Mudek, EtH82@ Modlitwa to nie wszystko… tak, ale bez modlitwy wszystko zaczyna się psuć i idzie źle, nie w tym kierunku. Z mego doświadczenia widać, że najtrudniej jest wytrwać w modlitwie, kiedy jest ona jak krople drążące skałę. Istnieje opór materii duchowej. Modlitwa – zwłaszcza wstawiennicza – kieruje nas ku poznaniu siebie w Chrystusie. Przestajemy wałęsać się po bezdrożach, tylko rozpoznajemy Bożą drogę.
5. Leonka napisał/a: piątek, 28 maja 2010, 15:47 – Dziękuję za ten wpis. Próbuję praktykować, ale rzeczywiście- opór jest spory. Chciałabym jakoś bardziej rodzinnie się modlić, ale jakoś się nie udaje jak dotąd. Czy ktoś zna sprawdzone sposoby na rozkręcenie modlitwy rodzinnej? Byłabym bardzo wdzięczna za sugestie. Pozdrawiam

6. Gojga napisał/a: niedziela, 17 października 2010, 14:17 – Dzięki za ten wpis! Wierzę bardzo w modlitwę wstawienniczą, nawet, jeśli oczekiwane przez nas efekty nie są natychmiastowe, Pan Bóg to nie szafa grająca, ale wyraźnie daje nam wskazówki i namawia do wzajemnego wstawiennictwa, mało tego, obiecuje, że jeśli zgodnie o cokolwiek prosić będziemy, otrzymamy!.. jeśli jest to zgodne z Jego wolą. Każda modlitwa, jako rozmowa z Bogiem, przybliża nas do Niego. Ale nauczyłam się też prosić przede wszystkim o Jego Królestwo w moim sercu i życiu, bo reszta będzie dodana. Efekty modlitwy są!!! Ważne jest też wsłuchiwanie się w Niego samego, bo czasami oczekuje od nas zupełnie czego innego, niż my chcemy…

Dobra nowina o lęku i ucieczce

Drodzy Czytelnicy – starzy z Frondy i nowi… Zaczynam odtwarzać w tym miejscu mój blog z Frondy, wraz z ciekawszymi komentarzami. Blog ten został zabanowany przez administrację tego portalu końcem sierpnia 2012 r. (trzykrotnie). Może kiedyś napiszę o powodach, bo jest to opis sam w sobie interesujący. Jednak póki co – zapraszam do lektury starych artykułów… Oto pierwszy z nich, pochodzący z książki “Szok charyzmatyczny” z roku 1996.

 

Dobra Nowina o lęku i ucieczce

 

kategoria: Religia

Dodano: niedziela, 28 marca 2010, 00:36

 

Nie można nauczyć się żyć z lękiem, ponieważ jest on świadectwem nieobecności Bożej miłości i brakiem przyjęcia przebaczenia. Jeżeli ktoś musi żyć z lękiem, to znaczy, że funkcjonuje według mentalności Adama, który powiedział Bogu, gdy ten go wołał i szukał: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się” Rdz 3,10. Człowiek, który lęka się – ukrywa się przed Bogiem, ponieważ nie chce stanąć w prawdzie o swoim grzechu. Może zacząć rekompensować grzech w aktywności zawodowej, w relaksie, w odreagowywaniu emocjonalnym i psychosomatycznym – ale jednak lęk dopada grzeszników. Ludzkość wkłada wiele wysiłku w próby poradzenia sobie z lękiem i różne sposoby humanistyczne mogą przynieść czasową ulgę. Niestety zwykle lęk wraca, czasem ze zdwojoną siłą. Przypatrzmy się zatem, czym jest lęk w spojrzeniu Ewangelii.

Można powiedzieć, że jest to dość tajemnicza i zdecydowanie nieprzyjemna emocja spowodowana tym, że spodziewamy się kary ze strony Boga. Mamy bowiem świadomość nagości, czyli czujemy się nieczyści i intuicyjnie w duszy czujemy, że jesteśmy nie do zaakceptowania. Wszystkie lęki i fobie mają tutaj swe źródło, kiedy to ukrywam się przed Bogiem za pewną „maską”, albo „krzaczkiem”. W ten sposób jestem oddzielony od miłości Boga, przez co moje zachowanie jest motoryczną siłą dla destrukcji i dezercji, tchórzostwa i rezygnacji, ucieczki i wyalienowania. Dopuszczam kłamstwo na swój temat, na temat Boga i na temat otaczających mnie ludzi. Zaczynam szukać usprawiedliwień dla lęku, ponieważ nie wierzę w Łaskę uświęcającą i przebaczenie Boga. Może najbardziej rozpowszechnioną formą lęku, pozornie nieszkodliwą, jest nieśmiałość lub niskie poczucie wartości. Niby nic takiego, a przecież w ten „niegroźny” sposób neguję fakt, że jestem dzieckiem Bożym, „stworzonym w Jezusie Chrystusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” Ef 2,10.

KAŻDY NEGATYWNY LĘK WOBEC LUDZI, CZY SAMEGO SIEBIE, ODDZIELA NAS OD BOGA, PONIEWAŻ STAJE SIĘ SIŁĄ MOTORYCZNĄ DLA BUDOWANIA BARIER ODDZIELAJĄCYCH NAS JEDEN OD DRUGIEGO.

Jak świadczy o tym Pismo, tego typu bariery są pochodzenia demonicznego (w sensie wpływu), ponieważ sprawiają, że nie jesteśmy jedno między sobą i w jedności z Bogiem. A szatan był tym, który doprowadził ludzkość do takiego stanu. My natomiast jesteśmy odpowiedzialni za nasz wybór. W dziedzinie charyzmatycznych rozeznań nastawienia lękowe rodzą osąd i mogą zniszczyć wszystko, co Boże – nie przez zło moralne, ale przez zwodzenia złych duchów. Zwodzenie ma miejsce wtedy, gdy uważam, że idę za Bożym światłem, a faktycznie ulegam manipulacjom ciemności .

Trzeba powiedzieć, że mamy też zdrowy instynkt samozachowawczy dany nam od Boga, który objawia się emocjonalnie podobnie jak lęk. Nie przynosi on jednak destrukcji, lecz wręcz przeciwnie. Można mówić o naturalnym, dobrym lęku, który dał nam Bóg. Kiedy np. widzimy małe dziecko wywrócone na torze kolejowym i dojdzie nas gwizd lokomotywy – pojawia się naturalna „reakcja lękowa” ochrony i ratunku . Z tej samej dziedziny istnieje lęk, który jest po prostu mądrością daną nam od Boga w darze roztropności. Kiedy ciemną nocą wracamy do domu i naprzeciwko słyszymy nadciągającą grupę pijanych osób zachowujących się agresywnie, pojawia się naturalny lęk, który jest sygnałem rozwagi: „przejdź na drugą stronę ulicy i nie odpowiadaj na zaczepki”.

Istnieje też lęk konieczny, o którym mówi Pismo: „Boga się bój”, a który nazywamy darem bojaźni Bożej. Charakteryzuje się ona zarówno szacunkiem, jak i zaufaniem i odznacza się radykalną nieakceptacją zła jako postawy. Pismo Święte poucza nas w Księdze Mądrości Syracha, że bojaźń Boża jest początkiem duchowej mądrości. Dzięki bojaźni Bożej następuje bardzo istotne rozróżnienie – czy moja relacja z Bogiem jest intymnością przebywania i przyjaźni, czy raczej spoufaleniem się z Majestatem i Świętością Boga Wszechmogącego. Nie wydaje się, aby można raz na zawsze ustalić tutaj jasną granicę, ponieważ należy dzień po dniu pytać Boga i prosić Go, aby badał nasze serca i kierował nas na drogę odwieczną. Nawet taki mąż Boży, jak Eliasz miał moment kiedy jego serce roztopiło się tchórzostwem z powodu braku bojaźni Bożej. Po swoim największym zwycięstwie nad fałszywymi prorokami, kiedy to Bóg Izraela „stanął po jego stronie” Eliasz uciekł z powodu gróźb królowej Izebel. Kiedy czujemy się niepewni, może zostać zachwiana wiara w Boże obietnice i Boże powołanie dla naszego życia. Możemy zostać zaatakowani lękiem, który roztopi w naszym sercu bojaźń Bożą i uciekniemy jak Apostołowie po aresztowaniu Jezusa. Dwóch z nich nazywamy „uczniami z Emaus” ponieważ po aresztowaniu i śmierci Jezusa w popłochu uchodzili z Jerozolimy do Emaus. Ich nadzieje zawiodły, gdyż czegoś innego spodziewali się po Mesjaszu. Czyż nie dlatego ludzie odchodzą ze wspólnoty? Nadzieje i oczekiwania nie spełniają się, więc w miejsce wierności i posłuszeństwa pojawia się żal i argumentacja negatywna, brak przekonania i niewiara w Bożą obecność w tej wspólnocie.

Ucieczka „śladem Eliasza do Emaus” prowadzi nas nieuchronnie na pustynię, gdzie jedyna pewność, jaka nas czeka, to pewność śmierci, a bojaźń Boża związana z szacunkiem i intymnością relacji przemienia się niedostrzegalnie w lęk przed sądem. „A myśmy się spodziewali”… Nie da się oswoić negatywnego lęku, ponieważ w nim nie ma przyszłości i nie ma nadziei – tylko jakieś oczekiwanie kary, brak przekonania i wiary w zwycięstwo Jezusa w tej rzeczywistości, która mnie otacza. Eliasz spotkał Bożego posłańca, który nakarmił go chlebem z nieba. Mógł dzięki temu przejść przez pustynię i dojść do Bożej góry Horeb. Jego żarliwość o chwałę Pana Zastępów rozpaliła się na nowo. Jeżeli ci z nas, którzy utracili wiarę i zawierzenie w sens trwania we wspólnocie chcą Bożego wyjścia – jest tylko jedno. Przyjdź pod krzyż Jezusa, aby doświadczyć uzdrowienia. Nie przychodź sam, ponieważ we wspólnocie nie można klaskać jedną ręką. Przyjdź ze swoim bratem, z którym potrzebujecie uzdrowienia. Przez Krzyż Chrystusowy obaj zostaliście usprawiedliwieni. Wspólne przyjście jest możliwe tylko wtedy, gdy obaj zrezygnujecie z bycia „starszym bratem”, i staniecie tak, jak Syn Marnotrawny przed Ojcem. Jeżeli wyznacie Bogu grzechy waszej relacji w obliczu Krzyża, jeżeli nawrócicie się, okazując skruchę i zadośćuczynienie, jeżeli z serca wybaczycie sobie, pojednacie się i podejmiecie mocne postanowienie poprawy – Krzyż was ochroni i da wam moc. Jezus rozbroił wszystkie moce ciemności i lęku, dlatego wszystko może być w Nim pojednane – i to, co wysoko i to, co nisko; co na ziemi i co buja w przestworzach. Czy masz wybór? Tak – możesz zostać na pustyni i błąkać się przez następne czterdzieści lat i raczej masz niewielką szansę, aby wejść do Ziemi Obiecanej (ponieważ nawet obietnice będą brzmiały irracjonalnie)…

Aby przyjąć Dobrą Nowinę i skutecznie rozprawić się z wszelkim lękiem, potrzebujemy uwierzyć w Boże miłosierdzie nad nami. Dokonuje się to jedynie prze otwarcie się i przyjęcie ŁASKI BOŻEJ MIŁOŚCI. Czy zastanawiałeś się czym jest Boża Łaska jako charakter Bożego działania? Czy oprócz zastanawiania się, doświadczasz Bożej Łaski? To doświadczenie polega na przyjmowaniu darów Bożych służących budowaniu wspólnego dobra we wspólnocie Kościoła. Jeden z najbardziej popularnych hymnów uwielbieniowych tak brzmi: Panie, Twa Łaska jest życiem mym! Wielbią Cię za nią wciąż usta me! Ku Tobie Panie ręce me wznoszę -mój wielki Boże, chcę zawsze wielbić Cię!

Wszyscy chrześcijanie ją znają – ale czy ty doświadczasz jej treści? Myślę, że za przyczyną Bożej Łaski niemożliwe są rozłamy, ponieważ Duch Łaski jest jednością, miłością, łagodnością, przebaczeniem, opanowaniem, zawierzeniem i posłuszeństwem, pocieszeniem i nauczycielem prawdy.

Łaska wyraża charakter działania Boga. Oto bowiem jaka jest prawda o tobie? Tak – jesteś grzesznikiem i masz nieczyste serce. Tak – jesteś dłużnikiem, bankrutem i nieudacznikiem, jesteś słabym człowiekiem, egoistą pełnym pychy. Bóg postanowił w swym miłosierdziu wyświadczyć ci Łaskę! Bóg posłał na ziemię posłańca pojednania – Swego jedynego Syna, aby ciebie na nowo pojednać z twym Ojcem. Jest to cudowna uwalniająca Łaska – nie musisz niczego udowadniać, ponieważ Boży wybór jest nad tobą! Bóg wybrał cię przed wiekami na swoje dziecko, które żyje wiecznie. Nigdy nie przestaniesz istnieć, jesteś bowiem dzieckiem Ojca. Na dowód tego Bóg posłał do naszych serc Ducha swego Syna, który woła w nas: „ABBA! Ojcze! Tatusiu!”

 

Odsłon: 257…

Brak komentarzy

Jeszcze o ruchu oazowym

Z dużym zainteresowaniem zapoznałem się z opublikowanymi w Zawsze wierni dwoma artykułami p. Moniki Chomątowskiej na temat Ruchu Światło-Życie (dalej w skrócie RŚŻ); to zainteresowanie było tym większe, że w drugiej części Autorka kilkakrotnie powołuje się na moje wypowiedzi, przedstawiając mnie jako „długoletniego uczestnika ruchu oazowego”.

Poproszony przez redakcję pisma o refleksje na temat miejsca ruchu oazowego w Kościele katolickim w Polsce, zacznę od małego sprostowania. Otóż – nie byłem nigdy w ścisłym sensie członkiem tego ruchu… W wielkim skrócie: w 1978 r. zdawałem maturę w Krościenku, nie mając jednak bladego pojęcia o działalności ks. Blachnickiego, który w tamtym czasie rezydował na Kopiej Górce (naprzeciwko mojego liceum, po drugiej stronie Dunajca). Byłem w tamtym czasie jedynym uczniem tej szkoły, który jako zdeklarowany anarchista i agnostyk nie uczestniczył w lekcjach religii. Po zaledwie czterech latach, w wyniku splotu dość dramatycznych zdarzeń, doświadczyłem radykalnego nawrócenia i powrotu do Kościoła katolickiego. Stało się to jednak w ramach wspólnoty przy Duszpasterstwie Akademickim OO. Dominikanów „Beczka” w Krakowie. Była to wspólnota charyzmatyczna, inspirowana z jednej strony doświadczeniami pierwszej fali odnowy charyzmatycznej w Polsce (od 1976 do mniej więcej 1987 r.). Z drugiej strony byliśmy kształtowani przez formację oazową w duchu ówczesnej wizji ks. Blachnickiego. Wynikało to z okoliczności, że świeccy liderzy tej wspólnoty, noszącej nazwę „Nowe Życie”, należeli do pierwszych uczniów ks. Blachnickiego.

Oficjalnie wspólnota nie była częścią RŚŻ, natomiast jej liderzy kształtowali członków według trzech stopni formacji podstawowej ruchu w kierunku „wspólnoty deuterokatechumenalnej”[1]. W ramach takiej formacji, łączącej program oazy z odnową charyzmatyczną, dość szybko zostałem animatorem, a wkrótce także liderem niewielkiej wspólnoty charyzmatycznej w mej rodzinnej parafii pw. Świętej Katarzyny w Nowym Targu.

Od początku lat 90. działalność ewangelizacyjna nowotarskiej wspólnoty nabrała charakteru ponadparafialnego, a to z racji organizowania spotkań muzyków chrześcijańskich – najpierw w Dursztynie na Spiszu w latach 1992–1993, potem w podhalańskim Ludźmierzu. W ramach tej ostatniej działalności zetknąłem się z czymś, co dziś nazywam „charyzmatyczną gnozą”, łączącą się z intensywnym uprawianiem „ekumenizmu ponad podziałami”. Byłem wtedy w dość bliskich relacjach z kilkoma ważnymi liderami wspólnot wychowanymi w RŚŻ[2], również promującymi owo „duchowe przebudzenie”, które w połowie lat 90. doprowadziło do szeregu rozłamów oraz porzucenia Kościoła katolickiego nie tylko przez pojedyncze osoby, ale także przez całe wspólnoty.

Patrzyłem zatem na ruch niejako z perspektywy „modernistycznego chrześcijanina”, który z całą energią realizuje wskazania II Soboru Watykańskiego dla nowej ewangelizacji w duchu ekumenizmu praktycznego. W moim przypadku dokonywało się to zwłaszcza na polu ewangelizacji przez tzw. muzykę chrześcijańską. Stałem się nawet jednym z prominentnych przywódców profesjonalnych grup zajmujących się „duchowym uwielbieniem” i „ewangelizacją z mocą”.

I znowu pod wpływem splotu zdarzeń z życia osobistego oraz zyskiwania coraz większego dystansu do ówczesnych zjawisk „duchowej odnowy”, których skutkiem były rosnące konflikty, podziały i ewidentne postawy schizmatyckie czy wręcz sekciarskie, w latach 1996–1997 moja postawa uległa ważnej przemianie. Dostrzegłem, że jako lider charyzmatyczny nie tkwię w zdrowej mistyce katolickiej, ale raczej w doświadczeniu duchowego zwodzenia. Nie mam wątpliwości, że ową przemianę zawdzięczam orędownictwu Matki Bożej Fatimskiej, ponieważ był to czas, kiedy zacząłem się orientować według znaków fatimskiego objawienia.

Zaowocowało to u mnie rozwojem postawy apologetycznej, polegającej z jednej strony na usilnych dążeniach do ujęcia charyzmatycznych fenomenów w duchu zdrowego nauczania katolickiego opartego na Tradycji. Z drugiej strony podejmowałem próby zarówno ostrzegania przed zagrożeniami duchowymi w katolickim nurcie charyzmatycznym, jak i krytycznej analizy oraz argumentacji. Doprowadziło to do zainicjowania końcem 1999 r. w grupie kilku osób internetowego serwisu apologetycznego, którego duchowym opiekunem i doradcą był ks. Andrzej Siemieniewski[3].

W 2003 r. rozpoczął się w moim życiu bardzo trudny czas oczyszczenia i powolnego dochodzenia do kolejnego przełomu, którego początek datuje się na rok 2010. Ten ostatni okres charakteryzuje się refleksją nad modernistycznymi infekcjami w mojej postawie chrześcijańskiej. Powierzenie swego życia Niepokalanej w duchu przedwojennego rycerstwa św. Maksymiliana to ostatni rok mojej drogi od fascynacji praktycznym ekumenizmem do postawy coraz bardziej uniżonej wobec tajemnicy świętego Kościoła katolickiego.

Przedstawienie mojej osobistej podróży duchowej uważam za istotne dla ukazania perspektywy, z której patrzę na dzieje ruchu oazowego i charyzmatycznego w Polsce.

* * *

Spoglądając w wielkim uproszczeniu, niejako z lotu ptaka, na zagadnienie relacji między założycielem ruchu oazowego a polskimi biskupami, warto dostrzec, że na kapłańską postawę ks. Franciszka Blachnickiego największy wpływ miało harcerstwo ze swoją dyscypliną, metodą „przeżyciowo-wychowawczą”, postawą zarówno patriotyczną, jak i nie bojącą się ryzyka[4]. Dramatyczne koleje życia ks. Blachnickiego ukazują jego nietuzinkową osobowość. Po maturze wstąpił do Wojska Polskiego, wziął udział w kampanii wrześniowej, by po klęsce natychmiast rozpocząć konspirację. W 1940 r. został aresztowany i 13 miesięcy przebywał w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Skazany na ścięcie, przebywał 100 dni w celi śmierci w oczekiwaniu wyroku. Przeżył tam głębokie nawrócenie i złożył obietnicę poświęcenia życia w kapłaństwie. Po wojnie wstąpił do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego (wówczas z siedzibą w Krakowie), gdzie zaczął prowadzić głębokie życie duchowe oparte na duchowości maryjnej św. Ludwika Marii Grignion de Montforta oraz św. Maksymiliana Kolbego. Został wyświęcony na kapłana w 1950 r. Mszę prymicyjną odprawił przed Cudownym Obrazem na Jasnej Górze i jako młody kapłan od początku zorganizował „Oazę Dzieci Bożych”, stosując harcerskie metody pracy, co wywołało pierwszy konflikt ze stalinowską władzą. W 1955 r. udał się na rok do Niepokalanowa, by studiować pisma św. Maksymiliana. Następnie od 1957 r. zainicjował akcję odnowy moralnej pod nazwą Krucjaty Wstrzemięźliwości, za co został na początku 1961 r. uwięziony przez komunistyczną władzę.

Ukazanie tych wydarzeń wydaje się istotne dla zrozumienia późniejszego fenomenu ruchu oazowego, ponieważ u jego początków leży głębokie nabożeństwo ks. Blachnickiego do Niepokalanej w duchu rycerstwa św. Maksymiliana… Ale z drugiej strony ten sam człowiek po 20 latach stał się wielkim zwolennikiem współpracy ekumenicznej. W latach 70. mówił o tym podczas rekolekcji dla kapłanów: „Jeżeli chcemy dojść do zjednoczenia chrześcijan, to nigdy z pozycji naszego modelu tradycyjnego – w poczuciu wyższości, wzywając ich do powrotu i do jedności z nami”[5]. Pojawia się zasadne pytanie: co się stało, że ten niezłomny kapłan przeszedł tak wielką ewolucję poglądów w ciągu kilkunastu lat – od studiowania pism św. Maksymiliana w duchu Rycerstwa Niepokalanej do traktowania prawidłowego katolickiego ekumenizmu jako „modelu tradycyjnego w poczuciu wyższości”?

Drugie pytanie jest równie istotne – jak na tle tej przemiany wyglądały relacje między ks. Blachnickim a hierarchią Kościoła katolickiego w Polsce?

Podczas soboru, pod wpływem studiów na KUL, nastąpiło wyraźne zorientowanie się ks. Blachnickiego na koncepcje pastoralistów niemieckich, gorących zwolenników ekumenizmu – Karla Rahnera czy Hansa Ursa von Balthasara. Po ukończeniu studiów doktorskich w 1965 r. ks. Blachnicki na stałe zamieszkał w swym domu na Kopiej Górce w Krościenku, znajdując oparcie w ówczesnym metropolicie krakowskim, kard. Karolu Wojtyle. W ciągu następnych 10 lat Kopia Górka stała się centrum ruchu oazowego, zajmującego się wówczas w dużej mierze wdrażaniem posoborowych reform liturgicznych abp. Bugniniego. Na rozwój komponentu liturgicznego w oazie ogromny wpływ – obok ks. Blachnickiego, zdeklarowanego pasjonata posoborowych reform liturgicznych – miał kard. Wojtyła. Sam ksiądz Blachnicki pisał: „Trudno nie dostrzec kierującego palca Bożej Opatrzności, gdy przełomowe momenty w dziejach ruchu, kolejne etapy krystalizowania się jego samoświadomości, splatają się w przedziwny sposób ze spotkaniami z kard. K. Wojtyłą, a następnie z papieżem Janem Pawłem II. (…) Coś się przemieniało wtedy w samookreślaniu się ruchu i w odczytywaniu jego charyzmatu. Przemówienia wtedy wygłaszane pomagały do coraz dokładniejszego rozpoznania i uświadomienia sobie istoty, powołania i służby Ruchu Światło-Życie w Kościele”[6].

Jeśli chce się poznać istotę wzajemnych odniesień między ks. Blachnickim a polskim episkopatem, należy przyjąć, że wpływ metropolity krakowskiego na ruch oazowy wykraczał poza pasterską rolę biskupa. W istocie kard. Wojtyła był duchowym kierownikiem i opiekunem tego ruchu. Jego zaangażowanie miało trzy wymiary. Po pierwsze – kard. Wojtyła jako metropolita krakowski, od 1965 r. aż do swego wyboru na papieża, rozciągał nad ks. Blachnickim i rodzącymi się oazami skuteczny „parasol ochronny” wobec nasilających się represji władz komunistycznych. Po drugie – nie ma wątpliwości, że działalność naukowa Karola Wojtyły, zajmującego się etyką, antropologią i teologią pastoralną, zwolennika reformy liturgicznej i odnowy posoborowej, była istotną inspiracją dla ks. Blachnickiego, w owym czasie krajowego duszpasterza służby liturgicznej, wprowadzającego w program ruchu wszystkie posoborowe zmiany w liturgii. Po trzecie wreszcie – można założyć, że wraz z rozwojem ruchu oazowego afirmująca postawa kard. Wojtyły, wówczas – obok Prymasa Tysiąclecia – wiodącego hierarchy polskiego Kościoła, miała zarówno dla ks. Blachnickiego, jak i dla RŚŻ fundamentalne znaczenie. Można nawet stwierdzić, że po wyborze kard. Wojtyły na stolicę Piotrową ruch oazowy zyskał niekwestionowane miejsce w Kościele katolickim w Polsce jako bodaj najistotniejszy element „nowej ewangelizacji”.

Pierwsza połowa lat 70. to dla ks. Blachnickiego bardzo istotny czas skupiania wokół idei oazy grupy swoich uczniów – przyszłych moderatorów ruchu[7]. Począwszy od 1972 r., tworzy się cykl formacji rocznej (cotygodniowe spotkania w grupach, dni wspólnoty), rok później powstaje oaza rodzin oraz oazy dla katechetów i sióstr zakonnych[8]. Wszystkie te działania były oparte przede wszystkim na odnawianiu liturgii i budowaniu struktur metodą rekolekcji wakacyjnych organizowanych w Krościenku i innych miejscowościach w Gorcach, Pieninach i na Podhalu. Zwłaszcza wakacyjne ośrodki rekolekcyjne znajdowały się na celowniku ówczesnych władz[9].

W trudnej sytuacji zewnętrznej (szykany władz komunistycznych), jak i wewnętrznej (nieufność władz kościelnych wobec nowinek oazowych w liturgii) tworzący się ruch znajdował oparcie w osobie metropolity krakowskiego. Oazowicze pod przewodnictwem ks. Blachnickiego regularnie spotykali się z pasterzem archidiecezji krakowskiej podczas letnich rekolekcji, przede wszystkim w ramach dni wspólnoty. Pierwsze takie spotkanie odbyło się latem 1972 r. Kardynał Wojtyła powiedział wówczas: „Widzę, jak bardzo do waszych oaz weszła soborowa wizja Kościoła, jak żywy jest jego obraz w waszym doświadczeniu, w waszym przeżyciu. I to jest czymś ogromnie bliskim dla mnie nie tylko osobiście, ze względu na wspomnienia przeszłości, które częściowo są podobne do waszych doświadczeń, ale dla mnie jako dla biskupa, dla którego sobór i obraz Kościoła przez ten sobór wyłoniony stał się jakąś szczególną, a nawet centralną częścią życia”[10].

W 1975 r. związane z ruchem oazowym i prowadzone osobiście przez ks. Blachnickiego Krajowe Duszpasterstwo Służby Liturgicznej podpisało umowę z krakowską kurią diecezjalną na prowadzenie duszpasterstwa parafii w Brzegach. Parafia ta – dzięki realizacji modelu „wspólnoty wspólnot” – miała się stać wzorcowym przykładem reformy posoborowej, lecz ten eksperyment okazał się nieudany[11].

Ten sam rok przyniósł dla rozwoju ruchu oazowego bardzo ważną inspirację, która zwróciła ks. Blachnickiego i jego najbliższych współpracowników w kierunku ewangelizacji oraz zainicjowała kontakty ekumeniczne. Impulsem tym było ogłoszenie przez Pawła VI adhortacji Evangelii nuntiandi. Ten dokument oraz wydane w 1972 r. Obrzędy chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych – przywracające katechumenat jako przygotowanie do chrztu dorosłych – stał się później w RŚŻ podstawą dla opracowania programu formacji nazwanego deuterokatechumenatem[12]. Był to również moment przełomowy w procesie przemiany ruchu odnowy liturgicznej w ruch o charakterze ewangelizacyjnym, w którym podstawy formacji zaczerpnięto z protestanckich organizacji misyjnych.

Dariusz Cupiał w swej ważnej pracy Na drodze ewangelizacji i ekumenii pisze: „Wiele motywów otwierało ruch oazowy na ekumenizm. Ksiądz Blachnicki dawał wyraz braku satysfakcji ze stanu ekumenicznej świadomości wiernych i kapłanów w Polsce; stwierdził brak znaczących przemian mentalności w tej dziedzinie. Problem ekumenizmu w Polsce określał jako abstrakcyjny”[13]. Dalej znajdujemy stwierdzenie: „Kontakty ekumeniczne w ramach ruchu były procesem spontanicznym, bez pośrednictwa Polskiej Rady Ekumenicznej”[14]. Na dalszych stronach pracy dr. Cupiała znajdujemy wielowątkowy opis tych spontanicznych kontaktów, nie znalazłem tam jednak informacji, kto był inicjatorem przyjęcia w katolickim ruchu protestanckich treści. Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w świadectwie Joego Losiaka, pierwszego misjonarza Campus Crusade for Christ (CCC).

Joe Losiak przebywał w Polsce od września 1974 r., nie mając praktycznie żadnych kontaktów zarówno wśród katolików, jak i nielicznych w owym czasie zborów protestanckich. Na początku 1975 r. protestancki misjonarz zaczął występować z programem pieśni negro spirituals[15] i świadectwem w kilku kościołach krakowskich. Wtedy spotkał w słynnej „Beczce” u OO. Dominikanów kard. Karola Wojtyłę. Losiak wspomina: „Gdy moja współpraca z Kościołem katolickim zacieśniła się, byłem też pod obserwacją UB. Kilka razy grożono mi. Jednak pomimo tych niesprzyjających okoliczności nadal spotykałem się z najważniejszymi osobami w kościele – kilka razy z kardynałem Karolem Wojtyłą, aby ustalić współpracę z CCC (przemianowanym następnie na Ruch Agape – uwaga J.S.). (…)

Decydująca rozmowa dotycząca działalności ruchu w Polsce odbyła się w Lublinie, gdzie na KUL-u doszło do mojego spotkania z ks. prof. Blachnickim. Byłem wtedy pośrednikiem między dyrektorem Hinksonem w Wiedniu i księdzem Blachnickim, który popierał w Polsce współpracę z CCC. Ksiądz Blachnicki mówił mi o działalności oaz w 1975 r., które modliły się o nowy kierunek w swojej działalności. Liderzy doszli wówczas do wniosku, że Bóg chce ich powołać do większego niż dotychczas dzieła. Nikt jednak nie wiedział dokładnie jak to ma wyglądać. Ja ze swej strony mówiłem o [swoim] ruchu – o jego sposobie działania i możliwościach. Ostatecznie umówiliśmy się, że grupa ludzi z CCC przyjedzie do centrum w Krościenku, w 1976 r., aby dzielić się swoimi doświadczeniami na polu ewangelizacji i szkolenia uczniów. (…)

Kiedy zostałem zaproszony do biura kardynała Wojtyły – byłem tam razem z Andrzejem Sionkiem – przekazałem mu przetłumaczone na język polski Cztery prawa duchowego życia oraz inne materiały szkoleniowe po angielsku. Po jakimś czasie jego księża powiedzieli mi, że kardynał mówił im o tych materiałach i żeby oni tych materiałów używali”[16].

Świadectwo to nie jest zbyt precyzyjne co do kolejności zdarzeń, ale jednej rzeczy możemy być pewni: protestanckie materiały ewangelizacyjne najpierw zaprezentowano kard. Wojtyle, a następnie, już po uzyskaniu jego akceptacji, wykorzystano w formacji oazowej. Nowy program wdrożono już podczas rekolekcji wakacyjnych 1976 r., przy czym zasadniczą rolę zaczęli pełnić protestanci. Oddajmy jeszcze raz głos J. Losiakowi: „Pierwszy rok działalności w Polsce był całkowicie poświęcony na ewangelizację. Bez przerwy byliśmy wysyłani do różnych punktów oazowych, składając świadectwo o swojej wierze i dzieląc się czterema prawami duchowego życia. Na głównych zebraniach w Krościenku byliśmy proszeni o prowadzenie większości spotkań wraz ze śpiewem i wykładami. Po letnich obozach w 1976 r. Ruch Agape miał bardzo dużo nowych kontaktów i pracy po całej Polsce – głównie jeśli chodzi o przygotowywanie spotkań ewangelizacyjnych w różnych kościołach”[17].

A zatem pod wpływem pochodzącej od protestantów formacji ewangelizacyjnej nastąpiło przemodelowanie ruchu oazowego, dotychczas skoncentrowanego na liturgii, w ruch ewangelizacyjny. Jego rozbudowany program trzech stopni miał odtąd prowadzić do tworzenia charyzmatycznych wspólnot przymierza zgodnie z programem odnowy parafii jako „wspólnoty wspólnot”. Całkowity zwrot formacyjny w ruchu dokonał się w latach 1977–1978, a jego kwintesencją stała się rozbudowana wizja „nowego człowieka” według tzw. 10 drogowskazów ruchu[18].

Kardynał Karol Wojtyła jako pasterz diecezji krakowskiej pełnił wobec dynamicznie rozwijającego się ruchu rolę inspirującą i wspierającą – ostatnie spotkania z kard. Wojtyłą odbyły się trzykrotnie podczas letnich rekolekcji oazowych jeszcze w 1978 r. Wybór kard. Wojtyły na papieża Jana Pawła II postawił ruch w nowej sytuacji, dlatego już w listopadzie 1978 r. ks. Blachnicki wystosował do papieża list, w którym uzasadniał ważność współpracy ekumenicznej z Ruchem Agape na polu ewangelizacji. Przedstawił w nim także krytyczny obraz Kościoła w Polsce, a nadzieję na pozytywne zmiany pokładał właśnie we wprowadzaniu nowatorskich form ewangelizacji „nie tylko w wymiarze polskim, ale ogólnokościelnym”[19].

Warto wspomnieć, że w tym liście założyciel i moderator krajowy RŚŻ powoływał się na oświadczenie przewodniczącego Komisji Episkopatu Polski ds. Ekumenizmu, biskupa Władysława Miziołka, w którym znalazła wyraz pozytywna opinia o ekumenicznej współpracy ruchu z Ruchem Agape. Skąd się wzięło odwołanie ks. Blachnickiego do opinii biskupa Miziołka? Należy to uznać za szukanie obrońcy przed przeciwnikami „praktycznej ekumenii” wśród polskich hierarchów.

Autorzy opracowań na temat historii ruchu często wyrażają pogląd, że silny opór, na jaki napotykał ów „praktyczny ekumenizm”, był w pierwszej kolejności rezultatem „gier operacyjnych” prowadzonych przez ówczesne tajne służby, starające się wprowadzić podziały wśród biskupów i zasiać w Kościele ferment. Charakterystyczna jest tu opinia D. Cupiała: „Rozpowszechniane wtedy [w latach 1977–1978] pisma i anonimy dotyczące oazowej aktywności ekumenicznej miały doprowadzić do rozwiązania ruchu przez episkopat. W wyniku rozpowszechniania niezgodnych z prawdą informacji dalsza egzystencja Ruchu Światło-Życie stała pod znakiem zapytania”[20].

W świetle dostępnej dzisiaj wiedzy, niestety nadal niepełnej, a także w oparciu o analizę sekwencji zdarzeń, zwłaszcza zaś negatywnych owoców, które stopniowo dały o sobie znać, pozwolę się nie zgodzić z opinią dr. Cupiała. Oczywiście nie neguję, że wysyłano anonimy i prowadzono gry operacyjne. Pisze o tym m.in. Piotr Niedzielski: „Ksiądz Franciszek był celem działań operacyjnych, realizowanych m.in. z udziałem grupy tajnych współpracowników, polegających na rozpracowaniu ruchu oazowego, oraz szeregu akcji dezinformacyjnych, prowadzonych w celu zdyskredytowania ks. Blachnickiego w oczach polskich biskupów oraz prymasów Polski: kard. Stefana Wyszyńskiego i kard. Józefa Glempa. Zwłaszcza ten ostatni rodzaj operacji przyniósł ruchowi oraz samemu ks. Blachnickiemu wielkie straty i był powodem wielu dramatycznych podziałów oraz spowodował, że w latach 70. część duchowieństwa z nieufnością odnosiła się do Ruchu Światło-Życie. Pozostaje faktem, że SB próbowała zdyskredytować ks. Blachnickiego w otoczeniu Prymasa, czyniąc to na różne sposoby. Jednym z najgłośniejszych przypadków było sfałszowanie listu do prymasa biskupa pomocniczego w Przemyślu Tadeusza Błaszkiewicza, inspirowane przez grupę «D» podlegającą MSW”[21].

Istnieją jednak inne świadectwa, które wskazują, że negatywne nastawienie biskupów było spontaniczne, a w kręgach kościelnych, zapewne wraz z dynamicznym rozwojem RŚŻ, pojawiły się istotne wątpliwości doktrynalne. Ewa Czaczkowska w biografii kard. Wyszyńskiego pisze, że Prymas Tysiąclecia miał poważne zastrzeżenia do ruchu oazowego i wraz z większością biskupów ujawniał – zapewne na posiedzeniach Konferencji Episkopatu – swoje zaniepokojenie: „Powodem była duża samodzielność ruchu, który istniał ponad strukturami diecezjalnymi, oraz współpraca ekumeniczna z protestantami. Biskupi zarzucali ks. Blachnickiemu, że stworzył «Kościół w Kościele»”[22]. „Kardynał Wyszyński był oburzony krytyką ks. Blachnickiego, którą ten wygłosił wobec biskupów jesienią 1980 r. (chodziło o oportunizm i marazm biskupów) do tego stopnia, że w gronie episkopatu wiosną 1981 r. zastanawiano się, czy ruch oazowy nie powinien zostać rozwiązany. Sytuację załagodził ostatecznie bp Władysław Miziołek przy wsparciu Jana Pawła II”[23].

O problemach z akceptacją ekumenicznego wymiaru RŚŻ pisał także w swoich wspomnieniach ks. bp Bronisław Dembowski: „Wiele lat temu, na początku działania Ruchu Światło-Życie, zwrócił się do mnie biskup Władysław Miziołek, wówczas przewodniczący Komisji Duszpasterstwa Konferencji Episkopatu Polski, z prośbą, bym zapoznał się z materiałami przeciw i za Ruchem Światło-Życie i wyraził swoją opinię, ponieważ w dniu następnym na zebraniu Konferencji Episkopatu Polski miała odbyć się na ten temat dyskusja. Były nawet głosy, że trzeba zakazać tej formy duszpasterstwa. Argumentem podstawowym było przekonanie, iż metoda oazowa jest baptystyczna w swojej zasadniczej osnowie, co grozi zacieraniem różnic, a nawet odejściem od Kościoła uczestników oaz. Ja opowiedziałem się za oazami, bo nie w metodzie, lecz w treści jest problem. Pomogłem w ten sposób biskupowi Miziołkowi, który był za oazami, ale wsparcie bezstronnego głosu mu się przydało i Ruch Światło-Życie otrzymał wtedy aprobatę Konferencji Episkopatu oraz biskupiego opiekuna. W opracowywanych potem programach bardziej podkreślano katolickie elementy”[24].

Niestety, ksiądz biskup najwyraźniej przeoczył to, że baptystyczna w swej zasadniczej osnowie była nie tylko „metoda oazowa”, ale także oazowe treści formacyjne… Aby to udokumentować, warto sięgnąć do opinii protestantów na temat dokonanych przez nich „przeszczepów”, czyli wkładu w formację ruchu oazowego. Oto apologia ks. Blachnickiego wyrażona na łamach protestanckiego pisma „Jednota”:

„Zafascynowanie ks. Blachnickiego elementami protestantyzmu opierało się na odkryciu, a także głębokim przeżyciu eksponowanych przez niektóre nurty protestanckie prawd i postaw dotyczących przyswojenia owoców odkupienia. Prowadziło go to do konstatacji: protestanci (…) przechowali w swojej tradycji wiele elementów, które myśmy gdzieś zgubili. Elementy doktryny protestanckiej przestały być widziane jako rzeczywistość zewnętrzna, obca, lecz jako skarby tak samo drogie i potrzebne katolikom, jak i protestantom.

Wśród wchłanianych przez oazy kategorii z zakresu nauki i praktyki protestanckiej, wywodzących się głównie z tradycji reformowanej, a konkretnie postpurytańskiej, wskazać można przede wszystkim:

■osobiste nawrócenie, powiązane z duchowym przyjęciem Jezusa Chrystusa do swojego serca i życia jako Pana i Zbawiciela, co wypływać musi z przekonania, iż zbawienie jest z wiary. Jest to adaptowana na użytek oaz formuła doktryny o zbawieniu z łaski przez wiarę;
■powiązaną z tym naukę o odpuszczaniu grzechów przez wiarę w krzyż Chrystusa, co oznaczałoby dopuszczenie możliwości uzyskania odpuszczenia grzechów na drodze pozasakramentalnej (wyjąwszy sakrament spowiedzi, pokuty), czyli bez udziału kapłana (…);
■nowe narodzenie (duchowe odrodzenie) jako owoc świadomego nawrócenia, «przyjęcia Chrystusa» i doświadczenia odpuszczenia grzechów, Stanowiło to istotne novum w katolickim rozumieniu odrodzenia, które dotychczas wiązano nieomal wyłącznie z aktem chrztu («zbawcza sprawczość chrztu»), i było oczywistym odwołaniem do koncepcji odrodzenia (łac. regeneratio) w tradycji reformowanej, zwłaszcza anglosaskiej;
■naukę o pewności zbawienia, na gruncie oazowym adaptowaną jako «nauka o pewności wiary»;
■model przywództwa oparty na silnym zaangażowaniu świeckich, wyposażanych nieraz w kompetencje dotychczas w katolicyzmie zastrzeżone wyłącznie dla kapłanów.
Co więcej, w programie oaz spotykamy się z teologią akcentującą bezpośrednie (bez pośrednictwa urzędu) działanie Boże na wspólnotę wierzących. Zarówno pierwszy element, określany przez autora jako przełom w traktowaniu świeckich w Kościele katolickim, jak i drugi traktować można jako echo mocno eksponowanej w protestantyzmie zasady powszechnego kapłaństwa chrześcijan”[25].

Odpowiedzialnym za ruch członkom hierarchii najwyraźniej brakło wówczas nie tylko doktrynalnej wrażliwości, lecz także odpowiedniej perspektywy, by wyraźniej dostrzec istniejące zagrożenia. Najpoważniejsze zarzuty padły pod koniec 1977 r. ze strony ks. Zbigniewa Frączkowskiego SI, autora tekstu Uwagi dotyczące zaobserwowanych przejawów infiltracji baptyzmu do Kościoła katolickiego w Polsce za pośrednictwem Ruchu Światło-Życie, który dotarł do wiadomości polskiego episkopatu. 12 stycznia 1978 r. doszło w Zakopanem do spotkania moderatorów ruchu (m.in. księży Blachnickiego i Danielskiego) z biskupami Władysławem Miziołkiem i Ignacym Tokarczukiem oraz kardynałami Henrykiem Gulbinowiczem i Karolem Wojtyłą – przedstawicielami Komisji ds. Ekumenizmu. Wyjaśniano przebieg i zakres kontaktów ekumenicznych. Rezultatem tego spotkania było np. określenie na prośbę bp. Błaszkiewicza zasad ekumenicznej działalności RŚŻ. Co więcej, przewodniczący Komisji ds. Ekumenizmu, bp Miziołek, wystosował 28 stycznia 1978 r. następujące pismo do bp. Błaszkiewicza:

„W sprawie zarzutów dotyczących formacji młodzieży w Ruchu Światło-Życie, wysuniętych przez ks. Z. Frączkowskiego SI. (…) po przestudiowaniu tych zarzutów oraz wyjaśnień złożonych przez ks. prof. Franciszka Blachnickiego wraz z Zespołem formacyjnym Ruchu – wypowiadam następującą opinię:

1. Odpowiedź na zarzuty podana przez ks. prof. Fr. Blachnickiego wystarczająco oświetla tło, przebieg i zakres kontaktów ekumenicznych Ruchu.

Zarzuty postawione przez ks. Z. Frączkowskiego, niezależnie od stosowanych uogólnień (np. podciąganie Ruchu «Agape» pod jednoznaczne miano ruchu baptystycznego, choć w zasadzie jest ruchem międzywyznaniowym)

a) zbyt mocno ujmują rolę członków Ruchu «Agape»;

b) przejaskrawiają niebezpieczeństwo infiltracji;

c) nie dadzą się pogodzić ze wskazaniami dekretu o ekumenizmie II Soboru Watykańskiego i adhortacji Pawła VI Evangelii nuntiandii (nr 77)”[26].

* * *

Dynamiczny rozwój ruchu oazowego oraz przybranie przezeń cech ewangelizacyjnych, przeniesionych niemal żywcem z protestanckiej doktryny Ruchu Agape, odbywało się przy zasadniczej akceptacji polskiego episkopatu, zwłaszcza kardynała Karola Wojtyły, pomimo pojawiających się tu i ówdzie znaków zapytania oraz wątpliwości natury teologicznej. Nadchodził czas dramatycznych przemian w naszej Ojczyźnie, spowodowanych najpierw „oddechem solidarnościowej wolności”, potem ponurym czasem stanu wojennego, przedłużającego się marazmem duchowym aż do 1989 r. Dla ruchu był to czas dramatycznych przemian, przede wszystkim wynikających z odizolowania ks. Blachnickiego od Ojczyzny, a potem z jego śmierci w 1987 r.

Obraz zmian, które nastąpiły w ruchu oazowym począwszy od drugiej połowy lat 80., należałoby uzupełnić ukazaniem drogi sporej grupy świeckich moderatorów ruchu, prowadzącej od porzucenia oficjalnych struktur ruchu do tworzenia wspólnot postoazowych o charakterze charyzmatycznym, a następnie zakładania „nowych Kościołów ponadwyznaniowych”. Proces ten trwa do dziś, a problem zdaje się nawet narastać. Mamy tu bowiem do czynienia z powstaniem szeregu sekt protestanckich o dziwacznej doktrynie, w istocie promujących gnostyczny „Kościół ducha”. Co ciekawe, z perspektywy apologetycznej w Kościele w Polsce niemal zniknęła świadomość ścisłych związków między ówczesną oazą a dzisiejszymi „wolnymi Kościołami”…

Jacek Schmidt

——————————————————————————–

[1] Deuterokatechumenat — powtórny katechumenat, czyli przygotowanie do świadomego i osobistego przyjęcia łaski płynącej ze chrztu otrzymanego w dzieciństwie.

[2] Istotnymi postaciami w tamtym czasie są zwłaszcza Andrzej Sionek z Lublina oraz z Wrocławia ks. Jan Kruczyński i Andrzej Dziewit.

[3] Obecnie biskup pomocniczy wrocławski.

[4] Informacje biograficzne zaczerpnięte z wywiadu udzielonego przez ks. A. Wodarczyka Chrześcijańskiemu Portalowi Ewangelizacyjnemu, http://www.jezus.com.pl/fundament/chrzescijanie/ksfb/20latposmierci,fun,chrz,ksfb,080929.html

[5] Zdanie to ks. F. Blachnicki wygłosił w roku 1978 w ramach Rekolekcji dla kapłanów Chrystusa Sługi (konferencja spisana z kasety), [w:] Archiwum RŚŻ w Lublinie, s. 14.

[6] K. Jankowiak: Godziny Taboru, [w:] „Wieczernik” (Pismo RŚŻ), numer specjalny, maj–czerwiec 2005, http://www.wieczernik.oaza.pl/artykul.php?aid=63

[7] Byli to zarówno świeccy animatorzy, jak i przyszli kapłani; wielu z nich podejmowało studia teologiczne lub katechetyczne na KUL. Należy wymienić następujące osoby: Andrzej Sionek, Tomasz Kosiek, Jacek Ręka, ks. Jan Kruczyński (w latach 80. twórca Centralnej Diakoni Ewangelizacji), ks. Wojciech Danielski (następca ks. Blachnickiego od 1981 r. do swojej śmierci w 1985 r.) czy wreszcie ks. Henryk Bolczyk – moderator ruchu w drugiej połowie lat 80.

[8] Asymilacja grup oazowych w parafiach odbywała się z dużym trudem, poza diecezją krakowską ruch był mało rozwinięty, a oparcie znajdował w dużych ośrodkach miejskich, m.in. w środowiskach akademickich Krakowa i Lublina.

[9] Milicja Obywatelska dokonywała „nalotów” na domy rekolekcyjne, a także na Kopią Górkę w Krościenku i Wichrówkę w okolicach Dursztyna na Spiszu. Liczne były np. inspekcje Sanepidu w ośrodkach oazowych, stosowano także inne środki represji.

[10] K. Jankowiak, Godziny Taboru, dz. cyt.

[11] Bywałem w Brzegach, góralskiej wiosce k. Bukowiny Tatrzańskiej, w II połowie lat 80. Górale z Brzegów pozostali w znacznym stopniu odporni na posoborową reformę oazową. W wiosce liczącej 300–400 mieszkańców jedynie kilka osób dorosłych należało do wspólnoty oazowej, „Msze oazowe” nigdy nie stały się integralną częścią parafialnej liturgii, a sami górale nadal praktykowali tradycyjną pobożność.

[12] Zob. M. Piotrowski, Niepotrzebna polemika, http://www.analizy.biz/marek1962/polem.htm

[13] D. Cupiał, Na drodze ewangelizacji i ekumenii. Ruch Światło­‑Życie w służbie jedności chrześcijan, Lublin 1996, s. 35.

[14] Tamże, s. 37.

[15] Negro spirituals – religijne pieśni tworzone przez murzyńskich niewolników (przypis redakcji).

[16] Cały artykuł: Ks. F. Blachnicki & Joe Łosiak. Czyli o współpracy Ruchu Światło-Życie & Campus Crusade for Christ, http://www.blachnicki.oaza.pl/testimonia/joe_losiak/joe_losiak.html

[17] Tamże.

[18] Wielowątkowe przedstawienie owej wizji można znaleźć w pracy doktorskiej ks. P. Oskwarka Droga Nowego Człowieka według 10 Drogowskazów Ruchu Światło-Życie formą wcielenia eklezjologii Soboru Watykańskiego II.

[19] Cały list ks. Blachnickiego [w:] D. Cupiał, dz. cyt., s. 171–173.

[20] D. Cupiał, dz. cyt., s. 41.

[21] P. Niedzielski, 30 rocznica śmierci Prymasa Tysiąclecia, http://www.oaza.pl/dokument.php?id=3335. Warto także sięgnąć do artykułu A. Grajewskiego Oskarżony ks. Franciszek Blachnicki, „Więź” nr 5, 2001 r.

[22] E. Czaczkowska, Kardynał Wyszyński, Warszawa 2009, s. 546.

[23] P. Niedzielski, 30 rocznica…, dz. cyt.

[24] Wspomnienie bp Dembowskiego [za:] M. Piotrowski, Niepotrzebna polemika, dz. cyt.

[25] T. Zieliński, Ruch oazowy obszarem zbliżenia katolicko- protestanckiego, Magazyn Teologiczny „Semper Reformanda”, http://www.magazyn.ekumenizm.pl/content/article/20030303093902692.htm

[26] Cały list do bp Błaszkiewicza [w:] D. Cupiał, dz. cyt., s. 168–169.

Za: Zawsze Wierni, nr. 10/2012

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.